Szansy na naprawę ustroju Rzeczpospolitej nie widzę w samej modyfikacji procesu wyborczego, czy nawet przedwyborczego, ale w zmianie podejścia do wyborów przez obywateli, oraz w ... mediach społecznościowych. Zacznijmy od pierwszej z nich. Chodzi mi o przekonanie wyborców, że wystarczy wyjść z myśleniem poza utarte, narzucane schematy i przekonania dotyczące elekcji aby zmienić się mógł cały system. I nie twierdzę, że to co chcę zaproponować jest tym jedynym i najlepszym rozwiązaniem. To jest tylko moja propozycja. Zapewne jedna z wielu. Natomiast uważam, że podstawą każdej zmiany jest w pierwszej kolejności zmiana myślenia. Przyjęcie do świadomości, że... zmiana w ogóle jest możliwa. Już samo to przekonanie – moim zdaniem – zmienia wszystko.
Otóż zwykle, i najczęściej, jest tak, że to partia wysuwa swego kandydata. Na radnego, prezydenta, posła. Kryterium wytypowania takiej osoby to, w 90% jak sądzę, przekonanie kierownictwa tej partii, o wierności (wierności kierownictwu) konkretnego człowieka. I dopiero w drugiej oraz trzeciej dopiero kolejności biorą oni pod uwagę jego umiejętności i przydatność. Ale ta przydatność to znowu jest przydatność dla wierchuszki partii, a nie dla społeczeństwa. Na marginesie dodam tylko, że oczywiście wierność jakiejś grupie interesu, z interesem społeczności może, ale też wcale nie musi, mieć punktów zbieżnych.
I my, wyborcy, siłą rzeczy koncentrujemy się na tej woli partii. Uważamy, że skoro „nasza partia” (czyli ta której kibicujemy) kogoś wytypowała, to jest to nasz kandydat. Ta akceptacja dzieje się niemal automatycznie, jak w przypadku zawodnika drużyny narodowej w piłce nożnej. Wychodzi na boisko jakaś postać w biało-czerwonej koszulce i my zakodowujemy sobie, że „on ci nasz”. Nawet jeśli zupełnie go nie znamy, albo niewiele o nim wiemy, od razu dzięki temu, że ma koszulkę, spodenki i że powołał go selekcjoner, wydaje się nam być osobą sympatyczną. Staje się od razu twarzą partii, czyli członkiem „naszej drużyny”. Z góry jesteśmy gotowi mu wiele wybaczyć i udzielić daleko idącego kredytu zaufania.
Czy jest to właściwe podejście? Czy partia jest naszą drużyną? Nie! Jest czymś zupełnie innym. W polityce nie chodzi bowiem - jak starają się nas przekonać - o samą rozgrywkę i jej wynik (wygrana jednej formacji nad drugą), ale o to, aby reprezentowali nas możliwie najlepsi z najlepszych menadżerowie od zarządzania, strategii, planowania i negocjacji. Najlepsi specjaliści. Chyba na tym polega demokracja? Przecież gdyby było inaczej, to nie Ateny, a grecka Olimpia byłaby dziś dla nas kolebką kultury politycznej.
Skupiając się na „woli naszej partii”, przechodzimy do porządku dziennego nad kandydatem jako osobą, a staje się on od razu naszym reprezentantem. Zapominamy, albo nie chcemy pamiętać, że owym „typem partii” może być (i często jest) bardzo ambitna jednostka, która niejednokrotnie dla własnej nobilitacji gotowa jest zrzec się nie tylko swych poglądów i autentycznej chęci reprezentowania społeczeństwa. (Jeżeli takie chęci wcześniej w ogóle przejawiała. ) I robi to na rzecz interesów partyjnych, jeśli nie własnych. Mało tego. W naszej obecnej kulturze politycznej bardzo często egoistyczną postawę takiego typa traktujemy jako oczywistą oczywistość, choć jeszcze nie tak dawno traktowano by to jako patologię i zdradę wyborców. A wszystko przez to, że wypaczyła się nasza zdolność widzenia i rozumienia takich słów jak „partia”, czy „przedstawiciel”. Partię postrzegamy obecnie nie jako oferenta pewnej politycznej koncepcji (oferenta politycznego programu), ale jako „naszą drużynę”, grupę ludzi którą widzimy jako „swoich”, nawet jeśli (i zdarza się to już teraz nagminnie) nie przedstawiają żadnego całościowego programu. To przeniesienie zasad „gry w gałę” do polityki jest chore, ale my zdajemy się tego nie zauważać, lub po prostu lekceważymy to nasze spostrzeżenie .
Na czym więc polega moja propozycja?
(Prezentację ostatniej części zaplanowałem na poniedziałek 05.01.2026)
Szkoda, że odstąpił Pan od przedstawienia swojej propozycji, bo 5 stycznia w 2026 roku nie wypadnie w sobotę. Może Pan jednak zmieni zdanie?
Dziękuję za zwrócenie uwagi. Trochę straciłem rachubę czasu. :)
Nie ma możliwości pozbyć się partii — stronnictwa polityczne będą zawsze. Nawet jak państwa upadną, gdy nie będzie już terytorialnego monopolu aparatu terroru na przemoc, to ludzie będę musieli się dogadywać i wypracowywać wspólne stanowisko i będą to robić w postaci zorganizowanych frakcji walczących za różnymi rozwiązaniami. Nie ma sensu z tym walczyć, bo to jest dobre.
Nie mam zamiaru proponować likwidacji partii ani lotu balonem na księżyc :) Chcę zaproponować coś całkowicie realnego. Partie są OK. To nasze ich postrzeganie się zmieniło. Wystarczy, że spojrzymy na partie tak jak powinniśmy na nie patrzeć. O tym już pojutrze.
Zło partii w Polsce polega na tym, że są wodzowskie. Że to jest złe, dobrze pokazuję książka: "Czy wiesz, dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii?"...
A wodzostwo z czego wynika?
Z ordynacji wyborczej.
Zmiana mentalności nastąpiłaby gdyby wprowadzić demokrację bezpośrednią. Nie w sensie ateńskim albo wg politycznej poprawności, tylko dosłownie. Głosowanie z finansową odpowiedzialnością za poszerzanie obciążeń budżetowych i pozabudżetowych. Te drugie to np. ETS w rachunkach za prąd. Skoro walka z CO2 jest dobra i niezależna od dyfuzji gazów, to chcącemu nie stałaby się krzywda.
W sprawach budżetowych możliwy byłby wybór partyjnych rozwiązań podatków i wydatków wykraczających poza obszar spraw rzeczywistej wspólnoty z wojskiem, sądownictwem, zdrowiem, edukacją itp. Zwolennicy rywalizacji kto kogo prześcignie w eskalacji wydatków państwa musieliby się samookreślić a nie samorealizować na cudzy koszt. Jednym słowem podatki racjonalne byłyby wspólne, a ideologiczne dobrowolne.
"Głosowanie z finansową odpowiedzialnością za poszerzanie obciążeń budżetowych i pozabudżetowych." I sądzi Pan, że ile osób zdecyduje się na głosowanie przy przyjęciu takiego rozwiązania?
A to, że "podatki racjonalne byłyby wspólne, a ideologiczne dobrowolne" trąci utopią. Pierwsze pytanie - jak to rozdzielić? Co jest racjonalne, a co nie. Dla projektodawców i pomysłodawców wszystko jest racjonalne i uzasadnione. Dla Pana nie?
Zwolennicy marksizmu-klimatyzmu zapłaciliby rachunek brutto z ETS za prąd – proszę zgadywać jak zagłosują swoimi pieniędzmi. Zwolennicy PiS i PO zagłosowaliby za PiT-PiS i PIT-PO. Pojawiłyby się partie prawicowe których poparcie wiązało by się z podstawowym podatkiem PIT jak dla niegłosujących, prawdopodobnie zerowym.
Racjonalizm nie jest pojęciem abstrakcyjnym, o ile posługujemy się faktami i logiką. Potrzebne jest przeprowadzenie dowodu. Do spraw spornych posłowie mogą przekonywać wyborców. Opłacałoby się nawet dać im w łapę 1mln zł tygodniowo na te pomysły, to może zainteresowaliby się pracą bardziej niż gdy tylko naciskają przycisk. Może nawet robiąc zrzutki zaczęliby tworzyć merytoryczne koalicje.
To nie utopia, to dowód na wielką ściemę.