Jeszcze kilka miesięcy temu wierzyłem, że Prawo i Sprawiedliwość stoi przed historyczną szansą. Nie chodziło o zmianę programu, bo ten w wielu obszarach pozostaje aktualny. Nie chodziło nawet o zmianę ludzi na stanowiskach. Chodziło o coś znacznie ważniejszego - o zmianę pokoleniową i zmianę sposobu myślenia o polityce. Dzisiaj tej nadziei praktycznie już nie ma.
Po konferencji Mateusza Morawieckiego trudno oprzeć się wrażeniu, że nie był to konflikt o ambicje ani o stanowiska. Był to spór o przyszłość całej formacji. Morawiecki mówił o czymś, co z politycznego punktu widzenia brzmiało całkowicie racjonalnie. Przypomniał, że wcześniej uzgodniono model dwóch "płuc" Prawa i Sprawiedliwości. Jedno miało prowadzić klasyczną działalność partyjną, drugie miało otwierać partię na ludzi, którzy od lat pozostają poza jej zasięgiem - przede wszystkim młodszych wyborców.
Czy naprawdę ktoś uważa, że był to zły pomysł?
Przecież właśnie tego PiS najbardziej potrzebował. Od kilku lat partia doskonale mobilizuje własny elektorat. Problem polega na tym, że niemal wcale nie poszerza swojego poparcia. Kolejne konferencje prasowe pokazujące błędy rządu, kolejne afery, kolejne kompromitacje obecnej koalicji nie przekładają się na trwały wzrost poparcia. To oznacza, że problem nie leży wyłącznie po stronie rządu. Problem leży również po stronie sposobu komunikacji opozycji. I dokładnie o tym pisałem od wielu miesięcy. Można mieć rację. Można trafnie diagnozować błędy przeciwnika. Można punktować afery a mimo to nie przekonywać nowych ludzi. To nie jest kwestia prawdy. To jest kwestia skuteczności. I właśnie Mateusz Morawiecki wydaje się to rozumieć. Nie proponował przecież porzucenia programu PiS. Nie proponował kapitulacji wobec Unii Europejskiej ani pojednania z Donaldem Tuskiem. Proponował coś znacznie prostszego. Nowy język, nową energię i nowe środowiska. Próbę wyjścia poza własną bańkę. Dokładnie to, czego od dawna brakuje całej polskiej prawicy.
Najbardziej uderzające było jednak coś zupełnie innego. Do samego końca swojej konferencji Morawiecki nie nawoływał do rozłamu. Nie ogłaszał nowej partii i nie wzywał do wojny z PiS. Przeciwnie. Kilka razy apelował o jedność i o opamiętanie. Cały czas powtarzał, że chce pozostać w Prawie i Sprawiedliwości. Trudno więc pogodzić ten przekaz z narracją, że od początku planował rozbicie partii. Jeżeli rzeczywiście wcześniej uzgodniono model współpracy dwóch środowisk, to nasuwa się pytanie: Co takiego wydarzyło się później? Dlaczego nagle uzgodniony model przestał obowiązywać? Dlaczego zamiast wykorzystać potencjał nowych środowisk rozpoczęto wewnętrzną wojnę? Tego dziś nie wiemy, ale skutki tej decyzji mogą być bardzo poważne.
Niepokoi mnie również coś jeszcze. To nie pierwszy raz, gdy politycy próbujący zaproponować nowe otwarcie bardzo szybko stają się celem wewnętrznych ataków. Najpierw pojawił się Zbigniew Bogucki. Później bardzo szybko temat zniknął. Teraz podobna sytuacja spotyka Mateusza Morawieckiego. Przypadek? Być może, ale takich przypadków zaczyna być zbyt wiele.
Mam też wrażenie, że w Prawie i Sprawiedliwości coraz silniejsze staje się środowisko, które nie proponuje praktycznie żadnej własnej wizji rozwoju partii. Jego głównym celem wydaje się utrzymanie obecnego układu wpływów. Status quo. Brak zmian i brak ryzyka. Problem polega jednak na tym, że polityka nie znosi bezruchu. Jeżeli partia nie zmienia się sama, zmieniają ją wyborcy. Najczęściej bardzo brutalnie.
Od dawna powtarzam jedną rzecz. Bez zmiany pokoleniowej Prawo i Sprawiedliwość najprawdopodobniej nie wygra kolejnych wyborów parlamentarnych. Nie dlatego, że Jarosław Kaczyński przestał być wybitnym strategiem swojej epoki, ale dlatego, że Polska się zmieniła. Zmieniło się społeczeństwo, zmieniły się media, zmieniły się sposoby komunikacji i zmieniły się oczekiwania młodych ludzi. Partia, która chce rządzić przez następne dwadzieścia lat, nie może prowadzić kampanii tak, jak prowadziła ją dwadzieścia lat temu. I nie jest to krytyka prezesa. To jest zwykłe stwierdzenie politycznej rzeczywistości.
Najbardziej boli mnie jednak coś jeszcze. Dzisiaj, gdy rząd Donalda Tuska zmaga się z kolejnymi problemami, aferami i narastającym zmęczeniem społecznym, największa partia opozycyjna zajmuje się sama sobą. Nie budową alternatywy, nie przygotowaniem programu, nie poszerzaniem elektoratu, lecz wewnętrzną wojną. Jeżeli ktoś miał wymarzyć sobie taki scenariusz, trudno wyobrazić sobie lepszy prezent dla obecnej koalicji rządzącej. To oczywiście moja ocena, ale patrząc na ostatnie wydarzenia, coraz trudniej oprzeć się wrażeniu, że największym przeciwnikiem Prawa i Sprawiedliwości przestaje być dziś Donald Tusk. Staje się nim własna niezdolność do odnowy.
Żadna partia nie przegrywa dlatego, że się zmienia. Partie przegrywają wtedy, gdy przestają rozumieć, że świat zmienia się szybciej od nich. I właśnie tego najbardziej obawiam się po dzisiejszym dniu. Nie dlatego, że odszedł jeden polityk. Nie dlatego, że doszło do kolejnego konfliktu. Obawiam się, że razem z nim z Prawa i Sprawiedliwości może odejść ostatnia realna szansa na spokojną zmianę pokoleniową. Jeśli tak się stanie, to największym beneficjentem tej decyzji nie będzie ani Mateusz Morawiecki, ani Jarosław Kaczyński. Będzie nim Donald Tusk. I to on może za kilka lat podziękować swoim politycznym przeciwnikom za to, że wykonali za niego najtrudniejszą robotę.
"Chodziło o coś znacznie ważniejszego - o zmianę pokoleniową i zmianę sposobu myślenia o polityce. Dzisiaj tej nadziei praktycznie już nie ma."
Moim zdaniem odejście premiera Morawieckiego oznacza, że wziął na klatę niepowodzenie w wyborach parlamentarnych i niemożność utworzenia koalicji np. z ludowcami. To wyznacza przyszłe kierunki działania PiS. Jak premier Morawiecki zupełnie się nie wycofa z polityki, to może utworzyć silną partię, która bedzie przeciwwagą do pseudo-polskich ugrupowań Brauna czy Mentzena. Bo to że zostanie ministrem w koalicji 13 grudnia raczej nie wierzę. Tusk musi mieć wrogów w Polakach :)
I - moim zdaniem ważne - jeszcze jedno. Prezes powiedział, ze zwolennicy Morawieckiego sami odeszli z PIS. To nie jest przejęzyczenie, to jest kłamliwy sposób interpretacji faktów, ktore są takie, że zwyczajnie nie ulegli szantażowi. Dostali ultimatum, odrzucili je i zgodzili się na jego cenę. To nie jest unik, wycofanie się tylko świadoma relacja decyzja-konsekwencja.
Prezes uciekający się do języka z obszaru kłamstwa nie ma szans na budowę. To jest niewykonalne.
Dla pana to nie był smutny dzień a tylko dzień triumfu. Nawet zdążyl mi pan przypaprać że nie ,,ogarniam'' zapominając,że nie musimy wszyscy jednakowo oceniać ostatnie wydarzenia. Kaczyński już lata tkwi w polityce a jego walka o jedność jest słuszna i ma oparcie w doświadczeniach podczas rządów z Giertychem i Lepperem. Pamiętam wywijasy Giertycha i Leppera kiedy niemal codzień występowali z żądaniami ,podpisywano nowe umowy o współpracy, żeby je w krótkim czasie zerwać a Giertych co rusz biegał do Radia Maryja(dziś już przez niego znienawidzone) ze swoimi żalami.Tak samo było z Gowinem i jego fochami ,z Ziobrą i częścią posłów którzy deklarując wspólnotę wychodząc natychmiast zakładali inne partie.Giertych i Gowin nawet chwalili się,że w PiS-ie był kretem.Te przepychanki dezorganizowały pracę rządu Kaczyńskiego i samej partii.Teraz zanosi się na podobny scenariusz.Pragmatyczna czterdziestka widząc,że tkwienie w nieustannie atakowanym PiS-ie nie daje szans na wybicie się i karierę postanowiła zrobić z siebie ofiarę partyjnych intryg by mieć pretekst do wyjścia.Morawiecki natomiast nie chce już dłużej czekać i teraz zostać hegemonem. Jego patetyczne zapewnienia o dwu płucach, ,że nic go nie jest w stanie poróznić z Kaczyńskim brzmią fałszywie i nieprzekonująco.Odchodzący posłowie już od dawna nie płacili składek co świadczy ,że ten plan odejścia nie ma związku z ultimatum a już był był wcześniej uzgodniony i opracowany. To nie ma żadnego związku ze zmianą pokoleniową tylko z prozaicznym podejściem .Reżim coraz bardziej groźny i opresyjny nie daje im szans więc jak się nie ma co się lubi to się lubi co się ma.Morawiecki chwali się postępowością swej drużyny złożonej podobno z samych ekspertów którą wniesie we wianie tak jakby pozostała część partii była analfabetami.
"plan odejścia nie ma związku z ultimatum a już był był wcześniej uzgodniony i opracowany"
To tylko o rozłamowcach dobrze świadczy. A czy wyjdą z tarczą, czy na tarczy, to pokażą kolejne wybory, o ile wcześniej Tuskowi nie uda się zdelegalizować PiS i będzie rządzić do końca świata i o jeden dzień dłużej :)
Rozpad PiSu otwiera drogę do stabilnej większości: Morawiecki+Tusk — i przed wyborami i po. Oni się już o służby specjalne nie pokłócą, tak jak to było u zarania POPiSu. W ten sposób gnicie socjaldemokracji przedłuży się o kolejną dekadę.