Ludzka kultura sprzeciwia się ludzkiej naturze. Tezę tę powtarzam już setny raz. Nasza natura jest zwierzęca, bo człowiek to zwierzę — drapieżna, uzbrojona, agresywna, infantylna i skłonna do gwałtów zbiorowych małpa-morderca. Cywilizacja to mozolne wyrastanie z tej niemoralnej, instynktownej zwierzęcości.
Widać to na każdym kroku, gdy zestawimy biologię z etyką. Przykazanie „nie zabijaj” idzie na czołowe zderzenie z naszym instynktem drapieżcy, który podpowiada nam, by wyeliminować każdego, kto nam przeszkadza, szkodzi czy po prostu nas wkurza. Z kolei przykazanie „nie cudzołóż” oraz kulturowy nakaz monogamii tłumią nasze pierwotne instynkty płciowe, które samcom każą zapładniać jak najwięcej partnerek, a samicom szukać jak najliczniejszych, najsilniejszych dawców genów. Kultura nieustannie poskramia w nas zwierzę.
Przez tysiąclecia wydawało się jednak, że istnieje jeden wyjątek. Jeden potężny, prastary instynkt — dzielony z większością ssaków, rybami, a nawet roślinami — którego cywilizacja nie tylko nie tłumiła, ale wręcz na nim wyrosła, uświęciła go i zamieniła w fundament prawa oraz państwowości. Chodzi o instynkt terytorialny. Dziś jednak, na naszych oczach, również i ten ostatni bastion naszej zwierzęcej natury traci swój pierwotny sens. Cywilizacja zaczyna go pokonywać na rzecz czystej mobilności, relacyjności i ekspansji.
🔘 Od ciernika do geodety: jak ucywilizowaliśmy obsikiwanie terenu
Zacznijmy od tego, jak głęboko w biologii siedzi terytorialność. Słynny przyrodnik i noblista Konrad Lorenz opisywał zachowanie małej ryby — ciernika. Samiec ciernika buduje gniazdo i patroluje teren wokół niego. Gdy pojawi się intruz tego samego gatunku, gospodarz stroszy swój śmiercionośny kolec na grzbiecie i atakuje. Co fascynujące, jego agresja i odwaga są wprost proporcjonalne do bliskości własnego gniazda. Im dalej zapędzi się w pościgu, zbliżając się do gniazda rywala, tym bardziej słabnie jego zapał, aż w końcu role się odwracają — uciekający dotąd intruz u siebie nabiera odwagi i zaczyna gonić napastnika. W ten sposób, po serii przepychanek, obie ryby zatrzymują się po dwóch stronach niewidzialnej, nieoznakowanej granicy, wyznaczonej wyłącznie przez proporcje odległości i biologicznej agresji.
Człowiek przez wieki działał identycznie. Nasze codzienne, nieuświadomione zachowania to czysty ciernik!
Gdy siadamy sami przy czteroosobowym stoliku w kawiarni, podświadomie zawłaszczamy całą jego przestrzeń. Inni klienci, chcąc się przysiąść lub choćby pożyczyć wolne krzesło, pytają nas o pozwolenie, uznając nasze prawo własności, choć przecież nie kupiliśmy tego mebla.
W sali kinowej czy konferencyjnej osoby, które przyszły wcześniej, czują się gospodarzami przestrzeni, a spóźnialscy przemykają pod ścianami chyłkiem, pochyleni, w naturalnej pozie intruza.
Podczas rozmów towarzyskich tworzymy zamknięte, zazwyczaj czteroosobowe kręgi, w których każda nowa, dołączająca osoba jest w pierwszej chwili traktowana chłodniej — jak naruszyciel granic.
Samo istnienie w języku pojęć „gospodarz” i „gość” wynika z faktu, że na swoim terenie czujemy się pewnie, a na cudzym — nieswojo, co zresztą dobry gospodarz stara się nam zrekompensować gościnnością.
W czasach przedcywilizacyjnych, gdy byliśmy koczownikami i łowcami, nasza terytorialność przypominała tę wilczą. Wilki opanowują teren, polują na nim, a gdy zwierzyny ubywa, idą dalej, zataczając wieloletnie kręgi w swoistym wilczym płodozmianie. Granice takich terytoriów były płynne, wyznaczane odchodami i moczem, równie ulotne, jak ten mocz, który po kilku dniach wyparowywał.
Pierwszy etap cywilizacji polegał na tym, że ten wilczy instynkt uporządkowaliśmy. Zamiast obsikiwania drzew pojawiły się płoty, mury, szlabany i granice wytyczane przez geodetów. Powstało pojęcie twardej własności ziemi.
🔘 Krwawa zabawa w zdobywanie flagi
Ten sam instynkt, przeniesiony na poziom zbiorowości, stworzył gangi, mafie i państwa. Przez tysiąclecia cała polityka sprowadzała się w istocie do geopolityki — do walki stada o utrzymanie lub zdobycie fizycznego terenu, jego zasobów i szlaków komunikacyjnych.
Co więcej, nasz mózg jest tak silnie zaprogramowany terytorialnie, że nawet gdy walczymy o idee, musimy tę walkę zorientować przestrzennie. Kiedy harcerze bawią się w podchody, a dorośli pracownicy korporacji wyjeżdżają na integracyjny paintball, niemal zawsze odruchowo wybierają ten sam scenariusz: zatykają na jakimś placu flagę, której jedni bronią, a drudzy próbują ją zdobyć.
Dokładnie ten sam mechanizm obserwowaliśmy w 2014 roku w Ukrainie. Zaczęło się od kijowskiego Majdanu. Przecież ten plac sam w sobie nie miał żadnych zasobów — nie było tam ropy, złota, żywności ani zwierzyny łownej. Był czystym symbolem. A jednak ludzie z narażeniem życia szturmowali budynki urzędów, po których jeszcze tydzień wcześniej mogli swobodnie spacerować, a milicja z narażeniem życia tych korytarzy broniła. Gdyby nie było fizycznego placu i budynków do zdobycia, tłum nie wiedziałby, jak i o co walczyć. Dopiero chwilę później ta symboliczna zabawa terytorialna na Majdanie przerodziła się w twardą, krwawą rozgrywkę geopolityczną o Krym i Donbas — o fizyczne odcinanie kawałków ziemi.
Wydawałoby się więc, że jesteśmy na terytorium skazani. A jednak wojna o miedzę i granicę to ślepa uliczka ewolucji kulturowej. Prawdziwy wektor rozwoju cywilizacji skierowany jest w zupełnie inną stronę.
🔘 Pierwszy wyłom: uwolnić prawo od ziemi
Pierwszym sygnałem, że kurczowe trzymanie się ziemi staje się kulą u nogi cywilizacji, jest kwestia prawa. Współczesna, totalna demokracja dąży do bizantynizmu — czyni z państwa wszechogarniającego Lewiatana, który traktuje obywateli i terytorium jak swój prywatny folwark, wtrącając się w każdą dziedzinę życia.
Tymczasem zdrowa logika cywilizacyjna podpowiada coś dokładnie odwrotnego: rozdział prawa publicznego od prywatnego i oderwanie prawa od terytorium. O ile szczątkowe prawo publiczne (chroniące przed agresją fizyczną, kradzieżą czy gwałtem) musi obowiązywać na danym obszarze, a i tu mogłoby być przecież egzekwowane przez konkurencyjne egzekutywy, o tyle cała reszta naszych relacji nie ma nic wspólnego z geografią!
Kodeks pracy, prawo handlowe, prawo rodzinne, systemy ubezpieczeń, normy edukacyjne czy medyczne dotyczą ludzi i relacji między nimi, a nie działek, lasów czy stepów. Dlaczego miejsce, w którym fizycznie stoję, ma decydować o tym, na jakich zasadach zawieram umowę o pracę albo małżeństwo? Każda korporacja czy giełda powinna móc tworzyć własny kodeks handlowy, każda szkoła własny system edukacji, a każdy kościół czy stowarzyszenie — własny kodeks rodzinny. Te systemy powinny wędrować wraz z ludźmi, którzy je dobrowolnie przyjęli, i konkurować ze sobą bez względu na szerokość geograficzną.
Postulat, by prawo szło za człowiekiem, a nie było wtopione w grunt, to pierwszy krok kultury przeciwko dyktatowi instynktu terytorialnego. To triumf mobilności i wolnego wyboru nad geograficznym przypisaniem chłopstwa do ziemi.
🔘 Drugi wyłom: chmura, Anycast i koniec fizycznej geografii
To, co w sferze prawa jest wciąż postulatem, w sferze technologii już stało się faktem dokonanym. Widać to doskonale na przykładzie dyskusji o polskim systemie KSeF i przepływie metadanych podatkowych przez serwery firmy Imperva (założonej przez oficera izraelskiego wywiadu, a należącej do francuskiego giganta zbrojeniowo-wywiadowczego Thales).
Obrońcy tego rozwiązania używają argumentu rodem z epoki kamienia łupanego: „Skoro ping jest niski, a ścieżka routingu (traceroute) krótka, to znaczy, że serwery stoją fizycznie w Polsce, więc dane nie opuszczają terytorium kraju”. To rozumowanie kompletnie ignoruje rzeczywistość współczesnej chmury obliczeniowej.
Dzisiejsze sieci CDN i systemy bezpieczeństwa WAF działają w architekturze Anycast. W starym, terytorialnym modelu jeden adres IP oznaczał jedną fizyczną maszynę w konkretnym budynku. W modelu Anycast ten sam adres IP jest rozgłaszany jednocześnie przez dziesiątki centrów danych (węzłów PoP — Point of Presence) na całym świecie — w Warszawie, Paryżu, Tel Awiwie czy Nowym Jorku. Globalny system routingu kieruje nasz ruch do węzła najbliższego topologicznie w sieci. Lokalny serwer w Warszawie faktycznie szybko odpowiada na zapytanie, kończy szyfrowaną sesję TLS, filtruje ruch i zbiera logi.
Tyle że w tym momencie fizyczna geografia przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie! Dane przetworzone w warszawskim węźle znajdują się już w logicznej przestrzeni globalnej chmury. Mogą być (i są) błyskawicznie replikowane, agregowane i analizowane w dowolnym innym miejscu na Ziemi. Klasyczna suwerenność terytorialna — wywodząca się od Grocjusza i Locke’a, oparta na tym, że strażnik graniczny i celnik kontrolują każdy towar i dokument przekraczający szlaban — w starciu z chmurą po prostu paruje. Bit nie ma masy. Pakiet IP nie zatrzymuje się na granicy.
W architekturze chmurowej granica przestaje być geograficzna, a staje się topologiczna i logiczna. Następuje przesunięcie granicy od przestrzeni do relacji. Nie ma znaczenia, na czyjej ziemi stoi kawałek krzemu i metalu, przez który w ułamku sekundy przelatuje elektron. Liczy się to, kto ma kontrolę nad algorytmem, cyklem życia informacji i architekturą uprawnień. Ludzkość, przenosząc swoje finanse, państwo i gospodarkę w obłoki, ostatecznie zerwała z materialnym poczuciem terytorium.
🔘 Wielka ucieczka: od Kolumba po podbój kosmosu
Gdy ułożymy te wszystkie elementy w jedną całość — od ryby ciernika, przez kawiarniane stoliki, krwawe walki o flagę na Majdanie, aż po postulat mobilnego prawa i chmurę Anycast — wyłania się z tego jasny wektor naszej cywilizacji.
Instynkt terytorialny był nam potrzebny na etapie zwierzęcym i we wczesnej fazie osiadłego rolnictwa, kiedy zasoby były trwale przywiązane do gruntu. Jednak rozwój kultury i technologii to proces nieustannego przezwyciężania tego instynktu na rzecz mobilności.
Zwierzę broni swojego kawałka lasu. Człowiek cywilizowany przekracza horyzont. Nawet to, co w historii nazywaliśmy ekspansją terytorialną — jak wielkie odkrycia geograficzne i wyprawa Kolumba do Ameryki — było w istocie buntem przeciwko zamknięciu w dotychczasowym terytorium, triumfem ruchu, żeglugi i handlu nad zasiedziałym bezruchem.
Dziś ten sam pęd wypycha nas jeszcze dalej. Z jednej strony uciekamy z fizycznej geografii w bezgraniczną przestrzeń cyfrowych chmur, gdzie liczą się czyste relacje informacyjne, a nie mapy geodetów. Z drugiej strony — patrzymy w górę i budujemy rakiety, by ruszyć w kosmos. W przestrzeni kosmicznej, w próżni międzyplanetarnej, nasze pierwotne, wilcze przywiązanie do obsikiwania granic ostatecznie straci jakikolwiek punkt zaczepienia.
Tak jak kultura nauczyła nas tłumić instynkt zabijania i dzikiej rozwiązłości, tak teraz — poprzez mobilność ludzi, kapitału, prawa i danych — uczy nas wyrastać z terytorialności. Przestajemy być ciernikami przywiązanymi do swojego gniazda na dnie rzeki. Odrywamy się od ziemi i zaczynamy bujać w obłokach — zarówno tych cyfrowych, jak i kosmicznych. I to jest właśnie najgłębszy sens naszej cywilizacyjnej ewolucji.
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS