Polak, Węgier dwa bratanki… Smutny aneks do obchodów 90-lecia bitwy warszawskiej organizowanych przez PO

Polak, Węgier dwa bratanki…

Smutny aneks do obchodów 90-lecia bitwy warszawskiej organizowanych przez PO

 

Gdy po wojnie 1920 r. polski poseł w Budapeszcie był podejmowany przez węgierskiego przywódcę Miklósa Horthyego powiedział mu, że „Polacy nigdy nie zapomną Węgrom tego co zrobili dla naszej Ojczyzny w czasie wojny polsko – bolszewickiej”. Za co nasz poseł na Węgrzech dziękował naszym węgierskim braciom - niestety - prawie nikt w Polsce dziś nie pamięta. Okazją do tego, aby o tych wydarzeniach, które miały istotny, a może wręcz decydujący wpływ na przebieg wojny z bolszewikami 1920 r. przypomnieć miały być uroczystości 90 – tej rocznicy bitwy warszawskiej. Niestety okazję tę z powodu politycznej decyzji prezydenta Komorowskiego i instytucji zarządzanych przez PO zmarnowano! Przypomnijmy więc cóż takiego ważnego zawdzięczamy Węgrom?

 

Gdy dopiero co odrodzone państwo polskie toczyło od lutego 1919 r. wojnę obronną (zapominają o tym często wypowiadający się na ten temat politycy lewicy najwyraźniej za bardzo przesiąknięci ideologią PRL’owskich „podręczników do historii”) przeciwko bolszewikom, którzy wedle słów Michaiła Tuchaczewskiego „po trupie Polski” chcieli doprowadzić do „ogólnego wszechświatowego pożaru” sytuacja naszej Ojczyzny była niezmiernie trudna, wręcz dramatyczna. W maju 1920 r. po zajęciu przez wojska polskie i sojusznicze wojska Ukraińskiej Republiki Ludowej Kijowa (Polska była sojusznikiem walczącej o niepodległość przeciw bolszewikom Ukrainy na czele której stał Symon Petlura) nastąpiła kontrofensywa sił bolszewickich. Latem 1920 r. wojska bolszewickie dotarły do serca Polski. Rozpoczęły się zaciekłe walki o utrzymanie linii Wisły, którą czerwonoarmiści próbowali sforsować planując zajęcie Warszawy i nacierając pod Płockiem, Włocławkiem, Nieszawą, dochodząc nieomal do Torunia. Polska była w tej batalii nie tylko prawie osamotniona, ale nawet ta skromna pomoc jaka płynąć miała do nas z Francji była skutecznie zatrzymywana. Czesi nie zgodzili się bowiem przepuszczać transportów do Polski, której los uznali za przesądzony (trudną zaś sytuację naszego kraju wykorzystali do zagrabienia większości Śląska Cieszyńskiego). Transportów do Polski nie przepuszczali także Niemcy i Austriacy. Bojkot transportów do Polski ogłosiła także II Międzynarodówka Socjalistyczna wspierająca bolszewików, a mająca ogromne wpływy (zablokowali dostawy w porcie w Gdańsku). Jedyną szansą na pomoc były transporty płynące przez mającą fatalną infrastrukturę kolejową Rumunię. Państwem, które zadbało o to, aby transporty te były możliwe były Węgry. Na początku lipca 1920 r. rząd węgierski nakazał tamtejszej fabryce amunicji Manfreda Weissa przekazanie wszystkich zapasów broni dla Polski i przez kolejne tygodnie produkować uzbrojenie tylko na potrzeby walczących Polaków.

 

Zgodnie z danymi upowszechnionymi przez dra Krzysztofa Ćwiklińskiego w ciągu najbardziej dramatycznych 8 miesięcy wojny Węgrzy przekazali Polakom i dostarczyli własnym wysiłkiem „48 milionów pocisków karabinowych typu Mauser, 13 milionów pocisków typu Mannlicher, trudna do określenia, poważna ilość pocisków artyleryjskich rożnych kalibrów, 30 tysięcy karabinów typu Mauser i kilka milionów części zapasowych, 440 kuchni polowych, 80 pieców polowych oraz wiele innego rodzaju sprzętu i materiałów”. Gdyby nie Węgrzy w 1920 r. do bolszewików pod Warszawą nie byłoby czym strzelać! Kontyngent żołnierzy węgierskich, o czym prawie nikt nie pamięta, uczestniczył także w samych walkach. Jedynym historykiem, który o tym pisał do tej pory był Węgier Éndre Varga. Na prośbę i ze środków Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa miał w tym zakresie przeprowadzić kwerendę w naszym Centralnym Archiwum Wojskowym. Niestety 10 kwietnia pod Smoleńskiem zginął także Sekretarz Rady dr Andrzej Przewoźnik i projekt nie jest realizowany. Podobno nie ma na niego pieniędzy.

 

Wkład Węgrów w zwycięstwo Polaków nad bolszewikami w 1920 r. miał zostać w tym roku podczas obchodów 90-lecia bitwy warszawskiej wreszcie uhonorowany. W Radzyminie odsłonięta miała zostać tablica pamiątkowa na murze tamtejszego kościoła. Patronat nad uroczystościami objął dziś już niestety nieżyjący prezydent Lech Kaczyński, który wspólnie z zaproszonym z Węgier prezydentem naszego najważniejszego wówczas sojusznika, miał obserwować rekonstrukcję historyczną wydarzeń z 1920 r. organizowaną wspólnie przez polskie i węgierskie grupy rekonstruktorskie. Całość projektu zaczęła napotykać na problemy po feralnym 10 kwietnia 2010 r. A ostateczny kres tego przedsięwzięcia nastąpił po 4 lipca. Nowy prezydent naszego kraju w ramach 90 – lecia bitwy warszawskiej postanowił gest wykonać, ale wobec bolszewików.

 

Podkreślę to, o czym już pisałem odnosząc się do tych smutnych wydarzeń, które obserwujemy ostatnio. Nie mam nic przeciwko temu, aby ciała żołnierzy, także bolszewickich były traktowane z szacunkiem i pochowane na cmentarzu. Jeśli władze Rosji chcę taki cmentarz zbudować władze Polski powinny im to umożliwić (oczywiście wszelkie szczegóły techniczne powinny zostać z nami przez Rosjan uzgodnione). Ale cmentarz taki powinien powstać z inicjatywy i za pieniądze Rosji!

 

My mamy swoich bohaterów i swoje cmentarze, o które nikt poza nami nie dba. A i nasze wysiłki są niewystarczające. Przypomnę, że polskie cmentarze, w tym groby naszych bohaterów narodowych np. Orląt Lwowskich są odnawiane i przywracane do dawnego wyglądu, po bezczeszczeniu ich przez władze sowieckie, za nasze pieniądze i to przy dużych kłopotach organizacyjnych ze strony państw (np. Ukrainy w przypadku Cmentarza Orląt Lwowskich) na terenie których się obecnie znajdują.

 

Jak widać nasze pieniądze są za małe, aby zadbać o mogiły powstańców listopadowych i styczniowych pogrzebanych na Cmentarzy Łyczakowskim we Lwowie (zdjęcia niszczejących grobów prezentowałem w dniu wczorajszym na antenie TVP Info w programie „Minęła dwudziesta”). Wystarcza ich jednak, aby z własnej inicjatywy zabrać się za budowę mauzoleum żołnierzy bolszewickich pod Ossowem, bo to chyba najwłaściwsze określenie dla sterczących 22 bagnetów otaczających potężny prawosławny krzyż w centralnym miejscu tego projektu za który zapłaciła Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa. W rozmowie ze mną Sekretarz Rady pan dr hab. Andrzej Kunert bagatelizował ten fakt twierdząc, że to nie żaden pomnik, ale cmentarz i że taki jest nasz obowiązek. Tymczasem w piśmie z 15 lipca tego roku do Burmistrza Wołomina pan Andrzej Kunert sam pisał: „Rada OPWiM podtrzymuje deklarację sfinansowania budowy pomnika na mogile żołnierzy bolszewickich prosząc jednocześnie władze samorządowe o pomoc w zakresie przygotowania utwardzonego dojścia do mogiły wraz z przeprawą przez Czarną Strugę i niewielkim placem dla oficjalnych delegacji i asysty wojskowej, jak również o logistyczną obsługę planowanej uroczystości”.

 

Nie chce się wdawać w spory czy to pomnik czy cmentarz? Jak widać nawet Rada Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa ma z tym problem i z zależności od kontekstu nazywa to tak jak jej odpowiada. Każdy kto ma oczy może zobaczyć i ocenić. Dla mnie najbardziej smutne jest to, że zamiast w 90 – tą rocznice bitwy warszawskiej podziękować naszym przyjaciołom z Węgier zajęliśmy się oddawaniem honorów najeźdźcom, a zamiast otaczać opieką nasze groby na ochotnika zajmujemy się grobami tych, którzy nieśli na nasze ziemiach śmierć i zniszczenia.

 

Korzystając z okazji pragnę podziękować Węgrom, którzy niedawno w ważnym dla swojej historii miejscu Tatabányi odsłonili pomnik upamiętniający zbrodnię katyńską 1940 r. i katastrofę smoleńską 2010 r. Pomnik ma kształt drewnianego słupa, który ma nawiązywać do tradycyjnych węgierskich drzewców kopijnych, które stawiano dla upamiętnienia tragicznych zdarzeń w historii. Podziękowanie należy się tym bardziej, że na uroczystości (pierwszej tego typu na Węgrzech) byli obecnie przedstawiciele władz węgierskich i tamtejsza Polonia.  Zabrakło reprezentantów Ambasady Polskiej w Budapeszcie. Ambasada tłumaczyła się, że stało się tak z powodu urlopów. Jakby tego wstydu było mało nasze Ministerstwo Spraw Zagranicznych tłumacząc się z tej niestosowności, którą Węgrzy byli zdumieni stwierdziło, że taki słup to przecież żaden pomnik! Widocznie urzędnicy ministra Radka Sikorskiego tak się zaabsorbowani produkcją portretów Bronisława Komorowskiego, które mają być eksponowane w naszych ambasadach, że nie doczytali (w przypadku urzędników PO pewnie byłaby to wikipedia), jakie są tradycje u naszych węgierskich braci. Taka to już widocznie nasze przypadłość nad Wisłą, że pomnikami nazywamy to co nam odpowiada.

 

I jeszcze jedno zdanie na koniec. Prof. Tadeusz Iwiński, poseł SLD zarzucił mi wczoraj, że poglądy, które głoszę to taki „patriotyzm w XIX wiecznym wydaniu”. Cóż… może i jestem w tym zakresie nieco dziewiętnastowieczny, ale wydaje mi się to właściwszym wzorcem niż czerpanie inspiracji z XX – wiecznych postawy Juliana Marchlewskiego czy Związku Patriotów Polskich.