Kawiarnie były miejscem, gdzie przy jednym stoliku można było siedzieć godzinami. Gwar rozmów, stukanie filiżanek i dym papierosowy idealnie maskowały szeptane dyskusje i momenty, gdy pod stołem przekazywano sobie książki czy ulotki. Jak na to reagowaliśmy? W BWA czytaliśmy. Tam było bezpiecznie, ale nie opozycyjnie:) To był niesamowity niuans tamtych czasów – miejsce nie musiało być jawnie „opozycyjne”, żeby dawać poczucie absolutnego bezpieczeństwa i wolności. Właśnie na tym polegał geniusz tamtego pokolenia. Potrafili znaleźć i wykorzystać luki w systemie nie zawsze zdajac sobie z tego sprawę. Galerie BWA (Biuro Wystaw Artystycznych) były oficjalnymi placówkami państwowymi. Władza traktowała je jako miejsca „tylko” dla sztuki, co usypiało czujność milicji czy tajniaków. Nikt nie spodziewał się, że w sali pełnej awangardowych obrazów czy nowoczesnych rzeźb, grupa młodzieży siedzi w kącie i wertuje podziemne pisma. Tam panowała specyficzna cisza i skupienie, które idealnie sprzyjały do czytania. Przeglądanie bibuły w otoczeniu sztuki współczesnej tworzyło niesamowity, wręcz filmowy klimat. Sztuka dawała alibi, a przestrzeń galerii – zapewniała święty spokój. Czy przy „kiełkowaniu wolności” potrzeba było normalnej, kulturalnej przestrzeni, w której nikt nikt nie patrzył im przez ramię ani nie kontrolował myśli?
Czy pracownicy tamtego BWA domyślali się, co robimy, i po cichu przymykali na to oko, tworząc z nami bezpieczną przestrzeń? Siedząc w kawiarniach nie, ale w BWA, uciekliśmy za furtkę ogrodu kultury. Paradoksalnie tam wybraliśmy trud, ryzyko i niewygodną prawdę z „bibuły” zamiast słodkiego, otumaniającego snu, jaki oferowała władza. Prawie rozumieliśmy to, co napisał Carlo Collodi: że życie w krainie wiecznej, bezrefleksyjnej zabawy i ułudy kończy się zamianą w osła – istotę pozbawioną własnego głosu, zdatną jedynie do ciężkiej pracy na rzecz cudzego systemu.
Ucieczka z takiej krainy zawsze wymagała odwagi, wiąże się z opuszczeniem stada. Wymaga owych „czystych butów i wyprasowanego ubrania” – czyli wewnętrznej dyscypliny i wierności zasadom, które wynieśliście z domów i od mądrych nauczycieli.
Właśnie czytamy rodzinnie, wakacyjnie Pinokia... :)
I przed chwilą skończyliśmy lekturę.. A syn jako dobry chłopiec robi mi właśnie ice-tea swojej receptury :)
To jest ten cudowny szczególny rodzaj szczęścia:)
Czy trafiła Pani na Wydanie „Pinokia” z ilustracjami Jana Marcina Szancera? Moim zdaniem to wydanie doskonale wpisuje się w fenomen, w którym kultura potrafiła przemycać „kiełki wolności”.
Szancer, otworzył krainę baśni Collodiego, dał dzieciom i rodzicom coś zupełnie innego w tamtych mrocznych czasach: Świat poezji, koloru i nieskrępowanej wyobraźni.
Z przyrzeczeniem poprawy pozdrawiam serdecznie:)