Polska straciła bardzo dużo czasu. Ponad dwa lata rządów Donalda Tuska to naprawdę – nawet przy najbardziej obiektywnej ocenie tego okresu – pasmo porażek. Niestety, niewydolność rządu odbija się na stanie państwa i społeczeństwa. Nie ma rzeczy, która byłaby w lepszej kondycji niż wtedy, kiedy PiS oddawał władzę. Nadwyrężone stosunki z USA, seria katastrof tej ekipy w Unii Europejskiej – od paktu migracyjnego, przez Mercosur, do wyautowania nas z kluczowych ustaleń. W kraju ogromne zadłużenie państwa i wstrzymanie strategicznych inwestycji. Spowolnienie rozwoju armii i mnóstwo decyzji powodujących, że Polska traci suwerenność. Całkowite uzależnienie od Berlina, również w polityce wewnętrznej. Na koniec – niszczenie, i tak kruchych, podstaw wolnej debaty i kompletne zdewastowanie wymiaru sprawiedliwości. To realny obraz dokonań tych szkodników.
Wiele udałoby się uratować, gdyby wybory odbyły się już w tym roku, ale tego musiałby chcieć Donald Tusk. Poza mną chyba nikt w to nie wierzy. Bez względu na to jednak, kiedy te wybory się odbędą, a najpóźniej za półtora roku, to więcej czasu tracić już nam nie wolno. Pomysł ze wskazaniem Przemysława Czarnka na premiera jest naprawdę dobry i został nieźle przeprowadzony. PiS musi odbić co najmniej kilka, jeżeli nie kilkanaście procent elektoratu. Aby myśleć o samodzielnych rządach, powinien zagwarantować sobie około 40 proc. Obecny rozkład głosów niemal uniemożliwia Tuskowi utrzymanie władzy, a prezydent z tego samego obozu co Jarosław Kaczyński ułatwi jej przejęcie. Ale dla odkręcenia tego zła, które się dzieje, trzeba mieć stabilną większość, a dla zmian w konstytucji, naprawdę bardzo dobry wynik.
Nie jest to niemożliwe, szczególnie jeżeli Tusk będzie chciał doczekać do końca kadencji, ale jest to bardzo trudne. Prawica potrzebuje mobilizacji na wszystkich poziomach. I jedności – bez prorosyjskich aliantów.
Tekst pochodzi z najnowszego wydania "Gazety Polskiej"
"Ponad dwa lata rządów Donalda Tuska to naprawdę - nawet przy najbardziej obiektywnej ocenie tego okresu - pasmo porażek."
Chyba przy subiektywnej ocenie. Przy obiektywnej należy uznać je za sabotaż.
Tego zdania był wicepremier i min.MSWiA Jarosław Kaczyński, skoro nazwał Tuska "niemieckim agentem"
"11 grudnia zeszłego roku (2023) polityk, zwracając się z mównicy sejmowej do nowo wybranego wtedy premiera, powiedział: "jest pan po prostu niemieckim agentem".
tvn24.pl
Pytanie brzmi od kiedy to wiadomo i dlaczego Prezydent podpisał ustawę budżetową skoro jest pilna potrzeba odsunięcia Tuska od władzy?