Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentujący
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Zmierzch instynktu terytorialnego. Jak kultura odrywa nas od ziemi

Grzegorz GPS Świderski 16.10.2026

Ludzka kultura sprzeciwia się ludzkiej naturze. Tezę tę powtarzam już setny raz. Nasza natura jest zwierzęca, bo człowiek to zwierzę — drapieżna, uzbrojona, agresywna, infantylna i skłonna do gwałtów zbiorowych małpa-morderca. Cywilizacja to mozolne wyrastanie z tej niemoralnej, instynktownej zwierzęcości.

  Widać to na każdym kroku, gdy zestawimy biologię z etyką. Przykazanie „nie zabijaj” idzie na czołowe zderzenie z naszym instynktem drapieżcy, który podpowiada nam, by wyeliminować każdego, kto nam przeszkadza, szkodzi czy po prostu nas wkurza. Z kolei przykazanie „nie cudzołóż” oraz kulturowy nakaz monogamii tłumią nasze pierwotne instynkty płciowe, które samcom każą zapładniać jak najwięcej partnerek, a samicom szukać jak najliczniejszych, najsilniejszych dawców genów. Kultura nieustannie poskramia w nas zwierzę.

  Przez tysiąclecia wydawało się jednak, że istnieje jeden wyjątek. Jeden potężny, prastary instynkt — dzielony z większością ssaków, rybami, a nawet roślinami — którego cywilizacja nie tylko nie tłumiła, ale wręcz na nim wyrosła, uświęciła go i zamieniła w fundament prawa oraz państwowości. Chodzi o instynkt terytorialny. Dziś jednak, na naszych oczach, również i ten ostatni bastion naszej zwierzęcej natury traci swój pierwotny sens. Cywilizacja zaczyna go pokonywać na rzecz czystej mobilności, relacyjności i ekspansji.

🔘 Od ciernika do geodety: jak ucywilizowaliśmy obsikiwanie terenu

  Zacznijmy od tego, jak głęboko w biologii siedzi terytorialność. Słynny przyrodnik i noblista Konrad Lorenz opisywał zachowanie małej ryby — ciernika. Samiec ciernika buduje gniazdo i patroluje teren wokół niego. Gdy pojawi się intruz tego samego gatunku, gospodarz stroszy swój śmiercionośny kolec na grzbiecie i atakuje. Co fascynujące, jego agresja i odwaga są wprost proporcjonalne do bliskości własnego gniazda. Im dalej zapędzi się w pościgu, zbliżając się do gniazda rywala, tym bardziej słabnie jego zapał, aż w końcu role się odwracają — uciekający dotąd intruz u siebie nabiera odwagi i zaczyna gonić napastnika. W ten sposób, po serii przepychanek, obie ryby zatrzymują się po dwóch stronach niewidzialnej, nieoznakowanej granicy, wyznaczonej wyłącznie przez proporcje odległości i biologicznej agresji.

  Człowiek przez wieki działał identycznie. Nasze codzienne, nieuświadomione zachowania to czysty ciernik!

  Gdy siadamy sami przy czteroosobowym stoliku w kawiarni, podświadomie zawłaszczamy całą jego przestrzeń. Inni klienci, chcąc się przysiąść lub choćby pożyczyć wolne krzesło, pytają nas o pozwolenie, uznając nasze prawo własności, choć przecież nie kupiliśmy tego mebla.

  W sali kinowej czy konferencyjnej osoby, które przyszły wcześniej, czują się gospodarzami przestrzeni, a spóźnialscy przemykają pod ścianami chyłkiem, pochyleni, w naturalnej pozie intruza.

  Podczas rozmów towarzyskich tworzymy zamknięte, zazwyczaj czteroosobowe kręgi, w których każda nowa, dołączająca osoba jest w pierwszej chwili traktowana chłodniej — jak naruszyciel granic.

  Samo istnienie w języku pojęć „gospodarz” i „gość” wynika z faktu, że na swoim terenie czujemy się pewnie, a na cudzym — nieswojo, co zresztą dobry gospodarz stara się nam zrekompensować gościnnością.

  W czasach przedcywilizacyjnych, gdy byliśmy koczownikami i łowcami, nasza terytorialność przypominała tę wilczą. Wilki opanowują teren, polują na nim, a gdy zwierzyny ubywa, idą dalej, zataczając wieloletnie kręgi w swoistym wilczym płodozmianie. Granice takich terytoriów były płynne, wyznaczane odchodami i moczem, równie ulotne, jak ten mocz, który po kilku dniach wyparowywał.

  Pierwszy etap cywilizacji polegał na tym, że ten wilczy instynkt uporządkowaliśmy. Zamiast obsikiwania drzew pojawiły się płoty, mury, szlabany i granice wytyczane przez geodetów. Powstało pojęcie twardej własności ziemi.

🔘 Krwawa zabawa w zdobywanie flagi

  Ten sam instynkt, przeniesiony na poziom zbiorowości, stworzył gangi, mafie i państwa. Przez tysiąclecia cała polityka sprowadzała się w istocie do geopolityki — do walki stada o utrzymanie lub zdobycie fizycznego terenu, jego zasobów i szlaków komunikacyjnych.

  Co więcej, nasz mózg jest tak silnie zaprogramowany terytorialnie, że nawet gdy walczymy o idee, musimy tę walkę zorientować przestrzennie. Kiedy harcerze bawią się w podchody, a dorośli pracownicy korporacji wyjeżdżają na integracyjny paintball, niemal zawsze odruchowo wybierają ten sam scenariusz: zatykają na jakimś placu flagę, której jedni bronią, a drudzy próbują ją zdobyć.

  Dokładnie ten sam mechanizm obserwowaliśmy w 2014 roku w Ukrainie. Zaczęło się od kijowskiego Majdanu. Przecież ten plac sam w sobie nie miał żadnych zasobów — nie było tam ropy, złota, żywności ani zwierzyny łownej. Był czystym symbolem. A jednak ludzie z narażeniem życia szturmowali budynki urzędów, po których jeszcze tydzień wcześniej mogli swobodnie spacerować, a milicja z narażeniem życia tych korytarzy broniła. Gdyby nie było fizycznego placu i budynków do zdobycia, tłum nie wiedziałby, jak i o co walczyć. Dopiero chwilę później ta symboliczna zabawa terytorialna na Majdanie przerodziła się w twardą, krwawą rozgrywkę geopolityczną o Krym i Donbas — o fizyczne odcinanie kawałków ziemi.

  Wydawałoby się więc, że jesteśmy na terytorium skazani. A jednak wojna o miedzę i granicę to ślepa uliczka ewolucji kulturowej. Prawdziwy wektor rozwoju cywilizacji skierowany jest w zupełnie inną stronę.

🔘 Pierwszy wyłom: uwolnić prawo od ziemi

  Pierwszym sygnałem, że kurczowe trzymanie się ziemi staje się kulą u nogi cywilizacji, jest kwestia prawa. Współczesna, totalna demokracja dąży do bizantynizmu — czyni z państwa wszechogarniającego Lewiatana, który traktuje obywateli i terytorium jak swój prywatny folwark, wtrącając się w każdą dziedzinę życia.

  Tymczasem zdrowa logika cywilizacyjna podpowiada coś dokładnie odwrotnego: rozdział prawa publicznego od prywatnego i oderwanie prawa od terytorium. O ile szczątkowe prawo publiczne (chroniące przed agresją fizyczną, kradzieżą czy gwałtem) musi obowiązywać na danym obszarze, a i tu mogłoby być przecież egzekwowane przez konkurencyjne egzekutywy, o tyle cała reszta naszych relacji nie ma nic wspólnego z geografią!

  Kodeks pracy, prawo handlowe, prawo rodzinne, systemy ubezpieczeń, normy edukacyjne czy medyczne dotyczą ludzi i relacji między nimi, a nie działek, lasów czy stepów. Dlaczego miejsce, w którym fizycznie stoję, ma decydować o tym, na jakich zasadach zawieram umowę o pracę albo małżeństwo? Każda korporacja czy giełda powinna móc tworzyć własny kodeks handlowy, każda szkoła własny system edukacji, a każdy kościół czy stowarzyszenie — własny kodeks rodzinny. Te systemy powinny wędrować wraz z ludźmi, którzy je dobrowolnie przyjęli, i konkurować ze sobą bez względu na szerokość geograficzną.

  Postulat, by prawo szło za człowiekiem, a nie było wtopione w grunt, to pierwszy krok kultury przeciwko dyktatowi instynktu terytorialnego. To triumf mobilności i wolnego wyboru nad geograficznym przypisaniem chłopstwa do ziemi.

🔘 Drugi wyłom: chmura, Anycast i koniec fizycznej geografii

  To, co w sferze prawa jest wciąż postulatem, w sferze technologii już stało się faktem dokonanym. Widać to doskonale na przykładzie dyskusji o polskim systemie KSeF i przepływie metadanych podatkowych przez serwery firmy Imperva (założonej przez oficera izraelskiego wywiadu, a należącej do francuskiego giganta zbrojeniowo-wywiadowczego Thales).

  Obrońcy tego rozwiązania używają argumentu rodem z epoki kamienia łupanego: „Skoro ping jest niski, a ścieżka routingu (traceroute) krótka, to znaczy, że serwery stoją fizycznie w Polsce, więc dane nie opuszczają terytorium kraju”. To rozumowanie kompletnie ignoruje rzeczywistość współczesnej chmury obliczeniowej.

  Dzisiejsze sieci CDN i systemy bezpieczeństwa WAF działają w architekturze Anycast. W starym, terytorialnym modelu jeden adres IP oznaczał jedną fizyczną maszynę w konkretnym budynku. W modelu Anycast ten sam adres IP jest rozgłaszany jednocześnie przez dziesiątki centrów danych (węzłów PoP — Point of Presence) na całym świecie — w Warszawie, Paryżu, Tel Awiwie czy Nowym Jorku. Globalny system routingu kieruje nasz ruch do węzła najbliższego topologicznie w sieci. Lokalny serwer w Warszawie faktycznie szybko odpowiada na zapytanie, kończy szyfrowaną sesję TLS, filtruje ruch i zbiera logi.

  Tyle że w tym momencie fizyczna geografia przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie! Dane przetworzone w warszawskim węźle znajdują się już w logicznej przestrzeni globalnej chmury. Mogą być (i są) błyskawicznie replikowane, agregowane i analizowane w dowolnym innym miejscu na Ziemi. Klasyczna suwerenność terytorialna — wywodząca się od Grocjusza i Locke’a, oparta na tym, że strażnik graniczny i celnik kontrolują każdy towar i dokument przekraczający szlaban — w starciu z chmurą po prostu paruje. Bit nie ma masy. Pakiet IP nie zatrzymuje się na granicy.

  W architekturze chmurowej granica przestaje być geograficzna, a staje się topologiczna i logiczna. Następuje przesunięcie granicy od przestrzeni do relacji. Nie ma znaczenia, na czyjej ziemi stoi kawałek krzemu i metalu, przez który w ułamku sekundy przelatuje elektron. Liczy się to, kto ma kontrolę nad algorytmem, cyklem życia informacji i architekturą uprawnień. Ludzkość, przenosząc swoje finanse, państwo i gospodarkę w obłoki, ostatecznie zerwała z materialnym poczuciem terytorium.

🔘 Wielka ucieczka: od Kolumba po podbój kosmosu

  Gdy ułożymy te wszystkie elementy w jedną całość — od ryby ciernika, przez kawiarniane stoliki, krwawe walki o flagę na Majdanie, aż po postulat mobilnego prawa i chmurę Anycast — wyłania się z tego jasny wektor naszej cywilizacji.

  Instynkt terytorialny był nam potrzebny na etapie zwierzęcym i we wczesnej fazie osiadłego rolnictwa, kiedy zasoby były trwale przywiązane do gruntu. Jednak rozwój kultury i technologii to proces nieustannego przezwyciężania tego instynktu na rzecz mobilności.

  Zwierzę broni swojego kawałka lasu. Człowiek cywilizowany przekracza horyzont. Nawet to, co w historii nazywaliśmy ekspansją terytorialną — jak wielkie odkrycia geograficzne i wyprawa Kolumba do Ameryki — było w istocie buntem przeciwko zamknięciu w dotychczasowym terytorium, triumfem ruchu, żeglugi i handlu nad zasiedziałym bezruchem.

  Dziś ten sam pęd wypycha nas jeszcze dalej. Z jednej strony uciekamy z fizycznej geografii w bezgraniczną przestrzeń cyfrowych chmur, gdzie liczą się czyste relacje informacyjne, a nie mapy geodetów. Z drugiej strony — patrzymy w górę i budujemy rakiety, by ruszyć w kosmos. W przestrzeni kosmicznej, w próżni międzyplanetarnej, nasze pierwotne, wilcze przywiązanie do obsikiwania granic ostatecznie straci jakikolwiek punkt zaczepienia.

  Tak jak kultura nauczyła nas tłumić instynkt zabijania i dzikiej rozwiązłości, tak teraz — poprzez mobilność ludzi, kapitału, prawa i danych — uczy nas wyrastać z terytorialności. Przestajemy być ciernikami przywiązanymi do swojego gniazda na dnie rzeki. Odrywamy się od ziemi i zaczynamy bujać w obłokach — zarówno tych cyfrowych, jak i kosmicznych. I to jest właśnie najgłębszy sens naszej cywilizacyjnej ewolucji.

Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 11
Grzegorz GPS Świderski
Nazwa bloga:
Pupilla Libertatis
Zawód:
Informatyk
Miasto:
Warszawa

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 522
Liczba wyświetleń: 757 439
Liczba komentarzy: 6 841

Ostatnie wpisy blogera

  • Infantylny kryzys konstytucyjny
  • Uniki obrońców przymusu
  • Atak dronów na Yandexa

Moje ostatnie komentarze

  • Nie. Te dwa punkty, które napisałem w notce, w zupełności wystarczą, by nie było żadnej potrzeby wyliczania odległości, jaką wyznacza słowo "wobec". Dowolny z tych przepisów można sformułować tak, by…
  • Tak jest!
  • Jest cała masa problemów z oceną i interpretacją mętnego prawa, jakie mamy. Prawo powinno być pisane tak, by zakładać maksymalnie złą wolę tych, którzy będą je interpretować. Koneczny pisał o…

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Przekop nie dla żeglarzy!
  • Wojna dla opornych. W punktach
  • Komentarze na naszych blogach

Ostatnio komentowane

  • Marek Michalski, A obecny stan prawny pozostawia jakiekolwiek wątpliwości? Nie.A praktyka legislacji i interpretacji jest paragrafiarstwem i kruczkowaniem jak to określił Koneczny 80 i więcej lat temu? Tak.
  • Grzegorz GPS Świderski, Nie. Te dwa punkty, które napisałem w notce, w zupełności wystarczą, by nie było żadnej potrzeby wyliczania odległości, jaką wyznacza słowo "wobec". Dowolny z tych przepisów można sformułować tak, by…
  • Marek Michalski, Porusza Pan konkretny problem. Wobec złej woli nie pomoże precyzowanie prawa oczywistego.To problemy rozwiązane w starożytnym Rzymie:Manifesta non egent probatione – To, co oczywiste, nie wymaga…

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności