W debatach politycznych ludzie często rozpoczynają od ostrej oceny zjawiska, którego nie zdefiniowali. Mówią: „liberalizm jest zły”, „kapitalizm niszczy więzi”, „libertarianizm to anarchia”. Następnie pod dane słowo podstawiają wszystko, co im się z nim aktualnie kojarzy: konkretne partie, medialne mody, cenzurę, podatki, korporacje, obyczajową rewolucję albo politykę zagraniczną mocarstw.
To nie jest analiza. To reakcja na etykietę, której propaganda zepsuła słownikowe znaczenie.
Definicja nie jest scholastyczną ozdobą ani ucieczką od rzeczywistości. Jest narzędziem rozpoznania rzeczywistości. Lekarz nie może badać zdrowia, jeśli nie wie, czym zdrowie różni się od choroby. Inżynier nie sprawdzi, czy konstrukcja jest bezpieczna, jeśli nie ma kryterium bezpieczeństwa. Tak samo nie można ustalić, czy instytucja jest liberalna, socjalistyczna, autorytarna czy wspólnotowa, jeżeli słowa te nie mają uprzednio określonej treści.
W tym sensie liberalizm należy rozumieć strukturalnie jako zasadę, wedle której relacje między ludźmi i ich organizacjami opierają się na dobrowolności, a nie na inicjowaniu przemocy. Nie oznacza to braku prawdy, zasad, hierarchii, religii, moralności ani obyczaju. Oznacza jedynie, że człowieka należy przekonywać, wychowywać, ostrzegać, wykluczać ze stowarzyszenia lub odmawiać mu współpracy — ale nie wolno go bić, więzić i rabować, aby wymusić jego zgodę siłą.
Kto odpowiada, że współczesne państwa nazywane liberalnymi stosują cenzurę albo represje, może mieć rację co do faktów. Nie wynika stąd jednak, że represja jest liberalizmem. Wynika raczej, że państwo lub środowisko używające liberalnej etykiety nie spełnia liberalnego kryterium.
Nazwa używana złośliwie czy w celach propagandowych nie zmienia z tego powodu znaczenia. „Demokracja ludowa” nie była demokracją dlatego, że miała to w nazwie. Tak samo reżim stosujący przemoc wobec pokojowych ludzi nie staje się liberalny przez powoływanie się na wolność, tolerancję lub postęp.
Grzegorz GPS Świderski
Twitter.com/gps65
t.me/KanalBlogeraGPS