Antyprezydenckie zaczadzenie elyt 3 RP chciejstwem, sorry, w stosunku do kosmopolitycznych Europejczyków bardziej stosowne będzie określenie wishful thinking, nie mija, choć od wyboru Karola Nawrockiego minął już szmat czasu. W tej sytuacji coraz wyraźniej uprawdopodobniona wydaje się diagnoza, że establishment nadwiślańskiego landu zapadł na nieuleczalną przypadłość, permanentne zamroczenie rozsądku.
Jeśli owa fobia przetrwa do końca drugiej kadencji prezydenta, na którą już się zanosi, zdemoluje psychikę oszołomów po kres ich dni. I nawet terapia kliniczna nie pomoże im w powrocie do normalności, zwłaszcza, że dobra passa prawicy może potrwać dłużej… Ech, na samą myśl optymizm urasta w entuzjazm.
Ale nie jestem politycznym sadystą, więc powściągnę swoją wieszczbę. Tym bardziej, że zapewne w oczach awangardy postępu uchodzę nie tylko za parafiańskiego kołtuna, lecz także za mitomana, choć właściwie w nomenklaturze poprawności politycznej to tautologia.
Stosunek magdalenkowych elyt do prezydenta przypomina fabułkę skeczu kabaretowego o mężu tyranie. Ponieważ zupa była za słona, upokarzał żonę w rozmaity sposób. Wreszcie kazał jej wejść pod stół. Pokornie wpełzła. Wtedy zażądał, by szczekała. Gorliwie wykonała rozkaz, więc ją skatował, bo szczekała na swojego.
Progresywne obszczymurki udoskonaliły metodę porywczego pana domu i nie potrzebują do obsikiwania prezydenckich nogawek żadnego merytorycznego pretekstu. Oni pichcą zaczepki ze swych urojeń zbełtanych z kabotyńskiego poczucia wyższości i racjonalnej obawy przed nieuchronnym blamażem poronionej ideologii z jej wszystkimi dewiacjami, od klimatycznych, przez kulturowe, po seksualne.
Naturalnie moja ocena też wynika po części, ufam, że niewielkiej, z chciejstwa. Bo w jakim kierunku podąży Najjaśniejsza Rzeczpospolita w najbliższych latach, zależy od tak wielu zmiennych, z kaprysami elektoratu w czołówce, że jak powiadają najstarsi górale: bądź mądry i pisz wiersze.
Po takiej preambule reguły felietonowego rzemiosła zalecają sypnięcie garścią stosownych egzemplifikacji. Ponieważ jednak już wielokroć przytaczałem szczególnie groteskowe zarzuty, teraz jedynie hasłowo zrekapituluję co bardziej charakterystyczne.
To nie Nawrocki wygrał wybory, lecz Trzaskowski je przegrał. Do dziś zresztą trwa śledztwo w sprawie błędów przy liczeniu głosów. Wetuje bez opamiętania ustawy gwarantujące, że polska będzie rosła w siłę, a ludzie będą żyli dostatniej. W trakcie pielgrzymki kiboli na Jasną Górę zbezcześcił powitanie zarezerwowane dla służb mundurowych wołając: czołem, kibice! Tam też serdecznie uścisnął dłoń recydywiście, szefowi kiboli Jagielloni. Nie zapalił w pałacu świec chanukowych. O dywanikach modlitewnych dla muzułmanów plotki milczą. Wyekspediował do muzeum stół magdalenkowy. Początkowo sądziłem, że na drugą stronę Krakowskiego przedmieścia, do Muzeum Karykatury przy Koźlej. I wciąż się dziwię, że stół nie trafił po prostu do komisu meblowego.
Poczuł się dowartościowany, gdy Trump zaproponował mu miejsce w Radzie pokoju, obok Putina, Łukaszenki i Orbana. Ekwilibrystyka, z jaką początkowo wolne media cedziły tę informację, budziła podziw dla profesjonalizmu manipulacyjnego generatorów rzeczywistości urojonej. Dopiero po kilku dniach zelżał strumień medialnej uryny, gdy na Forum Ekonomicznym w Davos prezydent postąpił zgodnie z polską racją stanu.
Jednak w gruncie rzeczy, pomijając jeden przytomny moment, kisił się tam w dymie cygar na nasiadówkach przebiegających wedle powiedzonka: konferencja w Baden Baden, a rezultat żaden, żaden, gdy w tym czasie premier Donald Tusk szusując na nartach w Dolomitach, ładował akumulatory, by z jeszcze większym wigorem sterować nawą państwa.
Jako dyletant w sprawach międzynarodowych nie protestuje, ba, chyba sprawiają mu satysfakcję, ledwie skrywane aluzje Trumpa, że jest jego produktem marketingowym.
Co gorsza, z ociąganiem i ledwie półgębkiem zareagował na krzywdzącą i w gruncie rzeczy fejkniusową opinię Trumpa o drugorzędnej roli sojuszników z NATO w amerykańskiej interwencji w Afganistanie.
Ufff! Wystarczy, tym bardziej, że obsikiwanym konkurentem Nawrockiego do tytułu, tu proponuję wyimaginować sobie dowolne inwektywy, jest właśnie sam prezydent USA. A ja wciąż nie potrafię wyzbyć się zdumienia, jak łatwo byle łachy kpią z Donalda Trumpa, zastępując niechby bezkompromisową krytykę żenującymi szyderstwami.
W zasadzie utyskując nad miernotą antyprezydenckiego jazgotu, nie zamierzałem rozwijać innych wątków, bo jutro też jest dzień. Ale świadomość, że po jutrze może wybuchnąć wojna, gdyż już nawet w serialu „Klan” bohaterowie instruują telewizyjną widownię, jak przygotować pakiet ewakuacyjny w razie konieczności zejścia do schronu, skłoniła mnie do kilku ponurych refleksji jednej na poły optymistycznej. Nic to, że podobno najbliższe schrony z prawdziwego zdarzenia są w Berlinie. Surwiwalowe abecadło każdemu może się przydać.
Nie zagłębię się wszak w pesymistyczny nurt analiz globalnej polityki, bo gdzie mnie tam do takich kompetencji. Jednak nawet z mojego poziomu nieco zardzewiałego sekatora dostrzegam specyfikę nowego układu sił w światowej grze w szachy, brydża, pokera, trzy karty, ruletkę(niepotrzebne skreślić), no i w wojnę.
Optuję za pokerem, w którym Putin nie tyle rozdaje karty, ile, jak każdy szuler, ogrywa rywali, choćby miał w ręku blotki przeciw karecie króli. Wie bowiem, że przeciwnicy nie zamierzają zgarnąć całej puli, ponieważ rozpętałoby to trzecią wojnę światową, która przekształciłaby wiele metropolii w nekropolie. Ponadto nie wszystkie liczące się państwa, w tym część europejskich, postrzegają Rosję z naszej perspektywy, jako wschodnią barbarię. Ale tak czy inaczej, pozostawiając rakiety w silosach, należy gnębić putinowskie samodzierżawie sankcjami.
Ten przydługi wstęp posłużył mi jedynie do postawienia, oby nie retorycznego pytania: dlaczego, do kroćset, zamrożonych na Zachodzie rosyjskich aktywów nie można w całości przeznaczyć na wsparcie Ukrainy?!
Decydenci powołują się na prawo międzynarodowe. Czyżby zatem brutalna agresja, zatrważające zbrodnie rozbestwionego żołdactwa, ataki dronów i rakiet na obiekty cywilne, nie pozbawiały Kremla wszelkich praw przynależnych nacjom przestrzegającym ładu globalnego?
Za chwilę być może okaże się, że rosyjskie okręty wojenne i samoloty bombardujące Kijów, są ubezpieczone w Lloydsie. Odpukać!
Sekator
Ps.
– Podobno szkody wojenne kasują ubezpieczenie – zauważa mój komputer.
– Pamiętaj Eustachy – edukuję go. – Ruski mir rządzi się własnymi prawami, a pecunia non olet.
Ponoć prezydent Putin zrezygnował z udziału w tej tragikomicznej pokojowej radzie na znak protestu wobec ludobójstwa w Gazie.
"Decydenci powołują się na prawo międzynarodowe."
Nie ma czegoś takiego jak prawo międzynarodowe. Są konwencje ratyfikowane lub nie. Są traktaty podpisane lub nie. Są sądy międzynarodowe takie jak w Hadze, ale sądzą wyłącznie tych co podpisali lub ratyfikowali, a robią na opak.