W polityce przywykliśmy do hałasu. Do konferencji, oświadczeń, przecieków, źródeł zbliżonych do sprawy, szybkich komentarzy ekspertów i jeszcze szybszych ocen w mediach społecznościowych. Przywykliśmy do tego stopnia, że cisza zaczyna nas niepokoić. Wydaje się podejrzana. Nienaturalna. Jakby coś było nie tak.
A jednak czasem właśnie cisza bywa najbardziej wymownym komunikatem.
W ostatnich dniach mieliśmy sekwencję trzech spotkań na najwyższym szczeblu państwa: premiera z prezydentem, prezydenta z szefami resortów siłowych oraz prezydenta z ministrem spraw zagranicznych. Każde z tych spotkań zostało zakomunikowane zupełnie inaczej. I ta różnica mówi o stanie państwa więcej niż wszystkie konferencje prasowe razem wzięte.
Dużo słów - dużo polityki.
Po spotkaniu premiera z prezydentem mieliśmy klasykę politycznego teatru. Wystąpienia, komentarze, interpretacje. Rzecznik prezydenta przekazywał swoje akcenty, premier swoje. Z wypowiedzi można było wyczytać nie tylko treść rozmowy, ale przede wszystkim to, kto chce pokazać sprawczość, kto chce zaznaczyć swoją rolę, kto chce opowiedzieć opinii publicznej jak było. To było spotkanie polityczne w pełnym tego słowa znaczeniu. Tu komunikat był częścią gry.
Okrągłe formułki - sprawy poważniejsze.
Po spotkaniu prezydenta z szefami MON i MSWiA ton był już zupełnie inny. Rzecznik prezydenta rzeczowo, technicznie, bez emocji. Ministrowie - spokojne, okrągłe sformułowania o zgodności co do bezpieczeństwa państwa. Bez fajerwerków. Bez narracji. To jest charakterystyczne dla rozmów, które dotyczą realnych napięć kompetencyjnych, dostępu do informacji, obszarów wrażliwych: wojska, służb, bezpieczeństwa. Wtedy nie ma politycznego show. Jest powaga. A komunikat jest wygaszany.
I wreszcie - cisza.
Najciekawsze było jednak to trzecie spotkanie. Prezydent i szef MSZ. Dwóch konstytucyjnych współgospodarzy polityki zagranicznej państwa. I tu - niemal absolutna cisza. Krótki komunikat rzecznika MSZ. Żadnych wystąpień. Żadnych interpretacji. Żadnej próby budowania narracji. Żadnej potrzeby pokazania, kto miał rację, kto był ważniejszy, kto narzucił ton rozmowy. Nic. W świecie polityki to sytuacja wyjątkowa. Bo zwykle ktoś chce na takim spotkaniu coś ugrać wizerunkowo. Albo rząd chce pokazać, że prowadzi politykę zagraniczną. Albo Pałac chce podkreślić rolę prezydenta. Albo pojawiają się przecieki, półoficjalne komentarze, medialne „interpretacje”. Tu nie było nic. A to bardzo wiele mówi.
Im mniej komunikatu, tym większa waga rozmowy.
W dyplomacji i polityce istnieje niepisana zasada: im poważniejsza rozmowa, tym mniej o niej się mówi publicznie. Szczególnie wtedy, gdy dotyczy ona nie sporów medialnych, ale realnego mechanizmu działania państwa.
Prezydent i minister spraw zagranicznych to nie są dwa odrębne światy. To dwa elementy tej samej konstytucyjnej układanki. Ich relacja od lat bywała polem napięć - niezależnie od tego, kto rządził i kto mieszkał w Pałacu Prezydenckim. Bo to obszar, w którym kompetencje się zazębiają, przecinają, wymagają współpracy, a nie rywalizacji.
Jeśli po takim spotkaniu nie ma żadnej narracji, żadnej próby sprzedania swojej wersji, to najczęściej oznacza jedno: rozmowa była konkretna, poważna i dotyczyła rzeczy, które nie są materiałem do politycznego spektaklu.
Być może dotyczyła podziału ról. Być może ustalenia, kto reprezentuje państwo w jakich sprawach. Być może dostępu do informacji, koordynacji działań, kanałów dyplomatycznych. Być może spraw bardzo wrażliwych w kontekście sytuacji międzynarodowej.
Cokolwiek to było, obie strony najwyraźniej uznały, że lepiej tego nie rozgrywać medialnie.
Media milczą, bo nie dostały paliwa.
Media żywią się konfliktem, słowem, obrazem, narracją. Jeśli żadna ze stron niczego nie „wypuści”, nie ma czego grzać. Nie ma cytatów, nie ma przecieków, nie ma „naszych informacji”. To też jest sygnał. Gdyby to było spotkanie kurtuazyjne - mielibyśmy zdjęcia, uśmiechy i standardowe komunikaty. Gdyby to był konflikt - mielibyśmy natychmiast narrację, kto kogo „ustawił”. Skoro nie ma ani jednego, ani drugiego, to znaczy, że to nie było ani kurtuazyjne, ani konfliktowe. To było robocze. Państwowe. Może właśnie tak powinno wyglądać państwo?
Być może przywykliśmy do złego standardu. Do tego, że każde spotkanie musi być opowiedziane, skomentowane, zinterpretowane i użyte w bieżącej politycznej walce. Do tego, że państwo oglądamy przez pryzmat konferencji prasowych. A może prawdziwe państwo działa właśnie wtedy, gdy przestaje się o nim mówić, a zaczyna się w nim po prostu pracować.
Cisza po spotkaniu prezydenta z szefem MSZ może być czymś, do czego nie jesteśmy przyzwyczajeni. Ale może też być oznaką czegoś, na co od dawna czekaliśmy: że sprawy ustrojowe, kompetencyjne i strategiczne przestają być elementem politycznego teatru, a stają się przedmiotem normalnej, poważnej rozmowy. Bez kamer. Bez narracji. Bez potrzeby udowadniania czegokolwiek opinii publicznej.
Cisza, która daje nadzieję.
Może więc ta cisza nie jest powodem do niepokoju, ale do ostrożnego optymizmu. Bo wszystko wskazuje na to, że w tych rozmowach mniej chodziło o to, kto jest ważniejszy, a bardziej o to, jak państwo ma działać. Mniej o politykę, a bardziej o mechanizm. Mniej o wizerunek, a bardziej o odpowiedzialność.
Jeśli tak jest, to być może jesteśmy świadkami czegoś rzadkiego i cennego: momentu, w którym instytucje zaczynają ze sobą rozmawiać jak instytucje, a nie jak aktorzy w medialnym spektaklu.
I może właśnie od takich cichych, nieefektownych spotkań zaczyna się proces odzyskiwania państwa - nie przez słowa, lecz przez działanie.
Może to cisza przed burzą? Wszak reżim dysponuje środkami i zasobami do jej wywoływania.
Nie wydaje mi się. Gdyby chcieli wywołać burzę, to już wczoraj Sikorski obrabiałby to w usłużnych mediach. A tu cichuteńko, jak "makiem zasiał". Nawet na X nikt nie pyszczy.
"Tajemnica jest wtedy i tylko wtedy,gdy o czymś wie tylko jedna osoba. Gdy o czym wiedzą już nawet dwie
osoby,to juz nie ma tajemnicy." gdzieś to wyczytałem w starociach..Rzym,Grecja?
Czyżby Sikorski i nasz prezydent ...też to wyczytali?:-)))