Przez ostatnie lata przyzwyczailiśmy się do tego, że polska polityka przypomina nieustanną wojnę dwóch obozów. Każda zmiana władzy oznacza próbę przejęcia kolejnych instytucji, wymianę ludzi, zmianę kierownictwa i odwracanie decyzji poprzedników. Jedni tłumaczą to naprawianiem państwa po poprzednikach, drudzy obroną praworządności, a ludzie coraz częściej mają wrażenie, że państwo stało się łupem wyborczym, o który walczy się co kilka lat. Spór o Trybunał Konstytucyjny jest dzisiaj najlepszym przykładem tego mechanizmu. I być może właśnie dlatego pojawiła się szansa na coś znacznie ważniejszego niż kolejne rozstrzygnięcie, kto ma rację w obecnym konflikcie. Pojawiła się możliwość zmiany zasad, które doprowadziły nas do tego miejsca.
Warto przyjrzeć się propozycji przedstawionej przez szefa Kancelarii Prezydenta Zbigniewa Boguckiego. W wywiadzie radiowym Bogucki dopuścił ostateczny restart Trybunału i przedstawił kierunek jego naprawy: wybór sędziów większością kwalifikowaną, wykluczenie czynnych polityków z grona kandydatów oraz konieczność uzyskania szerszego porozumienia politycznego. Zaznaczył przy tym, że tak głęboka zmiana wymagałaby większości konstytucyjnej. To nie jest propozycja polegająca wyłącznie na wymianie jednych sędziów na drugich. Jej istotą jest zmiana mechanizmu, który pozwala większości parlamentarnej obsadzać Trybunał zgodnie z własnym politycznym interesem. I właśnie tutaj znajduje się najważniejsza wartość tej koncepcji.
Reset musi odebrać politykom możliwość zawłaszczania instytucji państwa, a nie tylko zmienić ludzi, którzy nimi kierują.
Jeżeli dzisiaj wymienimy cały skład Trybunału, ale pozostawimy te same zasady wyboru, to po następnych wyborach będziemy mieli dokładnie ten sam problem. Zmieni się tylko strona, która będzie chciała wykorzystać Trybunał do realizacji własnych interesów. Dlatego wybór większością trzech piątych lub inną odpowiednio wysoką większością, wymóg szerokiego porozumienia i karencja dla osób czynnie uczestniczących w polityce mają sens. Nie gwarantują automatycznie niezależności, ale ograniczają możliwość samodzielnego obsadzenia całej instytucji przez jedną większość parlamentarną. Oczywiście trzeba jeszcze zabezpieczyć procedurę przed blokowaniem wyboru sędziów i określić, co stanie się z obecnymi kadencjami. Nie chodzi bowiem o to, żeby Trybunał był przychylny prezydentowi, premierowi czy opozycji. Ma być niezależny od wszystkich tych środowisk i kontrolować władzę niezależnie od tego, kto ją sprawuje.
I tu dochodzimy do dość znamiennej sytuacji politycznej. Okazuje się, że w sprawie resetu Trybunału Koalicja Obywatelska i Prawo i Sprawiedliwość znalazły się po tej samej stronie, choć z zupełnie innych powodów. Donald Tusk nie chce resetu. Jego stanowisko jest jasne: prezydent powinien uznać sędziów wybranych przez obecny Sejm, a oni powinni rozpocząć wykonywanie swoich obowiązków. Premier uważa, że nie ma potrzeby zmiany konstytucji ani rozpoczynania całej procedury od początku. Można zrozumieć argument, że należy respektować decyzje Sejmu i nie pozwalać prezydentowi blokować konstytucyjnych procedur. Problem polega jednak na tym, że takie rozwiązanie nie zmienia zasad, które pozwoliły politykom doprowadzić do obecnego kryzysu. KO chce przede wszystkim rozstrzygnięcia obecnego sporu na podstawie swojej interpretacji legalności wyboru sędziów. W praktyce oznaczałoby to uzyskanie przez obecną większość wpływu na Trybunał poprzez doprowadzenie do orzekania wybranych przez nią osób.
Prawo i Sprawiedliwość z kolei sprzeciwia się resetowi, ponieważ nie chce rezygnować z obecnego układu i uznaje wybór części sędziów przez obecną większość za nielegalny. Ma własną argumentację prawną i trudno udawać, że nie istnieje. Jednak skutkiem obrony dotychczasowego stanu rzeczy jest również zachowanie pozycji środowiska, które miało decydujący wpływ na obecny skład Trybunału. W ten sposób obie największe partie, mimo że wzajemnie oskarżają się o niszczenie praworządności, nie są gotowe łatwo zrezygnować z własnych koncepcji dotyczących tego, kto powinien mieć wpływ na Trybunał.
Różne argumenty, różne uzasadnienia, ale wspólny problem: żadna ze stron nie chce łatwo oddać pola.
Nie oznacza to, że można zrównywać odpowiedzialność obu stron za wszystkie wydarzenia. Oznacza natomiast, że trzeba dostrzec mechanizm polityczny, który działa niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę. Co ciekawe, resetu nie wymyślił dopiero prezydent. Od dawna mówiła o nim Konfederacja, własny projekt przedstawił PSL, a ostatnio również Adrian Zandberg z partii Razem. Własną koncepcję przedstawiło także środowisko Mateusza Morawieckiego, choć jego propozycja różni się od projektu Boguckiego. Nie ma więc jednego wspólnego projektu wszystkich tych ugrupowań. Jest jednak coś, co zaczyna je łączyć: świadomość, że obecny model funkcjonowania Trybunału nie daje gwarancji zakończenia konfliktu.
Na tym tle szczególnie ważna jest inicjatywa prezydenta Karola Nawrockiego. To on zaprosił przedstawicieli różnych ugrupowań do rozmów, wysłuchał odmiennych koncepcji i stworzył przestrzeń do szukania rozwiązania wykraczającego poza bieżący podział polityczny. Poprzez Zbigniewa Boguckiego przedstawił również konkretny kierunek zmian. Nie znaczy to, że wszystkie decyzje prezydenta w obecnym sporze muszą być wolne od kontrowersji. Nie oznacza też, że sam fakt zaproszenia polityków do rozmów gwarantuje sukces. Warto jednak dostrzec różnicę między próbą utrzymania obecnego układu a poszukiwaniem zasad, które miałyby obowiązywać wszystkich, także tych, którzy dzisiaj sprawują władzę. Prezydent nie powinien być kolejnym uczestnikiem walki o polityczne łupy. Jego rolą może być właśnie stworzenie warunków do porozumienia ponad podziałami. W tej sprawie inicjatywa przedstawiona przez jego kancelarię daje taką możliwość.
Jest jeszcze jedna kwestia, której nie wolno pominąć. Reset nie może oznaczać bezkarności.
Jeżeli ktoś naruszył prawo, powinien za to odpowiedzieć. Dotyczy to zarówno polityków obecnej koalicji, jak i poprzedniej władzy, urzędników oraz osób pełniących funkcje publiczne. Zarzuty dotyczące działań Donalda Tuska, Anny Korwin-Piotrowskiej czy innych uczestników obecnego konfliktu powinny być rozpatrywane na podstawie konkretnych czynów, dowodów i obowiązujących przepisów. Tak samo należy traktować odpowiedzialność osób związanych z wcześniejszymi decyzjami dotyczącymi Trybunału. Nie może być politycznej amnestii, ale nie może być również politycznych wyroków wydawanych przed postępowaniem. Rozliczenie musi odbywać się zgodnie z prawem, a nie według partyjnego zapotrzebowania. Jeżeli reset ma być początkiem nowego porządku, musi oznaczać zarówno nowe zasady, jak i odpowiedzialność za ich łamanie.
W tym miejscu chciałbym wrócić do czegoś, o czym pisałem już wcześniej, a co część komentujących traktowała jako tematy mało interesujące, nudne i oderwane od bieżącej polityki. Mam na myśli mój cykl dotyczący naprawy państwa. Pisałem o konieczności zmiany mechanizmów funkcjonowania instytucji, o odpowiedzialności polityków, o niezależności państwa, o zadłużeniu, energetyce, edukacji i wychowaniu młodego pokolenia. Nie po to, żeby opisywać kolejne afery i rozliczać każdego polityka z jego wypowiedzi, ale żeby zastanowić się, dlaczego Polska ciągle wpada w te same pułapki.
Przecież Trybunał Konstytucyjny to nie jest jakiś odległy problem prawników. To instytucja, która ma chronić obywatela przed niekonstytucyjnymi działaniami władzy. Niezależnie od tego, czy rządzi PiS, KO, czy jakiekolwiek inne ugrupowanie. Podobnie jest z energetyką. Czy niezależność energetyczna i uniezależnienie się od zewnętrznych dostawców to temat nudny? A może bardziej interesujące jest komentowanie kolejnej wypowiedzi polityka, podczas gdy rachunki za prąd płacimy wszyscy? Czy zadłużanie państwa i rosnące koszty jego obsługi to temat mało istotny? Przecież to przyszłe pokolenia będą spłacać dzisiejsze decyzje polityków. Czy edukacja jest nudna? Może rzeczywiście ciekawiej jest dyskutować o kolejnej awanturze w Sejmie, ale to właśnie od poziomu wykształcenia i wychowania młodych ludzi zależy, czy za kilkanaście lat będziemy mieli społeczeństwo zdolne samodzielnie oceniać polityków, czy tylko kolejne pokolenie uczestników partyjnych wojen. Czy wreszcie odpowiedzialność za państwo i zmiana mechanizmów jego funkcjonowania są mniej ważne od codziennych sporów o to, kto kogo obraził, kto komu nie podał ręki i kto wygrał kolejną konferencję prasową? Właśnie takie sprawy bywają nazywane nudnymi. Tymczasem to one decydują o przyszłości kraju. Bieżące awantury mijają, politycy zmieniają stanowiska, a problemy strukturalne pozostają i narastają. Mój wcześniejszy cykl naprawy państwa nie był więc zbiorem oderwanych od rzeczywistości rozważań. Dzisiejszy kryzys Trybunału pokazuje, jak bardzo potrzebujemy takiego myślenia. Nie wystarczy zmienić rząd, prezesa, sędziów czy kierownictwo kolejnej instytucji. Trzeba zmienić zasady, które pozwalają każdej następnej ekipie powtarzać błędy poprzedników. I dlatego uważam, że propozycję Boguckiego należy traktować poważnie. Nie jako sukces jednej partii, ale jako szansę na rozpoczęcie procesu naprawy państwa.
Czy politycy z tej szansy skorzystają?
To będzie prawdziwy sprawdzian, bo poparcie dla niezależności instytucji jest łatwe, kiedy nie ma się na nie wpływu. Prawdziwy sprawdzian przychodzi wtedy, kiedy trzeba zrezygnować z możliwości obsadzenia ich własnymi ludźmi. Prezydent Nawrocki postawił na stole propozycję, która może wyprowadzić spór poza dotychczasowy podział na PiS i KO. Nie jest jedynym politykiem mówiącym o resecie, ale to jego kancelaria nadała obecnym rozmowom konkretny kierunek i stworzyła okazję do szerszego porozumienia. Teraz ruch należy do polityków.
Polska nie potrzebuje Trybunału PiS-u ani Trybunału KO. Potrzebuje Trybunału Rzeczypospolitej. Nie potrzebuje państwa, które po każdych wyborach zmienia właściciela. Potrzebuje państwa, które ma zasady silniejsze od ambicji kolejnych rządzących.
Jeżeli politycy zrozumieją tę różnicę, obecny kryzys może stać się początkiem czegoś dobrego. Jeżeli nie, za kilka lat będziemy pisać kolejny artykuł o tym samym. Zmienią się tylko nazwiska, szyldy partyjne i kierunek oskarżeń a przecież nie o to chodzi, żeby co kilka lat wygrać tę samą wojnę. Chodzi o to, żeby wreszcie przestać ją prowadzić.
Dlatego nie wolno dopuścić do częściowego małego resetu: youtube.com
A może politycy zaspokajają potrzeby społeczne?
Jakie potrzeby, taka rzeczywistość.
A ceny prądu, dzietność, zróżnicowanie emerytalne na wzór Rosji i Albanii, tego wszystkiego - nie ma. Bo bój to jest nasz ostatni. A potem: "I jeszcze jeden i jeszcze raz."
"Polska nie potrzebuje Trybunału PiS-u ani Trybunału KO. Potrzebuje Trybunału Rzeczypospolitej."
Znowu bajeczki dla ciemnego luda, że niby jest potrzebny jakiś trybunał. Że są potrzebne sądy i prokuratura. Taka zabawa w kotka i myszkę. Że jest potrzebny rząd z nadania Ursuli v der L. Polska potrzebuje argumentów siły, aby przegonić niemieckich cieciów, bo siła argumentów na nich nie działa.
Będzie to taka zemsta na chłodno :)
Mam wrażenie, że znów nie do końca zrozumiałeś sens mojego wpisu Uboot. Nie pisałem o tym, czy Polska potrzebuje Trybunału, sądów i prokuratury, bo to chyba nie powinno budzić wątpliwości. Pisałem o tym, jak zmienić zasady ich funkcjonowania, żeby nie były narzędziem żadnej partii ani środowiska politycznego.
Co do siły i niemieckich wpływów, możemy oczywiście dyskutować, ale najpierw proponuję poczekać na konferencje prasowe przedstawicieli poszczególnych ugrupowań po dzisiejszym posiedzeniu RBN. Być może dowiemy się czegoś więcej o kierunku zmian i o tym, kto rzeczywiście chce szukać porozumienia, a kto pozostaje przy dotychczasowej konfrontacji. Wtedy będzie można rozmawiać o konkretach, a nie o domysłach. Czasami warto najpierw zobaczyć, co politycy zrobią, zanim zaczniemy ogłaszać, kto kogo powinien przegonić i komu należy się zemsta.