Jeden z wątków rozważań w domenie publicznej dotyczył typowania tematów, które Polacy, Polki i Polaczątka, poruszali w sferze prywatnej, czyli przy wigilijnych stołach. Teraz więc ankieterzy powinni wyruszyć w teren i weryfikować przewidywania medialne. Do mnie zapewne nie zapukają. A szkoda, bo sądząc z nasłuchu przez otwarte okna i szklankę przyciskaną do ścian, pogwarki przy kolacji w moim bungalowie nie miały sobie równych w całej okolicy, progresywnej aż do bólu zębów. Stąd wokół wznoszono toasty za pomyślność KO i jej bossa. Cmokano nad jego refleksem, gdy zadał kłam prawicowym fejkniusom o drogiej benzynie, fotografując się przed stacją, gdzie paliwo kosztowało 5 złotych i 18 groszy za litr. Ziobrze życzono długich lat za kratkami. Cieszono się, że wiosną poplecznik Putina Orban straci władzę na Węgrzech i do polszczyzny powróci forma w Węgrzech, której, jako żywo, nie pamiętają najstarsi lingwiści. Często padało określenie: ten pajac, zwykle w odniesieniu do Trumpa, ale też do Hołowni czy Brauna. Wróć, Brauna odsądzano wulgaryzmami anatomicznymi od czci i wiary. Ciekawe, że tych samych Europejczyków nie razi uśmiercanie niemowląt fenolem, wróć, chlorkiem potasu. Chociaż to i tak postęp w porównaniu z rzezią niewiniątek, jaką zamierzał zgotować powitym wówczas noworodkom Herod.
Na plus modernistom przyznaję, że nigdzie nie serwowano już golonki w piwie. A gdzieniegdzie śpiewano nawet parakolendowe piosnki w rodzaju: „miała matka syna, syna jedynego” albo: „więc śpij kochanie, jeśli gwiazdkę z nieba chcesz, dostaniesz”.
Goście przy moim stole rozmawiali o tradycji, praktycznie w jedynym w roku dniu stosownym do takich rozważań, z nagromadzonymi symbolami, jak w żadnym innym. Bo to i oczekiwanie na pierwszą gwiazdkę, dwanaście postnych potraw i opłatek i miejsce dla nieoczekiwanego gościa i śpiewanie kolęd i choinka…
Cóż stąd, że choinka dotarła do nas z Niemiec, kutia z Litwy, a karp jest po żydowsku? Tradycja nie oznacza narodowego izolacjonizmu. Ale też nie warto inkorporować do niej bezrefleksyjnie kebabu, pizzy, suszi, ruskich pierogów, halloween czy odstępstw obyczajowych od konserwatywnej normy.
Do klimatu wigilijnej transcendencji pasował wmiksowany w kolędową playlistę song Tewie Mleczarza o tradycji. A patetyczny nastrój zwieńczyła rapsodyczna melorecytacja prostego furmana z „Misia”. „Tradycja to dąb, który tysiąc lat rósł w górę. Niech nikt kiełka małego z dębem nie przymierza. Tradycja naszych dziejów jest warownym murem. To jest właśnie kolęda, świąteczna wieczerza, to jest ludów śpiewanie, to jest ojców mowa. To jest nasza historia, której się nie zmieni…”
Gdy przed wyruszeniem na Pasterkę, przy makowcu i kutii obniżyliśmy nieco górne C, ktoś wspomniał o tradycji falującej, zauważalnej w drobiazgach, niczym powracająca fala. Ot, na przykład zwyczaj noszenia w krajach Zachodu szpady, a u nas szabli, wrócił w XX wieku echem w modzie na laski jako akcesoria stylu dżentelmenów i młodzieży akademickiej. Potem przez lata laski stały się wyłącznie sprzętem rehabilitacyjnym. Dziś echa dziejów postukują dwutorowo, kibolskimi basketballami, wcieleniem dawnych maczug troglodytów i symbolem krzepy, kijkami nordic walking.
Charakterystycznym zjawiskiem falowania jest kulig, niegdyś dosyć destrukcyjny obyczaj szlachecki polegający na sannie większego towarzystwa od dworu do dworu i biesiadach aż do wyczerpania zapasów w każdym. Gdy zawodziła logistyka, właściciele wracali przed końcem zimy w domowe pielesze ogołocone z prowiantu.
Teraz z braku śniegu kuligi wegetują jako średnia atrakcja turystyczna w górach. Bo przejażdżka po Puszczy Kampinowskiej furą zaprzęgniętą w naszą szkapę, jako żywo, nie bardzo przypomina kulig z piosenki Skaldów.
W ogóle zresztą w skali masowej bronią się jeszcze rytuały religijne związane z Bożym Ciałem, Niedzielą Palmową, Wielkanocną święconką, dniem Wszystkich Świętych… Ogólnopolską renomę utrzymuje kilka świątecznych jarmarków… Ale już odpusty, z natury rzeczy lokalne, marnieją…
Takie obrzędy jak chodzenie z Gwiazdą i Turoniem, klasyczny śmigus dyngus, wianki, topienie Marzanny, zbiorowe grzybobrania, myśliwska pogoń za lisem czy majowe śpiewanie litanii maryjnej przy przydrożnych kapliczkach, trwają głównie dzięki grupom rekonstrukcyjnym, podobnie jak autentyczne wiejskie wesela… Oj, przydałby się jakiś nowy Kolberg.
Nieco chaotycznie streszczam te wigilijne pogwarki. Dlatego nie wspomnę na przykład o krótkiej wymianie zdań na temat spluwaczek, które jeszcze w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku zdobiły miejsca publiczne. Ciekawe, jak dzisiaj zareagowałby na nie Sanepid?
Natomiast przednia wydała mi się myśl pewnego wroga palenia papierosów, by przywrócić do obiegu publicznego tabakierki. Tylko jak to uczynić?
Co tam tabakierki. Nie od dziś zachodzę w głowę, jak… przerywam frazę, bo nie mogę się zdecydować na wybór zakończenia zdania. Przekonywać do szanowania tradycji? Reagować na kpiny z tradycji? Docierać do zadufków, którym się wydaje, że świat istnieje od wczoraj? Perswadować, że niedzielny obiad złożony z rosołu, schabowego z kapustą i ziemniaków, to nie obciach? Nauczyć szacunku dla kruszyny chleba? Wtłoczyć do pustego łba, że gwara to nie prymitywny bełkot?
I w takim refleksyjnym nastroju, zażenowany, że przygania kocioł garnkowi, znów wieszam w kuchni stareńką makatkę z wyhaftowanym napisem: „zimna woda zdrowia doda”, którą, nie wiedzieć czemu, schowałem przed przyjściem gości.
Kończę, bo Sylwester tuż, tuż. I muszę odebrać garnitur z pralni.
Sekator
Ps.
- Była jeszcze taka z napisem: „dobrej gospodyni ciasto w rękach rośnie” - mruczy mój komputer.
- Tę kazała mi zdjąć teściowa - wyjaśniam Eustachemu. - Bo tekst wydał się jej nazbyt frywolny.