Był czas, kiedy jego twarz była wszędzie w Polsce. Na ekranach kin, w kabaretach, w cichym szumie radia w warszawskich mieszkaniach, jego głos niósł w sobie coś lekkiego, coś ludzkiego, coś niosącego nadzieję.
Eugeniusz Bodo nie był tylko artystą estradowym. Był symbolem kraju, który wciąż wierzył w jutro. Urodzony w 1899 roku, stał się jedną z najbardziej uwielbianych postaci przedwojennej kultury polskiej. Aktor, piosenkarz, reżyser i producent, Bodo uosabiał ducha międzywojennej Polski: tętniącej życiem, nowoczesnej i pełnej możliwości. Jego role były swobodne, często żartobliwe, ale nigdy płytkie. Rozumiał coś istotnego w ludziach: że potrzebują śmiechu nie dlatego, że życie jest łatwe, ale dlatego, że takie nie jest. W latach 30. XX wieku polskie kino rozkwitało, a Bodo stał w jego centrum. Filmy takie jak „Piętro wyżej” uczyniły z niego powszechnie znane nazwisko. Jego piosenki, zwłaszcza przejmująco delikatny „Umówiłem się z nią na dziewiątą”, stały się częścią kulturowej pamięci narodu. Nie tylko występował. Pomagał Polsce wyobrazić sobie siebie jako coś radosnego i pełnego w kruchych latach międzywojennych. I nagle, jak to bywało w przypadku wielu żyć z tamtej epoki, jego historia została przerwana. Kiedy w 1939 roku wybuchła wojna, nie nadeszła jako pojedynczy cios, lecz jako rozdarcie. Najpierw z zachodu, potem ze wschodu. Polska została podzielona, okupowana, uciszona. Dla artystów takich jak Bodo, których tożsamość była związana z kulturą i ekspresją, nie było bezpiecznego miejsca. Uciekł na wschód, prawdopodobnie wierząc, że znajdzie tam schronienie. Zamiast tego, wkroczył w inny rodzaj ciemności. Aresztowany przez sowieckie NKWD, Bodo został oskarżony o szpiegostwo zagraniczne. To była tragiczna ironia. Choć głęboko związany z Polską, posiadał szwajcarskie obywatelstwo dzięki ojcu, co w logice sowieckiej paranoi stało się wyrokiem śmierci. Został uwięziony, przesłuchany i ostatecznie zesłany do ogromnej machiny Gułagu. Tam, na zamarzniętych przestrzeniach sowieckich obozów pracy, głos, który kiedyś wypełniał teatry, ucichł.
Zmarł w 1943 roku, daleko od kraju, który go kochał, daleko od sceny, która dała mu życie. Nie wśród oklasków, lecz w mroku. Nie w świetle, lecz w chłodzie. Przez lata nawet prawda o jego śmierci pozostawała w cieniu. Jak wiele polskich ofiar sowieckich represji, jego historia została pogrzebana pod ciężarem polityki, milczenia i przeinaczeń historii. Niełatwo było go wpasować w narracje, które przedkładały prostotę nad prawdę. Pamięć jednak ma to do siebie, że powraca. Dziś Eugeniusz Bodo jest nie tylko postacią kulturowego geniuszu, ale także przypomnieniem czegoś głębszego. Że wojna zniszczyła nie tylko armie i granice, ale i głosy. Że dotarła do teatrów, do pieśni, do kruchych przestrzeni, w których ludzie próbowali żyć normalnie, i je zgasiła. Jego życie zadaje ciche pytanie, które powraca przez pokolenia: co tracimy, gdy artyści danego narodu są uciszani? Nie tylko rozrywka, nie tylko piękno, ale język, dzięki któremu ludzie rozumieją siebie. Wspominać Bodo, to pamiętać o Polsce, która śmiała się, zanim została zniszczona, i rozumieć, że za każdą liczbą, każdą statystyką wojny i represji, stał kiedyś człowiek, który śpiewał, który tworzył, który był kochany. Sprawiał, że ludzie uśmiechali się w świecie, który już prawie zapomniał, jak to się robi. I już z tego powodu zasługuje na to, by go pamiętać.
...Baby, ach te baby
...Sex Appeal
...Ach, śpij Kochanie
...Już nie zapomnisz mnie 💥
Autor jakże taktownie pominął działalność Eugeniusza Bodo jako kolaboranta.
W październiku 1939 roku Eugeniusz Bodo zawitał do Lwowa. Dla niego i dziesiątków innych warszawskich artystów i przedstawicieli inteligencji była to jedna szansa ucieczki przed wojną.
Jak pisze Ryszard Wolański, autor niedawno wydanej biografii aktora, ówczesny Lwów niemal potroił ilość swoich mieszkańców. Choć na mocy paktu Ribbentrop-Mołotow miasto trafiło pod okupację radziecką, to i tak nadal było uważane za silną ostoję polskości. We Lwowie Eugeniusz Bodo spotkał dobrych znajomych – Juliusza Marymonta, dyrektora Ateneum, Henryka Warsa i liczne grono artystów, z którymi aktor współpracował na scenie.
Przebywający we Lwowie aktorzy nie zamierzali siedzieć bezczynnie. Tworzyli teatry, występowali z programami artystycznymi. Do takich przedsięwzięć należał również zespół Tea Jazz, na którego czele stanął serdeczny kompan Eugeniusza Bodo, wspomniany Henryk Wars. W płynny skład trupy wchodziło nieraz czterdzieści osób - aktorów, piosenkarzy, muzyków i konferansjerów.
Jak wspomina autor książki "Już taki jestem zimny drań" Tea Jazz z miejsca zrobił ogromną furorę. Szczególnymi względami zarówno polskiej jak i rosyjskiej publiczności cieszył się Eugeniusz Bodo – zawsze wygadany, dowcipny i szarmancki.Kilkumiesięczne trasy koncertowe Tea Jazzu po najodleglejszych zakątkach imperium radzieckiego spotykały się z entuzjastycznymi reakcjami. Wars i Bodo stali się rozpoznawalni, w rosyjskim radiu rozbrzmiewały ich płyty. Jednak sielanka nie trwała długo.
Atmosfera wokół zespołu zaczęła się zagęszczać. Powodem tego była coraz śmielsza ingerencja w program Tea Jazzu. W swoich poczynaniach cenzorzy posunęli się do wymuszenia na artystach śpiewania wyłącznie po rosyjsku. Bodo i Wars nie byli z tego powodu szczególnie zadowoleni. Czarę goryczy przelała informacja o ataku Niemiec na Związek Radziecki. Był maj 1941 roku, a zespół odpoczywał po tournée na słonecznych plażach Morza Czarnego.
No tak go sowieci prześladowali. Biedak w maju musiał siedzieć na czarnomorskiej plaży i być może, o zgrozo, ciepłą wódkę pić. Masakra. Nie tylko tak walczyli o Polskę. Pan Henryk Wars jeszcze w 1941 roku skomponował muzykę do propagandowego szmatławca reżyserii niejakiego Michaiła Romma, uzasadniającego zajęcie wschodniej Polski. Utwory pana Eugeniusza znalazły się na ścieżce dźwiękowej tego dzieła, bo pan Bodo zadbał o wydanie w ojczyźnie proletariatu płyt ze swoimi najbardziej znanymi piosenkami śpiewanymi po rosyjsku. Jakże pięknie brzmiało na przykład "Ja ustowiłsia s niej toczno w diewiat".
A co było dalej? Pan Wars i jego zespół ruszyli w trasę po Związku Sowieckim, trafili do Armii Andersa i opuścili ojczyznę proletariatu, w której tyle wycierpieli. A Eugeniusz Bodo? Wystąpił z orkiestry, zamieszkał w willi (oj, ci źli sowieci, w willi mu kazali mieszkać) w Brzuchowicach pod Lwowem. I tam, po wybuchu wojny pomiędzy towarzyszem Hitlerem i towarzyszem Stalinem wpadł na rewelacyjny pomysł. Korzystając ze swojego szwajcarskiego paszportu postanowił jak najszybciej opuścić teren działań zbrojnych i wyemigrować do USA, gdzie był w 1937 roku. No i napisał w tej sprawie pismo do sowieckich władz, oczekując, że pozwolą mu wyjechać. Został rzecz jasna aresztowany pod zarzutem szpiegostwa, ciąg dalszy opisany jest powyżej.
I tak to jest w naszej postkomuszej Ojczyźnie. Za kolaborantów w czasie II wojny światowej uważani są wyłącznie ci, którzy współpracowali z Niemcami. Kolaborujący z sowietami, choćby ci, którzy współtworzyli taki szmatławiec jak film "Marzenie", za kolaborantów uważani nie są. Nawet przez osoby określające się jako prawicowe. Dziwne? W naszym bantustanie nie.