I po Mundialu. W jego początkowej fazie dostałem SMS-a od jednego z najważniejszych ludzi polskiego futbolu ostatnich 30-40 lat: „Siedzę sobie na Kaszubach, jeżdżę po imprezach amatorskich dla młodzieży, czysta przyjemność. Mundialu na razie nie oglądam, czekam aż się zacznie prawdziwe granie”. Cóż, mój przyjaciel niezbyt dużo stracił, bo mieliśmy do czynienia wręcz z inflacją piłki: mecze 48 drużyn trudno było skonsumować – święto spowszedniało.
Co utkwi w mojej- i nie tylko mojej- pamięci po północnoamerykańskich Mistrzostwach Świata? Pierwszy w historii finał, w którym zagrały drużyny mówiące po hiszpańsku. Co prawda były wcześniej finały latyno-amerykańskie (Brazylia-Urugwaj 1930,1950) ale językowo było to starcie portugalsko- hiszpańskie. Holowanie faworytów przez sędziów : Albion francuski arbiter przepchnął przez ćwierćfinał z Norwegią, „Albicelestes” (po hiszpańsku: Biało-Błękitni) mieli sędziów po swojej stronie choćby w meczu z Egiptem. Zapamiętam piłkarzy z klasą, a jednocześnie ludzi bez klasy: Anglik Bellingham po półfinale z Argentyną uderzył rezerwowego rywali w tył głowy, a Francuz Mbappe nie podał ręki bramkarzowi Paragwaju. Mistrzami końcówek okazała się Argentyna, która wygrała po dogrywce z rewelacją turnieju Wyspami Zielonego Przylądka, w ostatnich minutach z Egiptem, po dogrywce ze Szwajcarią i wreszcie strzeliła dwa gole Anglikom w 12 minut, w tym jednego w doliczonym czasie gry. Zapamiętam kolejną kompromitację Niemiec, które odpadły notując spektakularne porażki z Ekwadorem (mimo pomocy sędziów z USA, którzy uznali Teutonom nieprawidłowo strzeloną bramkę) oraz Paragwajem. Zapamiętam też napompowany do granic możliwości przez „ekspertów” francuski balon: „Les Bleus” mieli wygrać w cuglach Mundial , bo jak napisał Zbigniew Boniek „dominowali w każdej formacji”, a w końcu okazało się, że galijski kogut bez większej walki trzmychnął przed hiszpańskim bykiem. Nie zapomnę też błędu niemieckiego trenera reprezentacji Anglii, który po strzeleniu gola przez swoją drużynę ustawił „autobus” na własnym polu karnym ,w efekcie przez kolejne 42 minuty meczu (łącznie z 7 minutami doliczonego czasu) wyspiarze mieli raptem… 22% czasu posiadania piłki i wymienili tylko 72 podania czyli mniej niż dwa na każdą minutę -zachęcając Argentynę do atakow.
Biało-Czerwoni po raz trzeci w XXI wieku (na 7 Mundiali) nie pojechali na MŚ. I to dalej boli.
*Artykuł ukazał się w tygodniku "Sieci"