Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentujący
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Harcerstwo, któremu ukradziono przyszłość

Grzegorz GPS Świderski 05.10.2026

Należałem do 21 Warszawskiej Wodnej Drużyny Harcerskiej przy liceum Gottwalda w Warszawie. W latach 80-tych poprzedniego wieku jeździliśmy na obozy na Szeroki Ostrów na Śniardwach i nad Jeziorak, a łódki remontowaliśmy w Harcerskim Ośrodku Wodnym na Cyplu Czerniakowskim. Dla nas była to część zwyczajnego życia: praca przy sprzęcie, przygotowania do kolejnego sezonu, wspólne pływanie i odpowiedzialność za to, co zrobimy własnymi rękami. Dopiero po latach przychodzi pytanie, dlaczego z tego wszystkiego nie wyrosła wielka, trwała instytucja, do której dziś przyprowadzalibyśmy wnuki.

  Znalazłem dokument, który wygląda jak urzędowe epitafium. W maju 2022 roku Zarząd Zieleni m. st. Warszawy ogłosił zamówienie na rozbiórkę murowanego budynku przy Zaruskiego 10. Ponad 557 metrów kwadratowych powierzchni zabudowy, zamurowane okna, popękane ściany, nieszczelny i miejscami zapadnięty dach. Dokumentacja uznawała modernizację za nieopłacalną, a po wykonaniu rozbiórki przewidywała uporządkowanie terenu i posianie trawy. Oto perspektywa dla budynku pod adresem naszego dawnego HOW-u: rozebrać, wyrównać, zazielenić.

  Na grupie dawnych harcerzy wodnych napisałem: „Gdyby nie te pierdolone komuchy, to już wtedy harcerstwo byłoby potęgą, a HOW by do dziś istniał i byłby wielką mariną nad Wisłą”. To zdanie wyraża wściekłość i historyczną hipotezę. Niemniej to nie tylko komuchów wina, ale nas samych. Nie mamy możliwości sprawdzenia alternatywnej Polski, ale możemy porównać warunki, w jakich dorastaliśmy, z warunkami rozwoju skautingu w wolnych krajach. Wtedy przypuszczenie o zmarnowanej przyszłości zaczyna mieć bardzo konkretne podstawy.

  Polskie harcerstwo miało własny dorobek długo przed PRL-em. W latach trzydziestych żeglarstwo należało do jego najmocniejszych specjalności, a w 1935 roku ukończono przebudowę pierwszego „Zawiszy Czarnego”. Istniały szkoły instruktorskie, środowiska wychowanków i Ruch Przyjaciół Harcerstwa. Po wojnie komuniści przystąpili do podporządkowania tej organizacji: usuwali instruktorów, zlikwidowali autonomiczny ruch przyjaciół, odrzucali tradycję skautową. W 1950 roku ZHP zaprzestał działalności, a jego miejsce zajęła podporządkowana ZMP organizacja wzorowana na radzieckich pionierach. Odrodzenie ZHP w 1956 roku przywróciło wiele tradycji, lecz odbywało się pod politycznym nadzorem PZPR.

  Kiedy na początku lat osiemdziesiątych my przygotowywaliśmy łódki do sezonu, w harcerstwie trwała walka o odzyskanie samodzielności. Powstałe w 1980 roku Kręgi Instruktorów Harcerskich im. Andrzeja Małkowskiego domagały się powrotu do harcerskich zasad i metod wychowania. Według historyka Marka Wierzbickiego ruch obejmował prawie tysiąc instruktorów, ponad 1200 drużyn i co najmniej 30–35 tysięcy harcerek i harcerzy. Energia do odnowy istniała, miała nazwiska, drużyny i program.

  Kronika 16 WDH z 1981 roku pokazuje, na co trzeba było tę energię wydawać. Opisuje kolportowanie wydawnictw poza cenzurą, spory z partyjnymi wykładowcami oraz wprowadzanie w drużynie zasad, których nie chciały zaakceptować władze związku. Instruktorzy rozważali, czy wystąpić z ZHP, czy pozostać w jego strukturach, chroniąc możliwość pracy z młodzieżą. Samodzielne wychowywanie młodych ludzi wymagało politycznej taktyki i gotowości do konfliktu z własną organizacyjną zwierzchnością.

  Stan wojenny zamknął okres nadziei na szybką zmianę. ZHP nie został zawieszony, a jego Rada Naczelna poparła Wojskową Radę Ocalenia Narodowego. W czerwcu 1982 roku władze ZHP rozwiązały Radę Porozumienia KIHAM. Niezależne środowiska kontynuowały działalność w trudniejszych warunkach, między innymi przy duszpasterstwach harcerskich. Władza przeznaczała wysiłek na pilnowanie instruktorów, których największym przewinieniem było pragnienie wychowywania młodzieży według własnego sumienia.

  Oczywiście w PRL-u powstawały przystanie, odbywały się rejsy i rozwijały świetne drużyny. Sam HOW jest częścią tej historii, a wspomnienia działającego w nim klubu nurkowego WANDA wymieniają bardzo konkretną pomoc: finansowanie zajęć na basenie, sprzęt obozowy oraz nową sprężarkę. Byli ludzie, którzy potrafili zdobywać środki i tworzyć rzeczy wartościowe w istniejących warunkach.

  Tyle że to wszystko nie było nasze. Ośrodki stawiano za państwowe pieniądze, na państwowej albo miejskiej ziemi. Harcerstwo z nich korzystało, ale nie było ich gospodarzem. System działał, dopóki płynęły dotacje. Kiedy przestały płynąć, okazało się, że po czterdziestu latach nie mamy ani tytułu do ziemi, ani funduszu remontowego, ani nawyku proszenia własnych wychowanków o pieniądze. Komunizm dawał, ale nie pozwalał posiadać. A czego się nie posiada, tego nie da się przekazać następnemu pokoleniu.

  Jak wiele mogliby osiągnąć ci sami ludzie, gdyby mieli swobodę działania, dostęp do bogatszego zaplecza społecznego i możliwość budowania niezależnej instytucji przez kilka pokoleń?

  W Anglii taki proces można prześledzić na przykładzie Gilwell Park. W 1919 roku William de Bois Maclaren sfinansował zakup posiadłości dla skautów, a następnie przeznaczył dodatkowe pieniądze na jej uporządkowanie. Powstało miejsce obozów i szkolenia instruktorów, które mogło rozwijać swoją rolę przez następne dziesięciolecia.

  Brytyjscy Sea Scouts zbudowali też trwającą od ponad stu lat współpracę z Royal Navy, obejmującą wiedzę, szkolenia i wsparcie sprzętowe. Marynarka wspiera działalność wodniacką, a organizacja zachowuje własną skautową tożsamość. Społeczny majątek, prywatna hojność i współpraca z instytucjami publicznymi mogą się wzajemnie wzmacniać.

  W Stanach Zjednoczonych Sea Scouting powstał w 1912 roku. Rozwijał praktyczne umiejętności żeglarskie, konserwację łodzi i odpowiedzialność za załogę, a więc zajęcia doskonale znajome polskim harcerzom wodnym. W 1979 roku amerykańscy skauci kupili za pieniądze prywatnej fundacji kompleks na Florydzie i urządzili w nim stałą bazę wodną, która przyjęła pierwszych uczestników w maju 1980 roku. W grudniu 1982 roku prywatny darczyńca podarował im Big Munson Island, dziewiczą wyspę o powierzchni ponad 40 hektarów, wykorzystywaną odtąd do wodnych wypraw i obozowania.

  W tym samym czasie nasi instruktorzy patrzyli, jak władze związku rozwiązują ich Radę Porozumienia, a amerykańscy koledzy dostawali w prezencie wyspę.

  Najbardziej przemawia jednak do wyobraźni Dania. Middelgrundsfortet, dawny fort na sztucznej wyspie pod Kopenhagą, wystawiono na sprzedaż w 2010 roku za 75 milionów koron. W 2015 roku skauci kupili go za 20 milionów dzięki dwóm fundacjom, Nordea-fonden i Fundacji A.P. Møllera, z których każda przekazała po 10 milionów koron duńskich. W 2016 roku Nordea-fonden dołożyła 120 milionów koron na realizację projektu i jego funkcjonowanie. Pomysł przekształcenia fortu w wyspę młodzieży wyszedł od młodych skautów, a otwarcie Ungdomsøen nastąpiło w sierpniu 2019 roku.

  A co się działo w Polsce? Po wojennej katastrofie potrzebowaliśmy odbudowy samodzielnych środowisk, ich majątku i zaufania. Otrzymaliśmy system, w którym władza podporządkowywała sobie organizacje i ograniczała niezależną przedsiębiorczość. Harcerstwo utraciło dziesięciolecia, podczas których mogło budować własne zaplecze materialne oraz sieć zamożnych wychowanków i darczyńców. Koszt tego procesu obejmuje również wszystkie przedsięwzięcia, które nie zdążyły powstać.

  Działa tu społeczny odpowiednik procentu składanego. Harcerz dorasta, zakłada firmę, zdobywa doświadczenie zawodowe i wraca do swojej drużyny jako instruktor, sponsor albo członek rady fundacji. Jeden pomaga wyremontować dach, drugi przekazuje łódkę, trzeci finansuje stypendia dla dzieci, których rodziców nie stać na obóz. Po trzydziestu latach istnieje trwała baza, po sześćdziesięciu całe środowisko umie ją utrzymywać i rozwijać. W PRL-u ten procent nie mógł narastać, bo nikt nie mógł się dorobić, a to, co zbudowano, należało do państwa. Zerwanie tej ciągłości odbiera także przyszłym pokoleniom korzyści z pracy ich poprzedników.

  Wyobraźmy sobie Polskę, która po wojnie odbudowuje się bez komunistycznej dyktatury. Nadal jest zrujnowana, biedniejsza od państw zachodnich i obciążona ogromnymi stratami ludzkimi, więc żaden szybki cud nie nastąpi. Ma jednak swobodę tworzenia stowarzyszeń, rozwijania przedsiębiorstw i wspierania własnych instytucji. W takim scenariuszu środowisko warszawskich wodniaków mogłoby stopniowo zabezpieczyć trwałe prawo do terenu, zbudować fundusz remontowy i powiązać działalność młodzieżową z usługami pomagającymi utrzymać ośrodek.

  Nasz HOW mógłby wtedy wyrosnąć na dużą harcerską przystań i całoroczne centrum edukacji wodnej: z warsztatem szkutniczym, hangarami, salami szkoleniowymi, wypożyczalnią kajaków oraz miejscem dla klubów żeglarskich i nurkowych. Zimą remontowalibyśmy łódki i szkolili następców, latem działałyby półkolonie, kursy i wyprawy. Starsi wychowankowie mogliby trzymać tam własny sprzęt, a opłaty za usługi współfinansowałyby program dla młodzieży. Warszawska baza mogłaby współpracować ze stanicami na Zegrzu, Mazurach i Jezioraku oraz z ośrodkiem morskim nad Bałtykiem.

  Wielkość mariny zależałaby oczywiście od warunków wodnych, dostępu do basenu portowego, kosztów i sposobu zagospodarowania terenu. Sam entuzjazm nie zastąpi projektu ani pieniędzy. Istotą tej wizji jest jednak instytucja, która potrafi takie problemy rozwiązywać przez dziesięciolecia, ponieważ ma gospodarza, wychowanków, zaplecze i powód, aby inwestować w przyszłość. Nawet gdyby dawny budynek wymagał wymiany, ciągłość działalności mogłaby zostać zachowana w nowym.

  Czy polskie harcerstwo mogłoby pozwolić sobie na własną wyspę? Przykłady duński i amerykański pokazują, że to przedsięwzięcie mieszczące się w możliwościach silnego ruchu społecznego wspieranego przez darczyńców. U nas podobną rolę mogłaby pełnić odpowiednia wyspa, półwysep albo duża stanica z własnym dostępem do wody. O jej wartości decydowałyby trwałość użytkowania, program i ludzie. Nie ma powodu zakładać, że Polacy są z natury mniej zdolni do takiej współpracy.

  Pozostaje kwestia odpowiedzialności po 1989 roku. Dokumentacja rozbiórki z 2022 roku opisuje stan budynku i planowane roboty, nie ustala przyczyn wieloletniego upadku ośrodka. WANDA wspomina o późniejszych awariach, problemach z zapleczem i ostatecznej utracie HOW-u. Komunizm nie może służyć za alibi wszystkim, którzy mieli wpływ na los tego miejsca przez następne trzy dekady.

  Bez PRL-u polskie harcerstwo miałoby znacznie lepsze warunki, by stać się potęgą samodzielnych środowisk, przystani, szkół instruktorskich i międzypokoleniowych wspólnot. Nasz HOW miał ludzi i umiejętności, od których można było zacząć taką budowę. Patrząc na duńską wyspę młodzieży, myślę o tej Polsce, którą mogliśmy przez te wszystkie lata tworzyć — i o tym, ile przyszłości zmarnowano nam pod hasłem budowania lepszego socjalistycznego jutra.

  Jednak komunizm zniszczył nas nie tylko materialnie. Zniszczył nas mentalnie. Socjologowie badający społeczeństwa postkomunistyczne opisali to chłodnym językiem tabel: mniej zaufania, mniej stowarzyszeń, mniej wspólnej roboty, a im dłużej ktoś żył w tamtym systemie, tym wyraźniej to widać.

  Ja to widzę bez tabel. Po 1989 roku nikt nam już niczego nie zabraniał. Mieliśmy 37 lat, żeby wywalczyć na Cyplu Czerniakowskim wielką bazę wodniacką. Nie zrobiliśmy tego, bo okazaliśmy się nieudacznikami, obciachowcami, tandeciarzami. Dziś jesteśmy starymi, stetryczałymi byłymi harcerzami, byłymi wodniakami, byłymi żeglarzami, którzy nawet ze sobą dyskutować nie potrafią i we własnym gronie rozmawiamy o nic nieznaczących pierdołach. Nie zdołaliśmy utrzymać ducha, który próbowało nam zaszczepić harcerstwo.

  Nie piszę tego, żeby zrzucić winę na komunizm. PRL zwalnia z odpowiedzialności, a ja nas z niej nie zwalniam. Piszę, bo trzeba nazwać to, co nam zrobiono: system, który przez czterdzieści lat oduczał ludzi wspólnego budowania czegoś własnego, nie kończy się w dniu wyborów. Komuniści odeszli w 1989 roku. To, co w nas zostawili, nie odeszło razem z nimi. Komunizm zmarnował nam 40 lat, ale kolejne 40 lat zmarnowaliśmy już sami. Tak upada cywilizacja.

Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS

Tagi: GPS65, Polska, harcerstwo, żeglarstwo, HOW

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 16
Grzegorz GPS Świderski
Nazwa bloga:
Pupilla Libertatis
Zawód:
Informatyk
Miasto:
Warszawa

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 513
Liczba wyświetleń: 752 890
Liczba komentarzy: 6 758

Ostatnie wpisy blogera

  • Boomerskie dowcipy
  • Referendum wygrywa się organizacją. Kraków, Warszawa i lekcja Bocheńczaka
  • Globalne katastrofy klimatyczne

Moje ostatnie komentarze

  • Tak jest!
  • Obrona chamstwa i insynuacje to też chamstwo. Ja żadnej wiary w wygraną Gibały nie wyraziłem.
  • Idź precz chamie, nie będę z tobą rozmawiać.

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Przekop nie dla żeglarzy!
  • Wojna dla opornych. W punktach
  • Komentarze na naszych blogach

Ostatnio komentowane

  • spike, nie prędkość obrotu Ziemi wokół osi, ani wokół Słońca ma znaczenie, istotą jest, że Ziemia nie jest idealną kulą, oś obrotu jest nachylona względem osi orbity, która też nie jest kolista, do tego…
  • Grzegorz GPS Świderski, Tak jest!
  • u2, Znam Macukowicza i Decewicza, i Olgierda Przesmyckiego, ale Twoich idoli niestety nie znam :) Sorry Gregory. Anty-bANDEROWIEC Jerzy Ciruk z Dowspudy

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności