Polityka zagraniczna: czas dekoniunktury

Wyraźnie widać, że nasza polityka zewnętrzna od kilkunastu miesięcy jest bierna. Polska w dużej mierze reaguje tylko na wydarzenia i to przeważnie dołączając się do innych, dużych państw, do tzw. europejskiego mainstreamu - głównego nurtu UE. Bardzo rzadko kiedy kreuje wydarzenia. A to za mało. Tak może funkcjonować, przy całym szacunku, mała Łotwa czy np. Słowenia, podczas której prezydencji Unię w wielu krajach reprezentowali... Francuzi (Lublana ma za małą kadrę dyplomatyczną). Ale nie państwo z takim potencjałem demograficznym i politycznym, jak Polska.

Ta aktywność Polski na arenie międzynarodowej i - podkreślam - realizowanie własnych koncepcji zgodnych z polskim interesem narodowym oraz uzyskiwanie dla nich poparcia wśród innych krajów członkowskich UE jest niezbędne choćby z jednego powodu. Mamy bowiem do czynienia z załamaniem dobrej dla Rzeczypospolitej koniunktury zewnętrznej. Obiektywnie biorąc Polska była bardziej "potrzebna" kilka lat temu, gdy zaczynała się interwencja USA w Iraku, a nasz kraj był największym - obok Wielkiej Brytanii - sojusznikiem Waszyngtonu w Europie. Jeszcze gdy poprzednia republikańska administracja rozpoczęła projekt tarczy antyrakietowej znaczenie Polski było jeśli nie kluczowe, to przynajmniej wielce istotne. W tej amerykańskiej grze Rzeczpospolita była niezbędna.

Ale to już przeszłość. Prezydent Obama ma już inne priorytety. Dwa główne to Bliski Wschód oraz sytuacja w Iranie. I tu tworzy się niespodziewanie wspólny mianownik amerykańsko-rosyjski. Biały Dom chce wsparcia Moskwy nie bez kozery: Rosja jest jednym z niewielu krajów, które przyjmują oficjalne wizyty... Hamasu, ale też długi czas broniła Teheranu na forum Rady Bezpieczeństwa. Zagwarantowanie sobie w obu tych kwestiach choćby neutralności ze strony Kremla pozwoliłoby USA na rozwinięcie skrzydeł i zwiększyłoby szansę na pierwsze międzynarodowe sukcesy Obamy.Jest jeszcze jedna rzecz, która pracuje na rzecz zbliżenia Waszyngtonu i Moskwy: przedłużenie traktatu Start I - o ograniczeniu głowic nuklearnych dalekiego zasięgu. Jego obowiązywanie kończy się za 9,5 miesiąca. A rozbrojenie w tym obszarze będzie się podobać nie tylko pacyfistycznej w dużej mierze amerykańskiej opinii publicznej, ale też ze względów oczywistych ekonomicznym doradcom Baracka Husseina Obamy. Z tych samych powodów będzie to korzystne dla budżetu Rosji - kraju, w którym okręty wojenne nie wypływają ostatnio z portów na ćwiczenia w ramach... oszczędności.

Dekoniunktura dla polskiej polityki zagranicznej ma też jeszcze jedną, tradycyjną zresztą, historyczną twarz: twarz Rapallo, porozumienia rosyjsko-niemieckiego ponad głowami Polski. To dzieje się od czasów kanclerza Schroedera i choć zostało zastopowane w pierwszych miesiącach rządów kanclerz Merkel, dziś wraca ze zdwojoną siłą. Berlin ma tu dodatkowy atut: usiłuje zbić polityczny kapitał na pośrednictwie, byciu pomostem między Kremlem a Białym Domem. A to nie wróży nam nic dobrego.

Tak na marginesie: zmiana kursu polskiej polityki wobec Berlina za rządu Tuska nie przyniosła nam - pozornie tylko paradoksalnie - żadnych korzyści. W trzech sprawach, na których Polsce naprawdę zależało Niemcy nam nie pomogły :

1) idea umieszczenia siedziby Europejskiego Instytutu Technologicznego we Wrocławiu - Berlin poparł... Budapeszt, 2) oprotestowywane przez stronę polską muzeum "wypędzonych" powstanie jednak w stolicy Niemiec, ba - będzie finansowane przez budżet RFN!, 3) pakiet klimatyczno-energetyczny okazał się znacznie korzystniejszy dla krajów "starej Unii" niż "nowej UE", mimo propagandowej wizyty Merkel w Warszawie.

Wynika z tego jeden wniosek: w relacjach z Polską Berlin zachowuje się zgodnie z maksymą Józefa Piłsudskiego - bierze, ale nie kwituje. Zachwyty Sikorskiego nad tą reorientacją polskiej polityki wydają się więc robieniem dobrej miny do złej gry.

Polska w polityce międzynarodowej jest dziś jak samochód, który zmienia nawierzchnię z drogi krajowej i gładkiego asfaltu na wertepy. Przejechać można, ale będzie trudniej. Problem w tym, że kierowca polskiego auta dalej myśli, że mknie gładką szosą i uparcie nie dostrzega problemów. A do tego wcześniej zatankował nie to paliwo, co trzeba. Tym bardziej teraz należy pasażerów auta traktować poważnie i nie opowiadać im bajek o tym, że mkniemy trasą Formuły 1 i w bolidzie Ferrari.

A w ogóle to szkoda tego naszego, polskiego auta. Można się tylko pocieszyć, że kiedyś nastąpi zmiana kierowcy, a wertepy nie są dożywotnim polskim przeznaczeniem.

(Pełny tekst artykułu, który ukazał się w dzisiejszym wydaniu "Polska The Times" pt. "W polityce zagranicznej frazesy nie zastąpią konkretnych czynów")

 

 

 

 

Polska jest szóstym co do wielkości krajem Unii Europejskiej i jako w miarę duże państwo, w dodatku największe spośród 12 krajów, które dołączyły do UE w ostatnich 5 latach powinna brać czynny udział w międzynarodowej rozgrywce politycznej. W czasie debaty na temat polskiej polityki zagranicznej, która właśnie co odbyła się w Sejmie minister Sikorski usiłował przekonać wszystkich, że tak właśnie jest. Mnie nie przekonał. Frazesy nie zastąpią czynów. Retoryka nie przemieni się nagle w konkretne działanie, nawet jeśli szef MSZ pocałuje w usta żabę: piękna królewna zamieniona w ropuchę stanowczo jest z innej bajki.