Jedną z największych słabości współczesnej polskiej polityki nie jest ani gospodarka, ani migracja, ani Zielony Ład, ani nawet wojna kulturowa. Największym problemem jest coś znacznie bardziej podstawowego: coraz większa część uczestników debaty publicznej przestała odróżniać rzeczywistość od własnej narracji. I nie chodzi tu wyłącznie o jedną stronę politycznego sporu. To choroba ogólnopolska. Jednak na prawicy przybiera ona dziś szczególnie niebezpieczną postać, ponieważ coraz częściej prowadzi nie do zdobywania nowych wyborców, lecz do utwierdzania własnych zwolenników w przekonaniu, że cały świat jest przeciwko nim. Mechanizm jest prosty. Najpierw pojawia się jakieś wydarzenie. Potem natychmiast zostaje ono wpisane w gotową opowieść. Jeżeli fakty nie pasują do opowieści, tym gorzej dla faktów.
W ostatnich dniach można było obserwować to na przykładzie wydarzeń w Berlinie. Z nagrań wynika, że uczestnicy zgromadzenia mogli składać kwiaty, śpiewać pieśni patriotyczne i oddawać hołd ofiarom. Spór rozpoczął się dopiero w momencie próby wykonania działań, na które nie było zgody organizacyjnej i przed którymi policja wcześniej ostrzegała. Można oczywiście dyskutować, czy niemieckie przepisy są rozsądne. Można uważać, że decyzje władz Berlina były głupie. Można nawet twierdzić, że niemiecka policja użyła zbyt dużej siły. Ale zamiast dyskusji o faktach natychmiast pojawiła się gotowa opowieść: „Niemcy biją Polaków”. W tej narracji nie ma już miejsca na pytania. Czy organizatorzy znali warunki zgromadzenia? Czy policja wcześniej wydawała polecenia? Czy uczestnicy świadomie złamali zakaz? Czy podobnie zachowałaby się policja w innych krajach? Nie ma znaczenia. Liczy się wyłącznie emocjonalny obraz.
Jeszcze ciekawsze jest to, że wielu ludzi, którzy dziś bronią prawa do ignorowania policyjnych poleceń w Berlinie, domagałoby się natychmiastowej interwencji policji, gdyby identyczną metodę zastosowała grupa przeciwników politycznych. To właśnie klasyczna hipokryzja plemienna. Prawo jest dobre wtedy, gdy uderza w przeciwnika. Prawo jest opresją wtedy, gdy dotyka naszych. Policja jest potrzebna wtedy, gdy rozpędza tamtych. Policja jest faszystowska wtedy, gdy zatrzymuje naszych. Ta sama sytuacja oceniana jest całkowicie inaczej wyłącznie dlatego, że zmieniają się bohaterowie.
Problem polega na tym, że zwykli wyborcy to widzą. I właśnie tutaj dochodzimy do największego strategicznego błędu współczesnej prawicy. Prawica od lat przekonuje samą siebie, że przegrywa dlatego, że przeciwnicy mają media, pieniądze, wpływy i zagraniczne wsparcie. I jest to prawda, ale znacznie rzadziej zadaje sobie pytanie, dlaczego mimo wszystkich błędów rządu, mimo licznych kontrowersji i mimo społecznego zmęczenia wciąż nie potrafi przekonać wielu umiarkowanych wyborców.
Odpowiedź jest brutalna, bo umiarkowany wyborca nie chce żyć w nieustannym stanie oblężenia. Nie chce codziennie słyszeć o reżimach, okupacjach, gauleiterach, zdradach narodowych, Norymbergach, niemieckich agentach i końcu cywilizacji. Nie dlatego, że kocha Tuska. Nie dlatego, że kocha Unię Europejską. Nie dlatego, że nie widzi problemów. Po prostu większość ludzi chce normalności. Chce wiedzieć, kto naprawi służbę zdrowia. Kto poprawi energetykę. Kto zbuduje drogi. Kto zapewni bezpieczeństwo. Kto ma plan na gospodarkę. Tymczasem znaczna część debaty po prawej stronie coraz częściej przypomina internetową wojnę emocji. Każde wydarzenie staje się dowodem spisku. Każda porażka potwierdzeniem teorii. Każda krytyka zdradą. Każdy sceptyk agentem. Każdy umiarkowany wyborca „pożytecznym idiotą”.
Problem polega na tym, że w ten sposób można budować bardzo lojalny elektorat, ale nie można budować większości. Polityka nie polega na przekonywaniu tych, którzy już są przekonani. Polityka polega na zdobywaniu ludzi niezdecydowanych a niezdecydowany wyborca, widząc niekończące się wojny plemienne, coraz częściej dochodzi do prostego wniosku:
„Jeżeli alternatywą dla obecnej władzy jest permanentna histeria, to może jednak lepiej zostać przy tym, co jest”.
To właśnie dlatego tak wielu komentatorów prawicy nie zauważa, że ich największym przeciwnikiem nie jest dziś Koalicja Obywatelska. Największym przeciwnikiem jest własny sposób prowadzenia debaty. Można mieć rację w wielu sprawach. Można trafnie diagnozować problemy. Można wskazywać realne zagrożenia a jednocześnie skutecznie odstraszać ludzi formą, językiem i emocjami. I właśnie dlatego największym sojusznikiem obecnej władzy nie musi być propaganda, media czy polityczni spin doktorzy. Największym sojusznikiem może być część jej przeciwników, którzy każdą dyskusję zamieniają w moralną apokalipsę, każdą różnicę zdań w zdradę, a każdy fakt niepasujący do narracji w kolejny dowód spisku.
Jeżeli ten trend będzie się pogłębiał, to druga kadencja Koalicji Obywatelskiej nie będzie skutkiem jej wielkich sukcesów. Będzie skutkiem niezdolności części prawicy do zrozumienia, że wybory wygrywa się nie tylko racją, ale również wiarygodnością. A wiarygodność zaczyna się tam, gdzie kończy się plemienna ślepota.
Wytłumaczę istotę problemu, który poruszyłeś. Ta plemienna wojna na symbole, narracje i personalia musi być taka, jaką widzimy, bo w istocie jest to wojna wewnątrz obozu socjalistycznego. Oni się jak ognia boją debaty merytorycznej, ekonomicznej, ideowej, więc ją przemilczają i zajmują się tylko kwestiami drugorzędnymi, ale za to rozpalającymi tłum.
W Polsce nie ma wojny o idee ani o ustrój gospodarczy. Jest wojna dwóch plemion socjaldemokratycznych, które różnią się tylko dekoracją historyczno‑tożsamościową. Zarówno PiS, jak i KO przyjmują bez zająknięcia keynesowski etatyzm: wysokie podatki, masową redystrybucję, państwową inżynierię społeczną. Ich spór to licytacja na personalia i na to, kto przejmie kontrolę nad służbami i resztą aparatu przymusu. Każdy kolejny rząd w Polsce pod względem gospodarczym był gorszy od poprzedniego, bardziej psuł biznes i czynił destrukcję w ekonomii. Prawdziwego sporu o ograniczenie państwa i wolność gospodarczą po prostu nie ma.
Dlatego trzeba na maksa popierać Konfederację, a w szczególności Ruch Narodowy Bosaka, bo to jedyne ugrupowanie, które wprowadza w Polsce debatę merytoryczną, ekonomiczną, geopolityczną. Możesz się z ich poglądami nie zgadzać, ale tylko z nimi ma sens polemika, bo cała reszta, i KO, i PiS, zakrzyczą Cię mało znaczącymi pierdołami, typu gdzie ma stać krzyż.
Jest sporo racji w Twojej diagnozie, że polska debata jest dramatycznie odklejona od spraw rozwojowych. Wystarczy spojrzeć na ostatnie lata. Kraj zadłuża się na setki miliardów, mamy gigantyczne wyzwania energetyczne, demograficzne, infrastrukturalne, technologiczne, a główne emocje polityczne krążą wokół kolejnych awantur personalnych, historycznych i symbolicznych.
Nie jestem jednak przekonany, że Konfederacja rzeczywiście wypełnia tę lukę tak skutecznie, jak twierdzisz. Owszem, jej politycy częściej niż inni poruszają tematy gospodarcze, fiskalne czy regulacyjne. Problem polega na tym, że gdy dostają szansę od mediów lub własnego elektoratu, równie często centrum przekazu stają się sprawy światopoglądowe, historyczne albo kolejne konflikty kulturowe. Gdyby gospodarka była rzeczywiście osią debaty całej prawicy, trudno byłoby znaleźć wyborcę, który nie zna zadymiarza Bąkiewicza, a łatwo znaleźć takiego, który nie ma pojęcia o szczegółach polityki przemysłowej, energetycznej czy inwestycyjnej.
Po trzecie, moim zdaniem największy problem jest jeszcze głębszy. Polska polityka coraz rzadziej pyta jak zwiększyć produktywność gospodarki? Jak zatrzymać katastrofę demograficzną? Jak zbudować nowoczesną energetykę? Jak finansować rozwój infrastruktury albo jak zwiększyć innowacyjność polskich firm? Zamiast tego pyta kto kogo obraził? Kto komu postawił krzyż? Kto jest bardziej patriotyczny? Kto jest bardziej europejski a kto jest zdrajcą?
Kiedy pojawiła się ponadpartyjna inicjatywa z udziałem różnych środowisk w sprawie CPK, można było odnieść wrażenie, że przez chwilę wracamy do rozmowy o rozwoju państwa. Nie o tym, kto kogo lubi, ale o tym, jakiej infrastruktury Polska potrzebuje za 20 czy 30 lat. I właśnie takie dyskusje powinny dominować.
Mam jednak wrażenie, że niezależnie od tego, kto rządzi, coraz mniej rozmawiamy o tym, jak Polskę rozwijać, a coraz więcej o tym, kogo aktualnie należy kochać albo nienawidzić.
Ale przecież Bąkiewicz to zadymiarz PiSu-! Jakich zadymiarzy ma Konfederacja?
Ja zawsze to piszę Kuźmiukowi...a tu zaraz wkleję filmik.
W galerii nie idzie...to tu!
youtu.be
No to ładnie nabroiłeś Ijon.
Zaraz się tutaj odezwą pisowskie ciemne blondynki i napiszą, że ten Mazurek to jeszcze głupszy ode mnie jest, bo pod wczorajszym tekstem napisałem dokładnie tak:
PiS dostaje na tacy aferę w służbie zdrowia zwaną "ośmiorniczki 2.0" po której Tusk poci się na konferencji prasowej jak Chlebowski. I co robi zamiast to wykorzystać? Przykrywa to grzaniem tematu o ewidentnej prowokacji zadymiarza z krzyżem w Berlinie. Jak to nie jest szykowanie drugiej kadencji dla Tuska, to co to jest?
Niestety do pisowskich blondynek kolejny raz nie dotarło.