Polityka ma swoje cykle. Najpierw jest energia, potem stabilizacja, na końcu zmęczenie materiału. Partie nie przegrywają w chwili, gdy popełniają największy błąd, przegrywają wtedy, gdy wyborcy przestają wierzyć, że mogą jeszcze czymkolwiek zaskoczyć.
Dziś największy problem PiS nie polega na jednej aferze, jednej decyzji czy nawet jednym liderze. Problemem jest poczucie zamkniętego rozdziału. W polityce to stan szczególnie groźny: wyborca nie musi przejść do przeciwnika. Wystarczy, że przestanie widzieć przyszłość. I właśnie dlatego partia stoi dziś przed wyborem nie taktycznym, lecz egzystencjalnym - zarządzać spadkiem albo wywołać wstrząs.
Reset, który musi wyglądać jak początek epoki.
Kosmetyka personalna niczego już nie zmieni. Zmiana rzecznika, rekonstrukcja władz czy nowe hasło kampanijne nie zatrzymają trendu, bo wyborcy wiedzą, że to tylko korekta kursu. Aby odwrócić percepcję, potrzebne jest wydarzenie symboliczne, moment, w którym nawet przeciwnik polityczny przyznaje: „to już nie jest ta sama partia”.
Jedyny wariant spełniający ten warunek to kontrolowana sukcesja, czyli wyraźne wskazanie a w zasadzie namaszczenie przez Jarosława Kaczyńskiego nowego prezesa i wskazanie osobnego kampanijnego lidera i kandydata na premiera. To nie kompromis personalny, lecz podział funkcji. Prezes pilnuje jedności i struktury. Premier prowadzi wybory i odzyskuje centrum. Kogo widziałbym w tych rolach? Wyboru w zasadzie nie ma. Nowym prezesem mógłby zostać tylko Zbigniew Bogucki a Premierem Mateusz Morawiecki. To oczywiście moja propozycja, ale alternatywy nie widzę.
Dlaczego taki układ mógłby zadziałać.
Dzisiejszy elektorat PiS nie jest jednolity. Składa się z trzech grup:
- lojalnych - i tak zagłosują.
- rozczarowanych - czekają na sygnał zmiany.
- umiarkowanych - odeszli, ale nie ideowo.
Nowy lider o niskim konflikcie obniża temperaturę sporu i pozwala drugiej oraz trzeciej grupie wrócić bez poczucia zdrady własnych poglądów. Z kolei Morawiecki pozostaje ofertą dla wyborcy gospodarczego, który głosuje kalkulacją, nie emocją. W efekcie wybory przestają być referendum o przeszłości, a stają się decyzją o przyszłości.
Warunek konieczny: prawdziwe przekazanie władzy.
Największym zagrożeniem byłaby sukcesja pozorna. Wyborcy błyskawicznie rozpoznają „pełniącego obowiązki”. Nowy prezes musi sam podejmować decyzje, komunikować je i ponosić za nie odpowiedzialność. Autorytet w polityce nie jest przekazywany komunikatem - powstaje dopiero wtedy, gdy inni zaczynają się do niego odwoływać. Bez tego reset zamieni się w rekonstrukcję gabinetu.
Gdzie plan może się rozpaść.
Największym przeciwnikiem takiej operacji nie jest opozycja, lecz sama partia.
Dwuwładza - jeśli struktury uznają, że realna siła pozostaje gdzie indziej, zaczną grać na przyszłość zamiast na wynik.
Frakcje - jedno publiczne pęknięcie zniszczy narrację nowego początku.
Niedomknięta epoka - bez wyraźnego zakończenia starego rozdziału kampania nadal będzie dotyczyć przeszłości.
Aparat partyjny - gdy działacze zaczną układać listy pod wybory zamiast walczyć o wynik, cała operacja straci sens.
Wtedy zmiana nie zatrzyma spadku tylko go przyspieszy. Bo wyborcy wybaczają stagnację, ale nie chaos.
Co jeśli nic się nie wydarzy.
Nie nastąpi nagły upadek. Nie będzie politycznej katastrofy. Zdarzy się coś gorszego: normalizacja porażki. Partia nie zniknie, lecz przestanie być alternatywą władzy. Stanie się trwałą opozycją - dużą, stabilną, ale nieskuteczną.
Wnioski.
To operacja ryzykowna. Ale jej brak jest jeszcze bardziej ryzykowny. Partie rzadko przegrywają dlatego, że zbyt wiele postawiły na jedną kartę. Najczęściej przegrywają dlatego, że próbują zachować to, co już utraciły. Jeśli PiS zaryzykuje i wykona zmianę konsekwentnie - może odwrócić logikę wyborów. Jeśli wybierze bezpieczeństwo - przegra nie tylko kampanię, lecz rolę polityczną na lata. Polityczna próżnia nigdy nie pozostaje pusta a jej skutki zawsze wykraczają poza jedną partię.
"polityczne wymarcie"
Wymarcie tej łżeprawicy było by cudem, ale na cuda nie ma co liczyć.
Kaczyński i jego mafia to istne zombiaki, zakopywane już nie jeden raz w nieświęconej ziemi i nie jeden raz wypełzające.
A zamiast tej "łże prawicy" to kto ma wywalić Tuska? Jakaś autorska propozycja Zdzisek?
Wywalać Tuska, by był Kaczyński to słabe dziś hasło. To co, Morawiecki ze Zbigniewem Boguckim na doczepkę? To oferta dla starych pisowców, którzy wiedzą, co to za jeden.
Zacznijmy od pytania, na co komu partia internacjonalistycznych socjalistów przebranych za narodową prawicę? Tylko wrogowie Polski mogą sobie takich życzyć.
Polska potrzebuje rozgarniętego rządu, by przedostać się przez tumult geopolitycznych zmian, a nie faszerowanej frazesami o wstawaniu z kolan intelektualnej pustyni.
MS PIS przyspiesza a orkiestra gra głośniej i coraz skoczniej.... Co wskazuje, że wymiana zużytych, głównych graczy już niebawem.
Na dziś to przyspiesza i to nawet szybciej jak Titanic.