Od niedawna Polska należy do elitarnego grona dwudziestu najbardziej rozwiniętych gospodarczo państw świata. Czy ten awans en masse przekłada się na wzrost zamożności przeciętnego obywatela? Statystycznie zapewne tak. Ale w praktyce wiele zależy od tego, gdzie ucho przyłożyć. Jedno wszak nie ulega wątpliwości, przestaliśmy być zapyziałym zaściankiem Zachodniej Europy. Tę odkrywczą konstatację spointuję aluzyjnie bajką biskupa Krasickiego „:Ptaszki w klatce”.
„Czegóż płaczesz? – staremu mówił czyżyk młody – masz teraz w klatce lepsze niż w polu wygody. Tyś w niej zrodzon – rzekł stary – przeto ci wybaczę. Jam był wolny, dziś w klatce. I dlatego płaczę.”
Zimowe igrzyska olimpijskie stanowią okolicznościową sposobność, na co dzień rzadko wykorzystywaną, do porównywania tempa rozwoju kultury fizycznej, jednej z istotnych dziedzin aktywności społecznej z gospodarczą i polityczną pozycją państwa. Przy czym jestem świadom, że taka zależność, jeśli w ogóle istnieje, powinna być analizowana wedle precyzyjnych kryteriów, co innego bowiem oznacza kultura fizyczna, a co innego sport wyczynowy, tylko pozornie będący wypadkową krzepy populacji, gdyż w istocie o progresie decyduje kasa. I bez narzędzi statystycznych, o których mam umiarkowane pojęcie, bez sięgnięcia do źródeł, bez analitycznej wprawy docenta AWF, et cetera, moje amatorskie refleksje będą z natury rzeczy powierzchowne, co nie znaczy, że nie warte kilku akapitów.
Modelem dominującym, którego jednak nie sposób uznać za normę, bo zawiera zbyt wiele wyjątków, jest kompatybilność głównych komponentów państwowości, gospodarki, kultury, nauki, zdrowia i sportu właśnie. Lecz na przykład sportowej pozycji Jamajki czy Słowenii nie dorównują inne parametry. Natomiast Indie nie pasują do żadnego schematu. Ten ponad miliardowy kolos nie odgrywa praktycznie żadnej roli w światowym sporcie, poza hokejem na trawie.
Polska formalnie spełnia kryteria równowagi. Przed dwoma laty na letnich igrzyskach w Paryżu nasza reprezentacja, stosownie do sytuacji gospodarczej, zajęła 18 miejsce w klasyfikacji punktowej. Wszak odnoszę wrażenie, że w minionej epoce, mimo ogólnej bryndzy, nasz sport wyczynowy miewał się lepiej, choć młodzież z roku na rok kapcaniała coraz bardziej i kapcanieje nadal mimo zmiany ustroju.
Otóż wówczas państwo, wzorem wszystkich krajów bloku sowieckiego, wspierało sport z przyczyn propagandowych. Strukturą klubową zawiadywały głównie branże przemysłowe i wojsko, stąd roiło się od Górników, Stoczniowców, Włókniarzy, Hutników, Stali, Metalowców, a trafiał się też pocztowiec, Drukarz czy ursus.
I trzeba przyznać, że pomimo wielu wynaturzeń, nasz sport uniknął horroru trawiącego wyczynową machinę NRD.
W tym tymczasowym tworze bez większego znaczenia, sport wyczynowy miał niespotykaną w pozostałych redutach socjalizmu rangę strategiczną. A metody produkcji gladiatorów przywodziły na myśl, oczywiście przy zachowaniu wszelkich proporcji, rozmaite ponure praktyki z czasów Trzeciej Rzeszy, gdy nazistowscy fanatycy usiłowali stworzyć rasę nordyckich ubermenschów, w porywach kosztem zbrodniczych eksperymentów na więźniach obozów koncentracyjnych.
Skryty w bułgarskich Rodopach ośrodek przygotowań olimpijskich w Beumeken, sponsorowany przez NRD, przypominał pilnie strzeżoną bazę wojskową z zakazem fotografowania. Wprawdzie gościli tam także sportowcy z innych demoludów, a nawet dziennikarze, ale pod czujnym okiem personelu w części recepcyjnej, bez dostępu do laboratoriów.
Na szczęście w PRL nigdy nie korzystano systemowo z doświadczeń z za Odry. Jednak niektórzy trenerzy, zwłaszcza w lekkoatletyce i podnoszeniu ciężarów, ryzykowali zdrowiem, a w drastycznych przypadkach życiem podopiecznych, stosując metody, przy których typowe formy dopingu były kaszką z mlekiem.
Pointując, dawnych wspomnień czart sprawia, że mój dyskomfort wykwalifikowanego kibica budzi odstawanie sportu od ogólnych tendencji wzrostowych minionego trzydziestolecia, tym bardziej, że sport startował z wyższego poziomu niż na przykład gospodarka. I rodzynki, ba, gwiazdy światowego formatu, Iga Świątek, Bartosz Zmarzlik, Robert Lewandowski, Ewa Pajor czy najnowsza perła, Kacper Tomasiak, zaledwie odrobinę rozjaśniają szarzyznę przeciętności. Nie rozwijam tematu, bo to nie „Przegląd Sportowy”, także zresztą pamiętający lepsze czasy.
Jeśli jednak sport chwyciła lekka zadyszka, to inny filar współczesnego państwa, praworządność, a zwłaszcza sądownictwo, wymaga reanimacji. Żywię nadzieję, że nie skona do wyborów albo, o zgrozo, nie. sparszywieje w zombie. I wmawiam sobie, że nadzieja nie jest matką głupich.
Sekator
Ps.
– Sądy rzeczywiście, jak cię mogę – przyznaje mój komputer, – ale prokuraturę mamy na poziomie. Nie spocznie, aż postawi na swoim. Dlatego znów wnikliwie prześwietla sprawę wypadku sprzed lat, z udziałem kolumny rządowej eskortującej panią premier Beatę Szydło.
– To jeszcze nic – uśmiecham się tajemniczo. – Ponoć specjalna grupa śledczo-archeologiczna prokuratury krajowej sposobi się do zbadania niejasności związanych z rajskim bratobójstwem, w które podobno zamieszany był Szatan – szokuję Eustachego tym niusem.