Gdy za końcowej komuny, w czasach gdy gospodarka PRL padała, pojawiali się rozmaici ministrowie — cudotwórcy, którzy wierzyli, że socjalizm można jeszcze uratować, trzeba tylko wydać taką czy inną ustawę regulującą coś tam — i wtedy wszystko zacznie działać. Trzeba tylko tej jednej ustawy lub tej jednej dodatkowej komisji kontrolnej.
Był wśród tych ministrów taki jeden — kto pamięta jeszcze jego nazwisko? - który przeszedł do historii jako "minister od chrupiących bułeczek". Uwidział sobie, że problemy na rynku i puste półki w sklepach skończą się — jeżeli on zacznie osobiście zarządzać handlem detalicznym. I jako minister zaczął pisać ustawy regulujące jak konkretnie piekarnie mają piec jakie bułeczki. Jeżeli tylko będą piec według jego dyrektyw — to kryzys zniknie.
Ano nie zniknął, bo nie da się piec bułeczek, jeżeli nie ma mąki ani prądu, czego minister nie do końca rozumiał. Tym niemniej do końca swego urzędowania, konsekwentnie pisał ustawy o tym, jak ma wyglądać zestaw produktów oferowanych przez piekarnie.
Ostatecznie żadne ustawy o chrupiących bułeczkach nie pomogły. Socjalizm musiał upaść — a odrodzenie przyszło na jego gruzach, dzięki reformie Wilczka, który nie dekretował jak piekarze mają piec — tylko pozostawił im całkowitą wolność pieczenia tego, co chcą i jak chcą.
Dzisiaj mamy do czynienia z kryzysem politycznym w Niemczech. Każdy wie, że spowodowany jest on dwoma przyczynami: Masową imigracją z Trzeciego Świata — i obłąkaną polityką gospodarczą prowadzoną przez niemieckie rządy w imię walki z Globciem. Każdy głupi wie i widzi, że sukcesy AfD są spowodowane tym, że niemiecki establiszmęt nie chce tego faktu przyjąć do wiadomości i po żadnym pozorem nie chce się zgodzić na zmianę polityki.
Tu pojawia się kanclerz Merz, który nie potrafi ogarnąć co jest praprzyczyną kryzysu niemieckiej gospodarki — a gdyby nawet ogarnął to nie może polityki zmienić, bo to by naruszało pryncypia ustrojowe — więc niczym ów minister od bułeczek wierzy, że gdy tak wyda jakąś ustawę reformującą jakiś tam wycinek rzeczywistości — to upadek Niemiec zostanie zatrzymany.
Niemcy są w pełnym kryzysie, przemysł samochodowy zwalnia setki tysięcy ludzi i zamyka fabrykę za fabryką — więc co robi Merz, żeby upadek zatrzymać?
To jest dokładnie to, co było za komuny. Rządzący mentalnie nie są w stanie przyjąć, że przyczyny kryzysu są spowodowane obłąkaną ideologią, jaka jest podstawą polityki gospodarczej. Nie mogą polityki zmienić, bo w głowie się im nie mieści, że można zakwestionować panujący ustrój. Więc zajmują się duperelami: pisaniem ustaw regulujących recepturę bułeczek. Lub ustalaniem ceny protez dentystycznych. Tak jest: Jutro kolejny koncern niemiecki wywali kolejne sto tysięcy ludzi, ale jeżeli rząd w tym czasie zmieni ustawową cenę protez dentystycznych — i wyda stosowną ustawę — to wynikające z tego oszczędności mogą zatrzymać upadek Niemiec.
Ludzie rządzący Niemcami są mentalnie na takim samym poziomie, na jakim byli komuniści rządzący Polską w latach kryzysu lat 80. Kompletnie niezdolni do ogarnięcia i zrozumienia tego, co się wokół nich dzieje.
Wodzu po co taki zabieg? Konfrontujesz wątek z polskiej niechlubnej przeszłości z niemiecką teraźniejszością? Jakby ta polska teraźniejszość była inna?