Wszyscy, od Gauleitera Tuska D., po eurowszy z Komisji Euroskurwysynów straszą nas inwazją rosyjską. Że niby jeszcze tylko ciut-ciut i już za parę dni rosyjskie kolumny pancerne ruszą na przesmyk suwalski, a potem na Paryż.
Każdy, kto się nie dał ogłupić — wie, że to bzdury. Niezwyciężona armia rosyjska od lat wali łbem o mury jakiegoś zasranego Kupiańska, czyli miasta, o którym parę lat temu pies z kulawą nogą nie słyszał — a dotarcie do niego zajęło Putinowi więcej czasu niż Stalin potrzebował na pokonanie Hitlera i dojście do Łaby. Każdy, kto wierzy w bajki o nieuchronnej wielkiej rosyjskiej inwazji Europy — ma wróbelki w głowie.
A skoro tak - to, dlaczego zarówno Tusk D. jak i eurokraci tak nas wszystkich straszą wojna i chcą wywołać wojenną histerię?
Bo oni wiedzą, że ich czas mija. Za parę miesięcy obecna kasta panująca we Francji straci władzę. Potem przyjdzie kolej na Hiszpanie i Polskę — a w końcu na Niemcy. Do roku 2028 w najważniejszych krajach Unii stary, nieudolny i skompromitowany establiszmęt może zostać poszczuty psami.
Tyle że obecna kasta rządząca wcale nie ma zamiaru władzy oddawać tylko dlatego, że wyborcy im pokażą czerwoną kartkę. W ich rozumieniu demokracja jest, wtedy gdy oni rządzą — a jeżeli wyborcy zagłosują za odsunięciem ich — to jest populizm i faszyzm.
Dlatego dla obecnie rządzącej Europą klasy politycznej niedopuszczenie do wyborów zaczyna być sprawą życia i śmierci: należy je jakoś odsunąć w czasie na bliżej nieokreśloną przyszłość — lub wręcz zlikwidować. (Duży niemiecki dziennik wprost napisał, że robienie na Islandii referendum w sprawie przynależności do Unii Europejskiej stanowi łamanie demokracji. Taki jest tok rozumowania eurowszy).
A jaki byłby najprostszy sposób na odłożenie wyborów w krajach członkowskich Unii ad calendas Graecas?
Wojna.
Gdyby tak udało się sprowokować choćby maleńką wojenkę UE z Putinem — to by można pod pozorem rosyjskiego zagrożenia wybory anulować (Nie zmienia się koni w połowie przeprawy przez rzekę! - który euroonanista to zawoła jako pierwszy?).
Dlatego eurokraci prą do wojny z Putinem — i chcą ją jakoś sprowokować. A o tym, że taki jest plan — to minister w rządzie Tuska D., Ireneusz Raś, powiedział publicznie najzupełniej otwartym tekstem:
Ireneusz Raś, wiceminister sportu i turystyki, nie wyklucza scenariusza, w którym przyszłoroczne wybory parlamentarne nie odbędą się w planowanym terminie. Polityk wskazał na możliwość eskalacji rosyjskiej agresji, która mogłaby uniemożliwić organizację głosowania.
Morał: Wiemy, strasznie ciężko jest Polakom wytłumaczyć, że zagrożenia rosyjskiego nie ma, że Putin zaatakować Polski nie ma ani zamiaru ani siły. Ale może to do kogoś w Polsce dotrze: Nie dajcie się ponieść antyrosyjskiej histerii. Są w zachodnich stolicach ludzie, którzy chcą, abyście w tę histerię wpadli. I nie są to żadni wasi sojusznicy ani ludzie dobrze wam życzący.
No to skoro pan nas już tak uspokoił to wierzymy panu na słowo. Tyle że wojny najczęściej wybuchają z zaskoczenia.
Jebaćpisowy reżim ma szczególny interes w wojnie - ukrycie trwającego rabunku kraju. Na wojnę zwali się deficyt, załamanie kursu złotego, spadek wartości nieruchomości. Będzie można wygodnie wprowadzić cenzurę czy zakazać wyjazdów z Polski.
Za wysyłanie Polaków na wojnę w formie mięsa armatniego na zlecenie mocodawców z zachodu należy się Trybunał Stanu i kula w łeb.
Pisowy reżim prowadził tę samą politykę.