Źródeł informujących co w trawie piszczy jest od dawna po kokardę. Ale większość wieści i opinii dociera do nas za pośrednictwem wszelkiego rodzaju mediów, określając eufemistycznie, zmodyfikowana na rozmaite sposoby. Najmniej zafałszowane, choć z reguły ich przydatność socjologiczną ogranicza zbyt mała liczba respondentów, bywają te przekazywane face to face. Ostatnio takim trawniczkiem było dla mnie wielkanocne śniadanie gdzieś w głuszy odciętej od cywilizacji, u pani Delfiny Cebrzyk. Celowo podaję jej nazwisko po mezaliansie, by nie wyjść na snoba szpanującego rodowy mi personaliami tej damy. Przy suto zastawionym stole, kaszanka, tuńczyk z puszki, zapiekanka ziemniaczana i jajka na twardo, w zacnym gronie konserwatywnych oszołomów, gwarzyliśmy o sytuacji na świecie, w Polsce i wśród przyjaciół. Ot, zwyczajne wielkanocne rodaków rozmowy, wdzięczny temat dla medialnych prognostów i analityków. I sądząc z ich przewidywań, w trakcie całej biesiady wyłamywaliśmy się ze schematów,.
W ogóle na przykład nie poruszaliśmy sprawy cen paliw. Bo większość z nas, zaciskając pasa, już dawno wyzbyła się samochodów. I tylko mecenas X jeździł elektrykiem, konkretnie wózkiem inwalidzkim. Ktoś przypomniał jedynie, że w latach sześćdziesiątych ubiegłego wieku litr benzyny kosztował w CPN 5 złotych i 20 groszy. Ale komu wówczas było potrzebne paliwo, jeśli prawie nikt nie miał auta?
Poskramianie przez Izrael i USA Iranu pasowało niby z grubsza jako temat do medialnych przewidywań. Jednak skupiliśmy się na brawurowej akcji ewakuowania z terytorium Iranu dwóch zestrzelonych lotników amerykańskich, na których gromadnie polowali Persowie.
- Niegdyś Osama bin Laden, niedawno Maduro, teraz piloci, a jutro… - afektowanie zawiesił głos rejent Z.
- Jutro będzie śmigus dyngus – spointowała z westchnieniem doktorowa Y.
- Otóż to – rejent uniósł palec wskazujący i lekceważąc dezaprobatę doktorowej kontynuował myśl. – Jutro Trump może urządzić śmigus dyngus na Kubie.
- Sztuczna inteligencja nie przewiduje takiego wariantu – doktor postanowił wesprzeć żonę.
- Zgiń, przepadnij siło nieczysta – jęknęła gospodyni zrywając się z krzesła. – Coś państwu przeczytam - krzyknęła wybiegając z salonu. Po chwili wróciła z egzemplarzem tygodnika „Przedmurze”. – Proszę posłuchać. „- Widmo sztucznej inteligencji krąży nad światem. W bibliotekach powieści Lema wędrują z działu SF, na półkę z literaturą faktu. Co wrażliwsi penetratorzy zjawiska ulegają obsesji. Pewien doktorant szacownej uczelni, spec od fizyki kwantowej, którego zafascynowało nowatorstwo cyklu artykułów na ten temat w Internecie i dopiero po wnikliwej analizie pojął, że to zręcznie skompilowane przez sztuczną inteligencję brednie, popadł w depresję graniczącą z obłędem. Podobno sztuczna inteligencja, oznaczana międzynarodowym skrótem AI, osiągnęła już nieograniczoną moc wpływania na całokształt rzeczywistości. Z jednej strony pomaga człowiekowi, wyręcza go, przyspiesza rozmaite procesy, z drugiej swoją omnipotencją potrafi zrobić mu wodę z mózgu i zepchnąć z piedestału pana stworzenia.”
Gdy już wydawało się, że cytat zmroził gości, pan Maurycy, podobno programista, prychnął lekceważąco - mnie sztuczna inteligencja może skoczyć, nawet działając podstępnie, podprogowo, jak wszelka reklama, propaganda, indoktrynacja i wciskanie kitu jako syropu klonowego. Z tym syropem oczywiście przesadzam dla ubarwienia frazy, gdyż z dwojga wywołujących mdłości przysmaków wolałbym już kit. To przerażające widmo jest po prostu wyszukiwarką z opcją analityczną. Mnie zastępuje całe godziny spędzane w bibliotekach na zbieraniu informacji. Natomiast ich analizą zajmuję się osobiście.
- Faktycznie nie warto przesadzać z tym zagrożeniem, wsparł Maurycego polonista Adam, zwany podobno przez uczniów Inkaustem. - Cóż stąd, że ta zarozumiała osobliwość potrafi pisać wiersze w stylu Tuwima czy Petrarki, jeśli w istocie brak jej kreatywności. Dla żartu zapytałem ją jak sprecyzować terminy bez zwłoki i w obecności, nader ważne w sporze o zaprzysiężenie sędziów Trybunału Konstytucyjnego. Otóż wedle jej interpretacji bez zwłoki oznacza bez nieboszczyka, a w obecności, z nieboszczykiem.
- No to zapowiada się niezła zabawa – zachichotała panna Lusia. – Bo czytałam, że Unia Europejska zleciła sztucznej inteligencji doprecyzowanie takich pojęć jak: praworządność, populizm, suwerenność, demokracja walcząca,, nadzwyczajna kasta czy racja stanu, a przy okazji: szczypta, odrobina, chwila i bez zwłoki właśnie,…
Długo by jeszcze opowiadać, ale nie piszę sprawozdania, lecz jedynie szkicuję tematykę i nastrój tej biesiady, jakże inny od tego, który panował w stolicy, gdzie wróciłem tydzień po Świętach,
zresetowany w głuszy, bez kontaktu z nachalną cywilizacją, której resztki, konkretnie odbiornik radiowy, wyłączyłem z gniazdka. Po powrocie ponownie wsiąkłem w skrzeczącą pospolitość stolicy. Szybko wszak pojąłem, że pospolitość przedzierzgnęła się w dawno nie spotykaną spontaniczną radość Warszawki.
Swoim analitycznym umysłem natychmiast skonstatowałem, że powód tej wręcz dionizyjskiej uciechy musi być nie byle jaki. Na przykład wicher obalił kolumnę Zygmunta, a sprawna ekipa prezydenta Trzaskowskiego natychmiast przywróciła ją do pionu. I stosownie do okoliczności zanuciłem, parafrazując strofę Gałczyńskiego: „wielka radość w Warszawie, bo kolumna znów stoi”. W oryginale poeta pisał o całej Starówce, ale Kolumna Zygmunta,, jako jej integralny element, także pasowała do nastroju chwili.
Lecz taki nius, skorygowałem własne przypuszczenie, niewątpliwie przedarłby się przez liany i oczerety puszczy amazońskiej, a co dopiero przez zagajnik pozorujący głuszę. Tym bardziej zatem odrzuciłem korcące marzenie, że FIFA zweryfikowała wynik meczu Szwecja – Polska i to biało-czerwoni polecą do Ameryki na Mundial.
I magle gdzieś z nad Budapesztu wiatr historii, tłumiąc muzyczną esencję kraju czardasza, przywiał dźwięki „Ody do radości obwieszczając wszem i wobec zwycięstwo opozycji w wyborach na Węgrzech, sorry, teraz już chyba w Węgrzech. Muzyczne frazy Dziewiątej Symfonii wyparły ludowe motywy Rapsodii Węgierskiej, Beethoven zdetronizował Liszta, miejsce Węgra zajął Niemiec. Ot, znak czasów, groźny zwłaszcza dla Ziobry i Romanowskiego, zmuszonych do poszukiwania innego azylu.
Tyle o ojczyźnie czardasza, gulaszu i tokaju oraz znakomitych operetek, czyli o krainie uśmiechu. Jednak świat interesuje się głównie atakiem, w mediach reżymowych mad Wisłą zwanym agresją, koalicji amerykańsko- izraelskiej na Iran. Trump obrywa już cięgi nawet od przyjaciół. Bo faktycznie poszedł w ślady Putina. Obu nie udał się blitzkrieg. Obaj na masową skalę wyprztykują się z zapasów nowoczesnej broni. Podobno amerykański przemysł zbrojeniowy nie nadąża z uzupełnianiem dronów i rakiet. A satysfakcjonującego końca poskramiania Iranu nie widać. I syn ostatniego szacha Persji bezskutecznie czeka na objęcie tronu po ojcu.
- Czy po tym wszystkim nadal jesteś fanem Trumpa? – zapytał mnie ostatnio z ironią w głosie znajomy liberał. – Po czym? – udałem zdziwionego, pozując na politycznego dyletanta. Ale w gruncie rzeczy nie wiem czy jedynie zgrywam naiwnego czy stosuję kamuflaż prostaczka, który szpanuje na eksperta.
Bo wciąż mam dobre zdanie o Donaldzie Trumpie, gdyż trudno przyjąć, że przy wszystkich bezpiecznikach demokratycznego państwa, od konstytucji, przez senat i kongres, sąd najwyższy, po czwartą władzę, czyli media i opinię publiczną, prezydentem globalnej potęgi militarnej i ekonomicznej, obywatele w wolnych wyborach wybrali, tu do wyboru: kretyna, dyletanta, ruskiego agenta, mitomana, figuranta na żydowskiej smyczy, który częściej zmienia zdanie niż bieliznę. No i ma gdzieś los Europy, w tym oczywiście także polski. Otóż z politologicznego punktu widzenia takie zwierzę jak żyrafa nie istnieje.
W praktyce o wiele istotniejsze od tego co Trump mówi, są jego decyzje. Mógł naturalnie zostawić Iran w spokoju. I za chwilę miałby przeciw Ameryce i Izraelowi kontynentalne mocarstwo z bronią atomową. Mógłby nadal wspierać, a właściwie utrzymywać dolarami z kasy państwowej wiele międzynarodowych instytucji typu WHO i pobłażać niemrawym liberałom z Zachodniej Europy skrytym za militarnym parasolem USA, zwanym dla niepoznaki sojuszem obronnym, gdy w istocie NATO bez Ameryki jest, że powtórzę za Eugeniuszem Bodo, jak ryba bez wody, Mahomet bez brody…
… Ale dosyć o światowym życiu. Zajrzyjmy do karczmy „Rzym”, gdzie biesiadował pan Twardowski. „Na patrona z trybunału, co chyłkiem opróżniał rondel, zadzwonił kieską pomału, z patrona robi się kondel”. A bo to z jednego, pomyślałem, obserwując tasiemcowy spektakl z pogranicza groteski i teatru absurdu: „Zaprzysiężenie sędziów TK. Mądre głowy od rana do nocy deliberują jak wybrnąć z tego pata. Miotają gromy na Prawo i Sprawiedliwość, że zdegenerowało polskie prawo. Ja zaś podzielam opinię zwolenników nienaruszalnej suwerenności prawnej, że dopóki całokształt polskiej struktury wymiaru sprawiedliwości będzie zależał od imprimatur UE, a konkretnie od skrajnie upolitycznionych, przeżartych ideologią liberyjno-lewacką sądów unijnych, dopóty trwać będzie farsa praworządności demolkracji warczącej, wróć, walczącej, wróć ponownie, walącej z glana.
Jeśli zatem chcemy, żeby, jak śpiewał Jan Pietrzak, Polska nadal była Polską, należy się dobrze zastanowić na kogo za rok z hakiem zagłosować w wyborach parlamentarnych. Pod warunkiem naturalnie, że świat przetrwa do tego czasu bez szwanku.
Sekator
Ps.
– Czy sądzisz, że naprawdę coś nam grozi? – pyta z lękiem w głosie syntetyzatora mój komputer.
- Nam akurat nie – pocieszam Eustachego. – Bo my nie istniejemy, lecz jesteśmy po prostu tworami sztucznej inteligencji.
"jesteś fanem Trumpa?"
Raczej jestem fantem wolności i dziewczyny młodej. Mogę tłumaczyć bezsens wszechświata na okrągło. 60-letni Jerzy Ciruk z Dowspudy.
Czym się różni Magyar od Tuska?
Magyar nie jest ryży