Przeczytałem list przytoczony na blogu Czarka Krysztopy. A w nim argument, który w innej konfiguracji jest koronnym i najtrudniejszym do obalenia w dyskusji pro life. Nie, nie chodzi teraz o najbardziej potoczne rozumienie tego określenia.
Chodzi mi o argument, który pojawia się w dyskusjach na temat kary śmierci. Ten odwołujący się do możliwości orzeczenia jej wskutek sądowej pomyłki. Jak się potocznie uważa, mamy wówczas do czynienia z jedyną sytuacją, w której skutków orzeczonej kary nie da się cofnąć i zrekompensować. Oczywiście to bzdura ale przyjmijmy, że faktycznie. Oto taki abolicjonista rzuca ów argument i weź zbij go człowieku… W wielu przypadkach na tym kończy się dyskusja. No bo co powiedzieć? Że pomyłki się zdarzają? Że trudno? Że Bóg potrafi oddzielić „ziarno od plew”? Nie sądzę by cokolwiek przekonało tych, którzy ów argument zastosują.
Można by sądzić, że to argument uniwersalny. Przypomnę fragment cytowanego przez Cezarego listu: „W Polsce nie ma żadnego kompromisu, tylko legalne uśmiercanie dzieci chorych, albo i nie. Lekarz może się pomylić w interpretacji badania USG i co wtedy? „*
Właśnie, co wtedy? Wystarczy „przykro mi”? A może akurat w tym przypadku rekompensata istnieje?
Siła tego argumentu w tym przypadku nie działa. Smutne to. Smutne to, że coś, co każe nam odstąpić od pozbawienia życia zbrodniarza bo może się co do jego winy mylimy, nie powstrzymuje nas rozkawałkować nienarodzonej istoty podejrzewanej o fizyczny czy psychiczny defekt. Nie powstrzymuje w społeczeństwie, które skądinąd oszalało na punkcie „uprzyjaźniania” świata żyjącym już osobom ułomnym na ciele lub umyśle. Taka zadziwiająca niekonsekwencja.
Niekonsekwencja budząca grozę już u swych korzeni, w miejscu, w którym choroba czy niepełnosprawność, afirmowana później, jest u zarania okolicznością usprawiedliwiającą czynienie z kształtującej się istoty ludzkiej skrawków rozszarpanego mięsa.
A jeśli się mylicie? jeśli ten lekarz, mówiący o „żyjącym warzywie” popełnia błąd? Ileż błędów każdego dnia popełniają lekarze. W sytuacjach bardziej błahych, czasami wręcz kuriozalnych.** Nie macie dyskomfortu, że opowiadając się za tym jesteście tacy sami jak ci, którzy Bogu oddają ostateczny sąd w sprawie winy czy jej braku u straconego zbrodniarza?
Wiem, na to macie koronny argument. Wiecie kiedy człowiek staje się człowiekiem. Najczęściej wtedy, gdy to wam pasuje. Teraz wam pasuje tak, za jakiś czas będzie pasowało siak. Przekonacie mnie, że nie?
Skoro tacy mądrzy jesteście, czemu nie przychodzi wam do głowy, że ten zbrodniarz, wyczyniający rzeczy, których nie byłaby w stanie wymyślcie nawet wasza wyobraźnia, to istota, która właśnie przestała być człowiekiem? W swym nieludzkim postępowaniu. Mając tak, jak tamta, co „jeszcze się nie stała”, ten i ów narząd właściwy człowiekowi. Skoro proces „stawania się” istotą ludzka jest płynny to czemu nie przyjąć tej płynności, relatywności i w drugą stronę?
W ogóle w tej dyskusji argumentacja kuleje. Ot choćby ten argument, że odmawiając aborcji z gwałtu każe się zgwałconej żyć z "nieznośną" świadomością istnienia „owocu gwałtu”. Więc by nie musiała, zabija się ów „owoc”. Karząc go w sposób niewspółmierny. Szczególnie do sposobu, w jaki karze się sprawcę.
No świetnie. A jeśli by ta zgwałcona nie mogła żyć ze świadomością dalszego istnienia sprawcy gwałtu? Rzecz jasna nie ma opcji podobnej do tej poprzedniej.
Co zatem, jeśli się mylicie? Już nawet nie w tym czy starczy ułomności dla noża ale w tym, kiedy człowiek jest a kiedy nie jest człowiekiem.
* link za blogiem Czarka: http://wyborcza.pl/1,958…
** Mąż mojej koleżanki, po wypadku i zrobionym prześwietleniu kręgosłupa szyjnego poinformowany został, że ma przerwany rdzeń kręgowy. Zdziwił się, gdy po kilku godzinach zaczął ruszać palcami. Zrobiono zdjęcie i okazało się, że to był tylko obrzęk. Pierwsza diagnoza wynikała zaś z tego, że... zdjęcie zrobiono mu w kołnierzu ortopedycznym przyjmując metalowy element za oczywista przerwę w tkance nerwowej.
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
-
-
- Odsłony: 2100
jestem przeciw, zawsze bede przeciw; nie umiem chyba o tym dyskutowac - mnie po prostu nie miesci sie w glowie, ze mozna zabijac czlowieka w imie prawa; i zeby wszystko bylo jasne - jestem przeciw zabijaniu nienarodzonych, calym swoim jestestwem i wiem, ze jakiekolwiek proby przekonywania przeciwnikow tego pogladu sa bez sensu, zawsze czulam jakbym usilowala rozmawiac z ludzmi nie mowiacymi po polsku, zatem przestalam o tym rozmawiac; i podobnie (wiem, wiem gorsze wszystkich zrownywaniem obu przypadkow) czuje, gdy pojawia sie temat kary smierci - nawet jesli czyny staja sie nieludzkie, nie pojmuje, nie obejmuje swoim byc moze malym rozumkiem, ze mozna w ogole nadac komukolwiek prawo do orzekania/decydowania czy ktos zasluguje na zycie czy nie i do odbierania tego zycia; moze to jest objaw ukaszenia heglowskiego czy jakkolwiek to sie nazywa, ale ja nie odczuwam zadnej potrzeby wytaczania argumentow na poparcie mojego zdania, to wszystko jest przeciez tak straszliwie oczywiste!