W komentarzu pod jednym z wpisów zrobiłem rzecz, która, jak się okazuje, jest w naszym kraju znacznie bardziej ryzykowna niż obrażenie połowy sceny politycznej. Zadałem pytanie o pieniądz. Nie o Hitlera jako człowieka, nie o moralną ocenę nazizmu, nie o Auschwitz, nie o niewolnictwo, nie o grabież Polski, nie o to, czy wojna była dobra, ani nawet o to, czy gospodarka III Rzeszy była „lepsza” od gospodarki kapitalistycznej. Zadałem kilka bardzo konkretnych pytań dotyczących mechanizmu gospodarczego i pieniężnego. I stała się rzecz doprawdy pouczająca. Jeden z komentatorów odpowiedział mi wykładem o niewolnictwie na plantacjach bawełny. Drugi, pan doktor, odkrył we mnie „neomarksistowskiego trolla”, a następnie ruszył z odsieczą przez Wall Street, Roosevelta, radziecką Rosję, Ukrainę, Banderę i przyszłe książki jakiegoś Hong Binga czy Suttona. Tylko nikt nie odpowiedział na pytania. Ponieważ jednak człowiek jest stworzeniem upartym, spróbuję więc odpowiedzieć sobie sam. Może przy okazji okaże się, że pytanie wcale nie było takie głupie.
Najpierw była katastrofa.
Żeby zrozumieć niemiecki eksperyment gospodarczy lat trzydziestych, trzeba cofnąć się do początku kryzysu. Niemcy weszły w Wielki Kryzys w wyjątkowo złej sytuacji. Ich gospodarka była silnie uzależniona od zagranicznego finansowania, zwłaszcza kredytów amerykańskich. Kiedy po krachu na Wall Street zaczęły być wycofywane zagraniczne pożyczki, niemiecki system bankowy znalazł się pod ogromną presją. Do 1932 r. liczba zarejestrowanych bezrobotnych sięgała około 5,6 mln, a produkcja przemysłowa spadła o około 40 proc. względem 1928 r. Banki traciły płynność. Państwo miało ograniczone możliwości działania. Niemcy były związane systemem międzynarodowych zobowiązań, a pamięć o hiperinflacji z 1923 r. powodowała wręcz obsesyjny lęk przed kolejnym załamaniem pieniądza. I właśnie w takim miejscu pojawia się Adolf Hitler. 30 stycznia 1933 r. zostaje kanclerzem. NSDAP nie dostała wtedy jeszcze magicznej różdżki. Dostała natomiast państwo z milionami bezrobotnych, niewykorzystanymi fabrykami, ogromnym potencjałem przemysłowym i gospodarką pracującą daleko poniżej swoich możliwości. I tutaj zaczyna się rzecz, której nie można sprowadzić do zdania:
„Hitler robił zbrojenia, więc gospodarka rosła”.
To prawda, ale nie jest to odpowiedź na pytanie. Pytanie brzmi: jak państwo pozbawione wystarczających pieniędzy i kredytu zewnętrznego potrafiło uruchomić tak wielką część niewykorzystanych zasobów? To jest właśnie interesujące. Efekt był realny, ale nie ma potrzeby tworzyć nazistowskiego mitu gospodarczego. Wystarczy spojrzeć na liczby. Programy robót publicznych i zbrojenia rzeczywiście bardzo szybko zwiększyły zatrudnienie i produkcję. Badania oparte na analizie przepływów międzygałęziowych wskazują, że już w 1933 r. programy tworzenia miejsc pracy i zbrojenia odpowiadały za ponad milion miejsc pracy, a w latach 1934-1935 liczba osób zatrudnionych dzięki tym działaniom sięgała kilku milionów. Do 1936 r. produkcja przemysłowa wróciła mniej więcej do poziomu z końca lat dwudziestych, a do 1937 r. zatrudnienie osiągnęło poziom szczytowy. Do 1938 r. gospodarka rosła znacznie szybciej niż przed kryzysem. Jednocześnie trzeba jednak powiedzieć jasno: nie był to cud gospodarczy w sensie ekonomicznego raju. Wzrost był w ogromnym stopniu napędzany przez państwo i zbrojenia, płace pozostawały pod presją, a gospodarka była coraz bardziej podporządkowywana przygotowaniom wojennym. Niemieckie ministerstwo gospodarki samo opisuje proces przechodzenia od odbudowy po kryzysie do gospodarki coraz bardziej podporządkowanej wojnie. Czyli mamy paradoks. Mechanizm potrafił bardzo szybko uruchomić produkcję, ale państwo wykorzystało go przede wszystkim do budowy machiny wojennej. Jednak jedno nie wyklucza drugiego.
A teraz najważniejsze pytanie: skąd wziąć pieniądze?
Tu dochodzimy do sedna całej historii. Co jest potrzebne, żeby zbudować dom? Ziemia, materiały, energia i praca. Co jest potrzebne do wyprodukowania samochodu? Fabryka, stal, aluminium, energia, części, wiedza i ludzie. A samolotu? Aluminium, silniki, paliwo, fabryka, technologia i praca. Żadnej z tych rzeczy nie można wyprodukować z samych pieniędzy czy złota. Złoto może być środkiem płatniczym, może być rezerwą, może być zabezpieczeniem, ale nie buduje fabryki, nie uprawia pola i nie spawa kadłuba samolotu. Produkcję wykonują ludzie przy użyciu realnych zasobów.
I właśnie tutaj zaczyna się najciekawszy problem ekonomiczny.
Jeżeli państwo ma niewykorzystane fabryki, miliony bezrobotnych ludzi i dostępne surowce, to czy rzeczywiście jego możliwości produkcyjne są ograniczone ilością posiadanego złota? Georg Friedrich Knapp odpowiedział na to pytanie w sposób, który na początku XX wieku był dla tradycyjnej teorii pieniądza bardzo niewygodny. Knapp stwierdził, że pieniądz nie jest złotem Georg Friedrich Knapp, profesor ekonomii i rektor Uniwersytetu w Strasburgu, opublikował w 1905 r. „Staatliche Theorie des Geldes” - „Państwową teorię pieniądza”. Jego podstawowa teza była prosta i rewolucyjna jak na epokę złotego pieniądza: pieniądz jest tworem porządku prawnego. Knapp odrzucał pogląd, że istota pieniądza tkwi w jego materialnej zawartości. Jednostka pieniężna nie musi być kawałkiem złota, żeby pełnić funkcję pieniądza. Wartość pieniądza wiązał z systemem prawnym, instytucjami i jego akceptacją w rozliczeniach. To właśnie od Knappa wywodzi się tradycja nazywana chartalizmem. Współczesne opracowania jego teorii podkreślają, że pieniądz był przez niego ujmowany jako narzędzie ustanawiane przez porządek prawny, a nie jako towar posiadający samoistną wartość wynikającą z zawartości metalu. I tu proszę sobie wyobrazić reakcję przeciętnego komentatora internetowego. „Jak to? Papier bez złota może być pieniądzem?!” Może, pod warunkiem, że ludzie go akceptują, państwo ustanawia go środkiem płatniczym, a gospodarka ma zdolność dostarczania dóbr i usług. W końcu współczesny banknot nie jest bonem na kawałek złota. Jest zobowiązaniem funkcjonującym w systemie prawnym i gospodarczym. To nie znaczy oczywiście, że można drukować pieniądze bez ograniczeń. I właśnie tutaj zaczyna się druga część układanki.
Feder: pieniądz jako narzędzie gospodarki.
Gottfried Feder był jednym z głównych ekonomicznych ideologów wczesnego NSDAP. Nie był jednak tym człowiekiem, który stworzył późniejszy mechanizm finansowania niemieckich zbrojeń. To ważne rozróżnienie. Feder rozwijał własną, skrajnie antykapitalistyczną i antybankową koncepcję gospodarczą. W 1919 r. opublikował manifest o „przełamaniu niewoli procentu pieniądza”, a później pisał o walce z tzw. wielką finansjerą. Hitler zetknął się z jego poglądami bardzo wcześnie, ale po dojściu nazistów do władzy rzeczywista polityka gospodarcza poszła niestety inną drogą. Feder, jako zdecydowwany przeciwnik wojny, tracił wpływy. W 1934 r. został odsunięty z kluczowego wpływu na politykę gospodarczą, a później jego znaczenie polityczne jeszcze bardziej malało. Zmarł w dośc młodym wieku i w do dzis niewyjaśnionych okolicznościach, w Murnau 24 września 1941 r. I dlatego nie należy robić z niego człowieka, który „wprowadził system finansowy III Rzeszy”. Nie wprowadził. Teoretyczne podstawy, to Knapp. Wczesna ideologia ekonomiczna NSDAP - Feder. Praktyczne finansowanie ekspansji gospodarczej i zbrojeń, to przede wszystkim Hjalmar Schacht. I właśnie Schacht prowadzi nas do tego, o co w moim pierwotnym pytaniu chodziło.
Weksel MEFO, czyli pieniądz, który nie chciał być państwowym długiem.
W 1933 r. Hjalmar Schacht został prezesem Reichsbanku. Stanął przed problemem niebanalnym. Państwo chce wydawać, przemysł chce produkować, bezrobotni chcą pracować, armia chce sprzętu, ale oficjalne finanse państwa nie mogą po prostu pokazać światu: „Drodzy państwo, pożyczymy sobie gigantyczne pieniądze, a potem zobaczymy”. Trzeba było znaleźć konstrukcję, która pozwoli finansować produkcję, nie pokazując całego mechanizmu wprost w oficjalnym długu państwa. I powstały weksle MEFO. Mechanizm był genialnie prosty. Spółka Metallurgische Forschungsgesellschaft - MEFO - była specjalnie utworzoną spółką wykorzystywaną do finansowania zamówień zbrojeniowych. Wykonawca otrzymywał weksel. Weksel mógł być zdeponowany w banku, a bank mógł go następnie zdyskontować w Reichsbanku. Był oprocentowany na 4 proc. i objęty gwarancją państwa. I tutaj pojawia się rzecz, której moi polemiści jakoś nie zauważyli. To nie był pieniądz znikąd. To był mechanizm tworzenia zobowiązania, które mogło funkcjonować w gospodarce podobnie jak pieniądz a jednocześnie zobowiązanie to nie było od razu wykazywane jako zwykły dług państwa. Według opracowania Międzynarodowego Funduszu Walutowego weksle MEFO pokrywały ponad jedną trzecią niemieckich wydatków wojskowych w okresie od kwietnia 1935 do marca 1938 r. Ich stan wzrósł sześciokrotnie, a w marcu 1938 r. stały się największym składnikiem łącznego, oficjalnego zadłużenia. To jest właśnie moment, w którym trzeba przestać mówić o „drukowaniu pieniędzy” jak o magicznej drukarce. Mechanizm działał dlatego, że za pieniądzem stała realna produkcja. Państwo zamawiało, przemysł produkował, ludzie pracowali. Wypłacano wynagrodzenia, rosła produkcja, rosło zatrudnienie, rosły wpływy państwa. Część zobowiązań finansowych krążyła w systemie jako instrument, który można było zamienić na zwykłe pieniądze. To było finansowanie gospodarki poprzez przyszłą produkcję i zdolność państwa do regulowania zobowiązań, a nie poprzez posiadany wcześniej stos złota.
I tu zaczyna się zasadnicze nieporozumienie.
Moi polemiści mówią: „Ale przecież Hitler robił zbrojenia!” Oczywiście. „Ale przecież Niemcy rabowały podbite państwa!” Oczywiście. „Ale przecież były przymusowa praca i niewolnictwo!” Oczywiście. „Ale przecież system skończył się katastrofą!” Oczywiście, tylko że żadne z tych zdań nie odpowiada na pytanie o mechanizm pieniężny. To tak, jakby zapytać: „Jak działa silnik Diesla?” a odpowiedzieć: „Samochody powodują wypadki”. Zgoda, tylko co to ma wspólnego z silnikiem?
Czy zatem III Rzesza odkryła cudowny system?
Nie i tutaj dochodzimy do miejsca, w którym warto zdjąć z oczu ideologiczne okulary. Mechanizm finansowania przez państwo niewykorzystanych zasobów może działać bardzo dobrze w sytuacji, gdy istnieją niewykorzystane zasoby produkcyjne. Jeżeli masz sześć milionów bezrobotnych ludzi, puste fabryki i ogromny popyt inwestycyjny, zwiększenie wydatków może gwałtownie zwiększyć produkcję. Kiedy jednak gospodarka dochodzi do granicy możliwości produkcyjnych, sytuacja się zmienia. Wtedy pojawia się konkurencja o surowce. Pojawiają się ograniczenia walutowe. Pojawia się problem importu. Pojawia się inflacja. I właśnie dlatego finansowanie państwa nie jest magiczną sztuczką. Pieniądz może mobilizować zasoby, ale pieniądz nie zastąpi zasobów. Jeżeli mamy 100 ton stali i stworzymy 200 mld jednostek pieniądza, nie otrzymamy 200 ton stali. Otrzymamy więcej pieniędzy konkurujących o te same 100 ton stali. I dlatego właśnie odpowiedzialna polityka pieniężna musi rozumieć granicę między mobilizowaniem niewykorzystanych możliwości a przegrzewaniem gospodarki. To jest różnica między ekonomią a bajką o drukarce. A Hitler? Tutaj także warto rozdzielić dwie rzeczy. Mechanizm pieniężny nie był Hitlerem. Hitler nie wymyślił państwowej teorii pieniądza. Nie wymyślił też weksli MEFO. Nie był ekonomistą. Jako dyktator posiadał jednak coś, czego żaden normalny demokratyczny rząd nie posiada w takim zakresie: możliwość podporządkowania całego państwa jednemu celowi. I właśnie tę możliwość wykorzystał. W 1933 r. rozpoczęto programy robót publicznych i masowej mobilizacji gospodarczej, ale bardzo szybko zbrojenia stały się dominującym motorem gospodarki. Mechanizm, który mógłby służyć odbudowie infrastruktury, przemysłu i zatrudnienia, został w ogromnym stopniu podporządkowany przygotowaniu do wojny i dlatego nie trzeba wybielać nazizmu, żeby analizować jego gospodarkę. Wręcz przeciwnie. Trzeba ją analizować właśnie dlatego, żeby zrozumieć, jak potężnym narzędziem jest pieniądz w rękach państwa.
Ciekawostka, która powinna dać do myślenia.
2 stycznia 1939 r. magazyn TIME ogłosił Adolfa Hitlera „Człowiekiem Roku 1938”. I tutaj znowu zaczyna się polska produkcja intelektualnego zamieszania. Nie, TIME nie przyznał Hitlerowi pokojowej nagrody za zasługi. „Człowiek Roku” nie był wtedy nagrodą moralną. Chodziło o człowieka, który najbardziej wpłynął na wydarzenia mijającego roku - pozytywnie albo negatywnie. Sam TIME bardzo krytycznie opisywał Hitlera, a okładka przedstawiała go w jednoznacznie złowrogim kontekście.
Jeszcze zabawniejszy jest drugi fakt. W 1939 r. szwedzki parlamentarzysta Erik Gottfrid Christian Brandt rzeczywiście zgłosił Hitlera do Pokojowej Nagrody Nobla, tyle że nominacja została wycofana 1 lutego 1939 r., a sam Brandt był antyfaszystą i - jak podaje archiwum Nobla, nie zamierzał traktować nominacji poważnie. Czyli nawet tutaj historia okazuje się bardziej skomplikowana niż internetowy mem: Hitler został „Człowiekiem Roku”, ale nie był to medal za dobroć. Został zgłoszony do Nobla, ale była to prowokacja. Historia jest jednak trochę bardziej wymagająca niż obrazek z Facebooka.
I teraz dochodzimy do pytania najważniejszego.
Przecież nie po to przypominam tę historię, żeby zachwycać się III Rzeszą. Chodzi mi o coś zupełnie innego. Istnieje ogromna różnica między pytaniem: „Czy nazizm był dobry?” a pytaniem: „Czy państwo posiadające własną walutę może wykorzystać swój system pieniężny do uruchamiania niewykorzystanych zasobów gospodarki bez wcześniejszego zgromadzenia odpowiedniej ilości złota czy zagranicznego długu?”
Na pierwsze pytanie odpowiedź jest oczywista. Na drugie odpowiedź również istnieje i właśnie tę drugą odpowiedź przez cały czas próbowałem wydobyć z moich szanownych polemistów. Bezskutecznie a przecież współczesny świat zna taki model Nie chodzi oczywiście o kopiowanie III Rzeszy. Chodzi o znacznie bardziej podstawową zasadę: państwo posiadające własną walutę, własny bank centralny, własny system bankowy i potężny sektor przemysłowy może prowadzić aktywną politykę kredytową i inwestycyjną, kierując środki finansowe do produkcji, infrastruktury i przemysłu. Istnieje dziś wielkie państwo, które właśnie w ten sposób połączyło własną walutę, silną kontrolę państwa nad sektorem finansowym, ogromne inwestycje infrastrukturalne, kredyt kierowany do przemysłu i długoterminową politykę przemysłową. I robi coś, czego zachodni dogmatycy przez lata nie potrafili zrozumieć: nie pyta najpierw, czy państwo ma wystarczająco dużo pieniędzy, tylko jak wykorzystać pieniądz do uruchomienia realnych zasobów gospodarki. Nie jest to oczywiście kopia Niemiec z lat trzydziestych. I bardzo dobrze. Nie ma potrzeby kopiować ustroju politycznego, ideologii, represji ani militaryzmu, żeby zrozumieć mechanizm finansowania rozwoju. Można wziąć z historii mechanizm i odrzucić zbrodniczy cel, do którego został wykorzystany. Tak samo jak można używać energii jądrowej bez budowania bomby atomowej.
No i zostało ostatnie pytanie.
I właśnie dlatego w moim pierwotnym wpisie zadałem jeszcze jedno pytanie. Najważniejsze.
Który polski polityk dzisiaj proponuje rozwiązanie choćby zbliżone do idei wykorzystania własnego pieniądza i możliwości banku centralnego do finansowania strategicznych przedsięwzięć państwa zamiast automatycznego sięgania po zagraniczny kredyt?
I tutaj zaczyna się problem, bo odpowiedź nie brzmi: Tusk, nie brzmi: Lewica, nie brzmi: PiS i - ku rozczarowaniu niektórych, nie brzmi też Braun. Najbliższym aktualnym przykładem jest propozycja prezydenta Karola Nawrockiego i prezesa NBP Adama Glapińskiego dotycząca tzw. „Polskiego SAFE 0 proc.”, czyli wykorzystania potencjału NBP i wzrostu wartości rezerw złota do krajowego finansowania wydatków obronnych zamiast zaciągania unijnej pożyczki. W przedstawionej koncepcji mowa była o wykorzystaniu zysku wynikającego ze wzrostu wartości złota i przekazaniu środków do funduszu przeznaczonego na bezpieczeństwo. To nie jest system MEFO. Nie jest to też kopia teorii Knappa i nie należy udawać, że jest. Jest to jednak ważny sygnał: po raz pierwszy od dawna w polskiej debacie politycznej pojawia się na poważnie pytanie, czy część strategicznych wydatków państwa musi być finansowana wyłącznie przez kolejne emisje długu oprocentowanego przez rynek lub instytucje zagraniczne. I właśnie dlatego warto tę propozycję analizować, zamiast ją wyśmiać. Można mieć do niej zastrzeżenia prawne. Można mieć zastrzeżenia księgowe. Można pytać o wpływ na inflację. Można pytać o granice kompetencji banku centralnego. Można pytać, czy rewaluacja złota rzeczywiście daje środki, czy tylko zmienia zapis księgowy. To wszystko są prawdziwe pytania ekonomiczne. Natomiast odpowiedź: „Nie ma darmowych pieniędzy!” jest mniej więcej tak odkrywcza jak stwierdzenie: „Nie ma darmowych obiadów”. Oczywiście, że nie ma. Problem polega na tym, kto, komu, na jakich warunkach i w jakiej formie finansuje inwestycję oraz co dzięki temu powstaje w realnej gospodarce.
I właśnie tutaj jest polski problem.
Przez lata polskiej polityki gospodarczej nauczyliśmy się jednej rzeczy: pieniądz ma przyjść z zewnątrz. Pożyczka, fundusz, dotacja, kredyt, obligacja, środki europejskie inwestor zagraniczny, zagraniczny bank a jeżeli państwo chce zrobić coś większego, natychmiast pada pytanie: „A skąd weźmiemy na to pieniądze?” Otóż czasami trzeba postawić pytanie odwrotne: „Czy mamy ludzi, fabryki, technologię, surowce, energię i możliwości produkcyjne, żeby to zrobić?” Jeżeli odpowiedź brzmi „tak”, dopiero wtedy trzeba zastanawiać się, jak skonstruować system finansowania, który nie zniszczy gospodarki inflacją, ale pozwoli wykorzystać jej niewykorzystane możliwości. To jest właśnie istota problemu. Nie pieniądz sam w sobie. Realna gospodarka.
I dlatego tak bardzo rozbawiła mnie ta dyskusja.
Dostałem od komentatorów całą serię odpowiedzi na pytania, których nie zadałem. Jeden opowiedział mi o niewolnictwie. Drugi o Wall Street. Trzeci zapewne za chwilę wyjaśni mi, że Hitler był zły. Nie mam jednak najmniejszego zamiaru z tym polemizować. Był, ale to jest wiedza z poziomu szkoły podstawowej. Mnie interesuje wiedza o poziom wyżej. Jak działał system? Kto go wymyślił? Jak działał pieniądz? Jak finansowano inwestycje? Dlaczego gospodarka mogła tak szybko uruchomić produkcję? Gdzie przebiegała granica tego mechanizmu? Dlaczego ten sam mechanizm doprowadzony do skrajności musiał się zderzyć z ograniczeniami surowcowymi, walutowymi i produkcyjnymi? I wreszcie: czy można wykorzystać suwerenny pieniądz do rozwoju pokojowej gospodarki zamiast do wojny? To jest pytanie, na które warto odpowiadać, bo pieniądz nie jest gospodarką i może właśnie to jest najważniejsza lekcja.
Pieniądz jest biletem do realnych zasobów.
Jeżeli gospodarka ma niewykorzystanych ludzi, fabryki i możliwości produkcyjne, dodatkowy popyt może uruchomić produkcję. Jeżeli gospodarka pracuje na granicy możliwości, ten sam dodatkowy pieniądz może przede wszystkim podnieść ceny. Jeżeli państwo pożycza pieniądze na inwestycje, które zwiększają przyszłą produkcję, dług może być narzędziem rozwoju. Jeżeli pożycza na konsumpcję, która nie tworzy żadnego przyszłego dochodu, dług staje się kulą u nogi. Jeżeli państwo ma własną walutę, nie oznacza to, że może finansować wszystko bez ograniczeń, ale oznacza coś bardzo ważnego: nie jest finansowo skazane na zachowywanie się jak gospodarstwo domowe, i tego właśnie ogromna część naszych polityków, ekonomistów i - niestety, wyborców nie rozumie.
Największym problemem Polski nie jest brak pieniędzy.
Największym problemem Polski jest brak zrozumienia, jak pieniądz ma pracować dla realnej gospodarki. Dlatego wyborca dostaje kolejne obietnice. Tusk obiecuje. Lewica obiecuje. PiS obiecuje. Konfederacja obiecuje. Braun obiecuje a wyborca siedzi, słucha i wybiera tego, kto obieca mu więcej. Pięćset, pięćset plus, dopłatę, mieszkanie, kredyt, emeryturę, tarczę, dotację. I prawie nikt nie pyta: „Dobrze, ale jaki jest mechanizm gospodarczy, który to wszystko sfinansuje?”, bo to jest pytanie trudne i nudne. Nie ma w nim emocji, nie ma flagi, nie ma wroga, nie ma „zdrady”, nie ma „lewactwa”, nie ma „pisiorów”, nie ma „tusków”, nie ma nawet Brauna. Jest tylko ekonomia a ekonomia jest niestety bezlitosna. Można ludziom opowiadać dowolne bajki. Można nazwać przeciwnika neomarksistą. Można nazwać go nazistą. Można nazwać go neoliberałem. Można nazwać go ruskim agentem albo europejskim zdrajcą. Można nawet napisać trzydzieści akapitów o niewolnictwie, kiedy ktoś pyta o system pieniężny, ale na końcu zawsze pozostaje jedno pytanie: Kto ma wyprodukować to, co obiecaliście? I dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa polityka gospodarcza. Dlatego moje pytanie do komentatorów nadal pozostaje aktualne. Nie: „Czy Hitler był dobry?” Nie: „Czy nazizm był moralny?” Nie: „Czy niewolnictwo jest dobre?” To są pytania dla grzecznych dzieci. Moje pytanie brzmi: Czy państwo posiadające własny pieniądz może wykorzystać go do uruchamiania realnych zasobów gospodarki, finansowania inwestycji i budowy własnego potencjału produkcyjnego bez uzależniania się od zagranicznego kredytu? Niemcy lat trzydziestych pokazały, że można. Pokazały również, że można wykorzystać ten mechanizm do budowy gospodarki wojennej i doprowadzić go do granic wytrzymałości. Współczesne państwa pokazują, że można wykorzystać państwowy system pieniężny i kredytowy do długofalowego rozwoju przemysłu bez kopiowania nazistowskiego systemu politycznego.
A Polska?
Polska nadal przede wszystkim pożycza. I dlatego właśnie moje ostatnie pytanie jest najważniejsze: Czy znajdzie się w Polsce polityk, który zamiast pytać najpierw „od kogo pożyczymy?”, zacznie pytać „co możemy sami wyprodukować, jakie mamy zasoby i jak zbudować własny system finansowania rozwoju?” Dziś pewien krok w tę stronę próbuje postawić Karol Nawrocki razem z Adamem Glapińskim poprzez koncepcję „Polskiego SAFE 0 proc.”. Czy jest to rozwiązanie dobre, to już jest osobny temat i wymaga poważnej analizy, ale przynajmniej postawiono właściwe pytanie. I może właśnie tego najbardziej brakuje nam w Polsce. Nie pieniędzy. Pytań, bo wyborca, który nie rozumie gospodarki, nie wybiera polityka według tego, jak działa jego program, tylko według tego, jak dobrze brzmią jego obietnice. A potem przez cztery lata dowiaduje się, że pieniędzy jednak zabrakło. I wybiera następnego. Ten obieca więcej.
A gospodarka, jak zwykle, wystawia rachunek.