Rezygnacja...
"UWAGA, uwaga, nadchodzi, Kaba 3…” Cholery można dostać z tym medialnym bełkotem nakręcającym histerię kolejnej plandemii, tym razem wojennej!
/... /
Wyrzuciłem już telefon, przeniosłem łóżko do piwnicy (i podczas alarmu włażę pod nie, no bo niby gdzie indziej mogę się ukryć?), piankami zatykam uszy przed syrenami (jak Odys woskiem), wyciągnąłem kowidową maseczkę ze schowka (bo a nuż dranie użyją gazu), myję dłonie w kościelnym denaturacie, spakowałem (jak zalecono) to co najpotrzebniejsze (cloranxen, "Poradnik bezpieczeństwa", kijek od nordic walking i dużą białą chusteczkę, dokumenty, konserwę z makreli, chleb z kiełkami, cisowiankę, papier toaletowy i procę, na wypadek gdyby dron leciał nisko)
/... /
Jednak to wszystko okazuje się być niewystarczające i będę musiał teraz zrezygnować także z netu, bo muszę się bronić przed destrukcyjnym szmyrem, wybuchem powszechnego paraliżującego lęku i totalną psychozą, w które chcą mnie wpędzić płatni kłapacze, bezkrytycznie nagłaśniający ("dla chleba panie, dla chleba" oczywiście) sensacyjne pomysły tajemniczych Dyrygentów.
Nie wiem do końca w co gra Wielka Orkiestra na naszym Tytaniku (przypuszczenia wskazują na jakiś większy przekręt: może stan wojenny w części kraju, może obcą interwencję, oczywiście w naszej obronie; może... aż strach pomyśleć), ale wiem, że nim zrozumiem w czym rzecz wpierw dostanę zupełnego świra (podrywany ze snu podobnymi do tej informacjami, że: już tylko 150 kilometrów dzieli od naszej granicy rozpędzoną ruską paralotnię, więc wystartowały natychmiast wszystkie nasze trzy samoloty i latają w kółko, zaś z przejścia granicznego ewakuowano personel obsługujący szlaban...) i prawda nie będzie mi już do niczego potrzebna, a na to sobie nie mogę pozwolić.
Mam dosyć. Przecież tyle dobra można jeszcze zdziałać wokół, chociażby modlitwą... a ja co? Bezsensownie śledzę urojony świat kreowany przez cwaniaków, szarlatanów i szaleńców...
Nie!
STOP.
Wracam do rzeczywistości.
Słowem to: kropka (nad "i"), czyli pretekst się sam narzucił.
Hejka ludziska!
Jeszcze masz okazję zaszczepić sie covid19,reklamują to w TV bo zostało kilkaset tysięcy [milionów?]
tej szprycy,którą wmusiła Urszulka von cos tam Morawieckiemu.
Po przeczytaniu Poradnika Bezpieczeństwa i w/w notki przypomniał mi się kawałek podłogi Mr. Zooba. Ponadczasowe :)
Znowu ktoś mnie podgląda
Lekko skrobie do drzwi
Strasznym okiem cyklopa
Radzi, gromi i drwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Meble już połamałem
Nowy ład zrobić chcę
Tynk ze ścian już zdrapałem
Zamurować czas drzwi!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Wielkie dzieło skończyłem
But do wyjścia mnie pcha
Prężę się i napinam
Lecz mur stoi jak stał
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
Mój jest ten kawałek podłogi
Nie mówcie mi więc, co mam robić!
youtube.com
Utrwaliło się w języku polskim, w okresie zaborów (szczególnie w Galicji) pojęcie austriackiego gadania. Ci używają wielu specyficznych słów (tzw. austriacyzmów), określając pomidory zamiast tomaten – paradeiser. Nasi ironicznie określali tak solenną, urzędowo poprawną gadaninę austriackich urzędników, która była kwiecista i długa, ale w praktyce nie przynosiła nikomu żadnego pożytku i wiedzy. Analogie – byli tacy co o zbrojeniu Niemiec za Rządu PiS nie ustawali, dzisiaj milczą o opodatkowaniu majątku, kapitału i podatku od wyjścia i dobrze , byle myśleli co robią. Bo dzisiaj „gadać” również oznacza „wróżyć”, jak to zauważył prof. Jerzy Bralczyk, wskazując słynne krakowskie kalendarze z austriackimi wróżbami. Wychowany w opiniowaniu takiego wzorca osobowego, który coś tam potrafi, przy tym trzeba go prowadzić za rączkę, twierdzę – pasuje do dnia dzisiejszego, gdy spokojnie i mądrze wybierzemy. Zdecydowanie nie dokończą tego, co zaczęli w kwietniu „austriackimi metodami".
Wracając do profesora, zawarte w kalendarzach przepowiednie rzadko się sprawdzały, były mętne, a ludzie lekceważąco kwitowali te – niepewnymi obietnicami – nie "dla chleba”, a samych sensacyjnych pomysłów tajemniczych dyrygentów, co to czekają na zmiany za wielka wodą jak kania dżdżu.