Wczoraj na Naszych Blogach ukazał się wpis Jana Raweńskiego pod tytułem „USA wypowiedziały wojnę radykalnemu islamowi. Po której stronie jest Polska?” (https://naszeblogi.pl/76…). Niedługo później tekst zniknął. Nie wiem, czy został usunięty przez autora, administrację czy z innych powodów. Wiem jednak jedno - szkoda, że zniknął. Nie dlatego, że zgadzałem się z jego tezami. Wręcz przeciwnie. Dlatego, że doskonale pokazał mechanizm, o którym piszę od wielu tygodni.
Mechanizm, który coraz bardziej dominuje nie tylko na naszych blogach, ale w całej polskiej debacie publicznej.
Sam tekst był interesujący przede wszystkim dlatego, że próbował odpowiedzieć na pytanie geopolityczne. Autor zastanawiał się nad rolą Polski wobec konfliktu izraelsko-irańskiego, analizował znaczenie USA, Rosji, Chin, islamu, Izraela i Zachodu. Można było się z tym zgadzać lub nie. Można było wskazywać błędy, uproszczenia albo nadmierne uleganie określonej narracji. Ale był to przynajmniej punkt wyjścia do rozmowy o polityce. Niestety wystarczyło spojrzeć na komentarze, aby zobaczyć, że prawdziwa dyskusja praktycznie nie nastąpiła. Komentujący błyskawicznie podzielili się na kilka plemion.
Pierwsze uznało, że Izrael i Stany Zjednoczone bronią cywilizacji przed islamskim barbarzyństwem. W tej narracji Iran stawał się uosobieniem zła, a każdy, kto krytykował działania Izraela, automatycznie był podejrzany o wspieranie terrorystów, ajatollahów albo Kremla.
Drugie plemię zajęło dokładnie przeciwne pozycje. Tutaj Izrael urastał do roli głównego agresora, a Iran stawał się niemal wyłącznie ofiarą zachodniego imperializmu. Każdy argument przeciwko Teheranowi interpretowano jako przejaw syjonistycznej propagandy.
Trzecia grupa budowała wielkie geopolityczne konstrukcje obejmujące jednocześnie Iran, Rosję, Chiny, USA, papieża, NATO, Smoleńsk, III wojnę światową i globalne spiski. Im bardziej skomplikowana teoria, tym większą zyskiwała popularność.
I wtedy wydarzyło się coś bardzo charakterystycznego.
Zniknęła Polska.
Naprawdę. W dyskusji o tym, po której stronie powinna stanąć Polska, praktycznie przestano rozmawiać o Polsce. Rozmawiano o Izraelu. Rozmawiano o Iranie. Rozmawiano o Trumpie. Rozmawiano o ajatollahach. Rozmawiano o papieżu. Rozmawiano o Sobieskim. Rozmawiano o Mosadzie. Rozmawiano o syjonizmie. Rozmawiano o islamie, ale niemal nikt nie próbował odpowiedzieć na najprostsze pytanie:
Co jest korzystne dla Polski?
To właśnie jest największa choroba współczesnej debaty politycznej. Polacy coraz częściej stają się bardziej proizraelscy niż sami Izraelczycy. Bardziej proirańscy niż Irańczycy. Bardziej amerykańscy niż Amerykanie. Bardziej ukraińscy niż Ukraińcy a jednocześnie coraz rzadziej próbują być po prostu propolscy.
Najbardziej uderzające jest jednak to, że dokładnie ten sam mechanizm obserwowałem niedawno przy okazji sprawy Bąkiewicza w Berlinie. Tam również fakty bardzo szybko przestały mieć znaczenie. Nie rozmawiano o tym, jakie były przepisy. Nie rozmawiano o tym, jakie uprawnienia miała policja. Nie rozmawiano o tym, czy wydane polecenia były zgodne z prawem. Nie rozmawiano nawet o tym, jakie były rzeczywiste okoliczności interwencji. Natychmiast powstały dwa obozy. Jedni zobaczyli niemieckich bandytów katujących Polaków. Drudzy zobaczyli zadymiarzy prowokujących policję. Fakty przestały być potrzebne. Liczyła się wyłącznie przynależność plemienna.
I dokładnie to samo wydarzyło się pod tekstem o Iranie. Jedni odruchowo stanęli po stronie Izraela. Drudzy odruchowo stanęli po stronie Iranu. Niemal nikt nie próbował stanąć po stronie analizy. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że polityka przestaje być próbą zrozumienia rzeczywistości, a staje się konkursem na wybór odpowiedniego plemienia. Nie trzeba już wiedzieć. Nie trzeba analizować. Nie trzeba sprawdzać faktów. Wystarczy wiedzieć, kogo należy kochać i kogo należy nienawidzić. Reszta dopasuje się sama.
I właśnie dlatego szkoda, że tekst Jana Raweńskiego zniknął. Nie dlatego, że był wybitny. Nie dlatego, że był bezbłędny, ale dlatego, że komentarze pod nim stworzyły niemal laboratoryjny obraz zjawiska, o którym piszę od dawna. Polska debata coraz częściej nie jest już sporem o idee, interesy czy rozwiązania. Jest starciem emocjonalnych plemion. Każde ma swoich bohaterów. Każde ma swoich zdrajców. Każde ma swoją świętą historię. Każde ma swoich wrogów i każde jest coraz mniej zainteresowane rzeczywistością.
A kiedy polityka staje się wyłącznie wojną plemion, nie wygrywa ani prawda, ani rozsądek. Wygrywa ten, kto potrafi skuteczniej rozgrzać emocje. Problem polega na tym, że od rozgrzanych emocji nie buduje się ani państwa, ani gospodarki, ani bezpieczeństwa. Buduje się wyłącznie kolejne okopy, bo z okopów bardzo dobrze widać wroga.
Znacznie gorzej widać przyszłość.