Nie myśleć o śmierci znaczy nie dotykać najgłębszej prawdy o ludzkim istnieniu. Śmierć nie jest jedynie biologicznym faktem ani kresem funkcji życiowych; jest horyzontem, który nadaje sens całemu życiu. To ona odsłania jego skończoność, kruchość i nieodwołalność. Gdy usuwa się ją z pola świadomości, zaciera się również pytanie o to, co przekracza człowieka — o Boga.
Refleksja nad śmiercią rodzi bowiem pytanie metafizyczne: czy kres jest ostateczny, czy też stanowi przejście? A jeśli przejście — to ku czemu? W tym miejscu pojawia się kwestia Boga nie jako elementu tradycji czy przekazu religijnego, lecz jako odpowiedzi na dramat skończoności. Myślenie o śmierci jest więc zarazem myśleniem o Absolucie.
Współczesna kultura zdaje się jednak oswajać śmierć poprzez jej językowe rozmycie. Nie mówi się, że ktoś umarł — mówi się, że „odszedł”. Eufemizm łagodzi ciężar faktu, ale zarazem oddala jego egzystencjalną powagę. Człowiek współczesny żyje tak, jakby śmierć była abstrakcją, odległym zdarzeniem, które nie dotyczy teraźniejszości. Świadomość kresu zostaje wyparta przez intensywność chwili.
A przecież to właśnie świadomość śmierci odróżnia człowieka od zwierzęcia. Zwierzę może odczuwać zagrożenie, lecz nie antycypuje własnego kresu w perspektywie sensu. Człowiek natomiast potrafi uprzedzić śmierć w myśli, uczynić ją przedmiotem refleksji. Ta zdolność rodzi niepokój, ale i nadzieję. Niepokój — bo uświadamia przemijalność; nadzieję — bo prowokuje pytanie o to, czy przemijalność jest wszystkim.
Historia kultury jest świadectwem tej właśnie niezgody na czystą nicość. Grobowce, piramidy, rytuały pogrzebowe — wszystko to wyraża przekonanie, że śmierć domaga się sensu. Człowiek nie potrafi przejść obojętnie wobec własnej skończoności. Jeśli jednak przestaje o niej myśleć, ulega złudzeniu trwałości chwili. Chciałby zatrzymać moment spełnienia, powtórzyć za Faustem: „Trwaj, chwilo, jesteś piękna!”. Lecz chwila nie trwa — a jej absolutyzacja staje się ucieczką przed pytaniem o ostateczność.
Gdy znika pytanie o Boga, znika również obiektywny punkt odniesienia dla dobra i zła. Pozostaje wola, interes, siła. Zasada „wszystko wolno” nie jest już prowokacją literacką, lecz realną możliwością antropologiczną. Jeśli nie istnieje żadna instancja przekraczająca człowieka, wówczas człowiek sam staje się miarą wszystkiego — także innych ludzi. A to otwiera drogę do ich uprzedmiotowienia.
Zapomnienie o Bogu nie musi oznaczać natychmiastowej przemocy; oznacza jednak stopniową erozję fundamentu, na którym opiera się godność osoby. Jeśli człowiek jest jedynie przypadkowym wytworem procesów biologicznych, łatwo sprowadzić go do funkcji, użyteczności, produktywności. W takim świecie zniewolenie nie musi przybierać formy jawnej — może być systemowe, ekonomiczne, kulturowe.
Dlatego refleksja nad śmiercią nie jest pesymizmem ani mroczną obsesją. Jest aktem odwagi intelektualnej. To ona chroni człowieka przed redukcją do czystej teraźniejszości i przed iluzją samowystarczalności. Myśleć o śmierci to pytać o sens; pytać o sens to otwierać się na Transcendencję.
Jeśli człowiek przestaje stawiać to pytanie, ryzykuje utratę nie tylko wiary, lecz także własnej głębi. A wraz z nią — własnego człowieczeństwa.