30 października br. policja weszła na teren Trybunału Konstytucyjnego. Przed budynkiem zgromadzili się protestujący, a wewnątrz rozegrały się wydarzenia bez precedensu. Osoba wybrana w marcu przez Sejm na stanowisko sędziego TK podjęła działania zmierzające do odsunięcia od wykonywania obowiązków prezesa Bogdana Święczkowskiego i wiceprezesa Bartłomieja Sochańskiego, po czym, powołując się na przepisy o zastępowaniu prezesa, ogłosiła przejęcie jego obowiązków. Rozpoczął się spór o legalność tych działań, któremu towarzyszą kordon policji, protesty i wzajemne oskarżenia o naruszenie prawa.
W całym tym zamieszaniu umyka jednak kwestia podstawowa. Powstaje pytanie, czy osoba, która ogłosiła przejęcie obowiązków prezesa Trybunału, w ogóle skutecznie objęła urząd sędziego TK? Bo jeżeli nie, to na jakiej podstawie miałaby wykonywać obowiązki prezesa? Warto przyjrzeć się przepisom. A nie są szczególnie skomplikowane. Otóż procedura prowadząca do objęcia urzędu sędziego Trybunału Konstytucyjnego jest dwuetapowa. Nie wynika to z politycznych interpretacji ani z prawniczych spekulacji, lecz z obowiązujących regulacji konstytucyjnych i ustawowych.
Pierwszym etapem jest wybór przez Sejm. Zgodnie z art. 194 ust. 1 Konstytucji RP sędziów Trybunału Konstytucyjnego wybiera indywidualnie Sejm na dziewięcioletnią kadencję. Wybór ten jest aktem konstytucyjnym, ale nie oznacza jeszcze nawiązania stosunku służbowego ani rozpoczęcia wykonywania obowiązków sędziego.
Drugim etapem jest złożenie ślubowania wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej. Obowiązek ten wynika wprost z art. 4 ust. 1 ustawy z 30 listopada 2016 r. o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego. A art. 5 tej samej ustawy stanowi jednoznacznie: „Stosunek służbowy sędziego Trybunału nawiązuje się po złożeniu ślubowania”.
Trudno o przepisy bardziej klarowne. Ustawodawca rozdzielił wybór przez Sejm od nawiązania stosunku służbowego i ustanowił ślubowanie, jako warunek konieczny tego drugiego skutku prawnego. Nie wystarczy zatem zostać wybranym. Aby objąć urząd w znaczeniu służbowym i rozpocząć wykonywanie obowiązków sędziego TK, trzeba jeszcze skutecznie złożyć ślubowanie!
Co więcej, art. 4 ust. 2 Ustawy przewiduje, że odmowa złożenia ślubowania jest równoznaczna ze zrzeczeniem się stanowiska sędziego Trybunału. A więc ślubowanie nie jest tylko grzecznościowym gestem wobec głowy państwa. Jest czynnością o charakterze konstytutywnym, z którą wiążą konkretne skutki - nawiązanie stosunku służbowego. Ustawa wskazuje również jednoznacznie, wobec kogo ślubowanie ma zostać złożone. Nie wobec Marszałka Sejmu, nie wobec zgromadzonych parlamentarzystów, nie wobec kolumn Sali Kolumnowej ani ścian gabinetu marszałkowskiego. Ślubowanie ma być złożone wobec Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.
Tymczasem kilka osób wybranych przez Sejm na stanowiska sędziów TK złożyło ślubowanie podczas uroczystości w Sali Kolumnowej Sejmu. Uczestnicy ceremonii odczytali przewidziane ustawą roty, podpisali dokumenty i uznali, że obowiązek został dopełniony. Ale Prezydenta przy tym nie było.
Można powiedzieć, że wynaleziono nową instytucję prawną: zdalne ślubowanie. Zdalne nie w znaczeniu połączenia audiowizualnego, lecz ślubowanie wobec osoby, która w ogóle nie uczestniczy w tej czynności. W efekcie zwolennicy takiej interpretacji utrzymują, że ślubowanie zostało skutecznie złożone wobec Prezydenta mimo jego nieobecności. Problem nie dotyczy więc tego, czy Sejm miał prawo wybrać te osoby na stanowiska sędziów TK. Dotyczy tego, czy po dokonaniu wyboru został spełniony drugi, wymagany ustawą etap procedury.
W mojej skromnej ocenie sformułowanie „wobec Prezydenta” oznacza konieczność jego rzeczywistego udziału w czynności ślubowania. Prezydent nie jest przy tym urzędnikiem sporządzającym protokół ani notariuszem poświadczającym podpis. Jest osobą, wobec której ustawa nakazuje złożyć ślubowanie. Nie chodzi o przyznanie Prezydentowi prawa do zatwierdzania wyboru dokonanego przez Sejm. Chodzi o to, że ustawodawca określił czynność, której skuteczne dokonanie warunkuje nawiązanie stosunku służbowego sędziego TK. Jeżeli ślubowanie złożone pod nieobecność Prezydenta nie spełnia wymogu ustawowego, konsekwencja jest jednoznaczna: nie nastąpiło nawiązanie stosunku służbowego sędziego TK. A bez nawiązania tego stosunku nie ma podstaw do rozpoczęcia wykonywania obowiązków sędziowskich, tym bardziej zaś do korzystania z kompetencji związanych z kierowaniem Trybunałem.
I tutaj dochodzimy do pewnej całkowicie fikcyjnej sytuacji, która może pomóc zrozumieć konsekwencje interpretacji zgodnie, z którą złożenie ślubowania „wobec” określonej osoby nie wymaga jej obecności. Tę sytuację nazwiemy ‘Samozwańcza żona’.
Otóż był sobie młody mężczyzna. Przystojny, zamożny, dobrze wychowany. Miał właściwie wszystko, czego można oczekiwać od idealnego kandydata na męża. Nic więc dziwnego, że zwrócił uwagę pewnej niemłodej już damy, która od dłuższego czasu poszukiwała odpowiedniego partnera. Najchętniej bogatego. Problem polegał na tym, że młodzieniec nie wykazywał najmniejszego zainteresowania kandydatką. Nie zamierzał się żenić, a już na pewno nie z nią. Dama nie należała jednak do osób, które łatwo rezygnują z raz obranego celu. Uparcie szukała sposobu, jak go zdobyć.
I oto pewnego dnia przeczytała o niezwykłym wydarzeniu w polskim Sejmie. Dowiedziała się, że osoby wybrane na stanowiska sędziów Trybunału Konstytucyjnego złożyły ślubowanie wobec Prezydenta Rzeczypospolitej, chociaż Prezydenta przy tym nie było. Ślubowanie odbyło się w Sali Kolumnowej Sejmu. Przyszli sędziowie wypowiedzieli przewidziane ustawą słowa, podpisali stosowne dokumenty i uznali, że obowiązek został dopełniony. Nasza dama doznała olśnienia! Skoro można złożyć ślubowanie wobec nieobecnego Prezydenta, dlaczego nie można złożyć przysięgi małżeńskiej wobec nieobecnego narzeczonego?
W końcu zdalne ślubowanie to zdalne ślubowanie. A skoro w jednym przypadku nieobecność osoby wskazanej przez ustawę nie stanowi przeszkody, to dlaczego miałaby stanowić w drugim? Nie zwlekając długo, udała się do urzędu stanu cywilnego. Stanęła przed stołem prezydialnym, poprawiła fryzurę, wyjęła kartkę i uroczyście oświadczyła, że bierze upatrzonego młodzieńca za męża. Przyrzekła mu miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Na koniec podpisała przygotowany wcześniej dokument. Ceremonia przebiegła bez zakłóceń. Nie było wprawdzie pana młodego. Ale był stół i sala urzędu stanu cywilnego, była przysięga i była niezłomna wola zawarcia małżeństwa. A przecież w Sali Kolumnowej Sejmu też wystarczyły tylko kolumny i wola.
Uradowana dama wróciła do domu i zaczęła przygotowania do przeprowadzki do rezydencji świeżo poślubionego małżonka. W końcu małżeństwo oznacza nie tylko wspólnotę uczuć, ale także określone skutki prawne, w tym majątkowe. Młodzieniec, dowiedziawszy się o swoim nowym stanie cywilnym (sic), zaprotestował. Ależ ja nie zawarłem żadnego małżeństwa! Nawet mnie tam nie było! To bez znaczenia - odparła dama Prezydenta też w Sali Kolumnowej nie było, a ślubowanie uznano za złożone. Przecież nie można zawrzeć małżeństwa z kimś, kto nie uczestniczy w ceremonii! Doprawdy? A gdzie jest napisane, że ściana urzędu stanu cywilnego jest mniej godnym świadkiem niż kolumny sejmowe? Młodzieniec próbował tłumaczyć, że małżeństwo wymaga zgodnych oświadczeń obojga przyszłych małżonków, złożonych w przewidzianym prawem trybie. Ach, te formalności! Westchnęła dama. Najważniejsza jest przecież moja wola. W Sali Kolumnowej też była wola polityczna. A skoro ja złożyłam przysięgę zgodnie z moją wolą, to jestem żoną!
Można oczywiście powiedzieć, że zawarcie małżeństwa i objęcie urzędu sędziego TK to dwie różne instytucje prawne. I będzie to prawda. Łączy je jednak jedna zasadnicza kwestia: jeżeli ustawa określa warunki, od których zależy powstanie określonego skutku prawnego, to samo wypowiedzenie przewidzianych słów nie zastępuje spełnienia tych warunków.
W przypadku małżeństwa konieczne są zgodne oświadczenia obojga przyszłych małżonków. W przypadku ślubowania sędziego TK ustawa wymaga złożenia go wobec Prezydenta RP. Prezydent nie wyraża przy tym zgody na wybór sędziego, ale jego udział w czynności ślubowania jest, w świetle przedstawionej wykładni, niezbędny do jej skutecznego dokonania.
Nasza bohaterka może więc nadal uważać się za żonę bogatego młodzieńca. Może zamówić wizytówki z jego nazwiskiem, urządzić przyjęcie weselne, a nawet ogłosić światu, że od tej chwili będzie zarządzać jego majątkiem. Nie sprawi to jednak, że zostanie żoną młodzieńca, któremu wobec ścian urzędu stanu cywilnego składała przysięgę.
I tu wracamy do Trybunału Konstytucyjnego. Czy osoby, które złożyły ślubowanie w Sali Kolumnowej Sejmu pod nieobecność Prezydenta RP, nawiązały stosunek służbowy sędziego TK? Pytanie jest zasadne, bo przecież art. 5 ustawy o statusie sędziów Trybunału Konstytucyjnego uzależnia nawiązanie tego stosunku od złożenia ślubowania, a art. 4 ust. 1 określa jednoznacznie, wobec kogo ślubowanie ma zostać złożone.
Nie bez znaczenia jest również to, że zgodnie z art. 194 ust. 2 Konstytucji RP Prezesa Trybunału Konstytucyjnego powołuje Prezydent Rzeczypospolitej Polskiej spośród kandydatów przedstawionych przez Zgromadzenie Ogólne Sędziów Trybunału. Oczywiście przepisy ustawowe przewidują także zastępowanie prezesa. Jednak korzystanie z tych przepisów wymaga uprzedniego posiadania statusu sędziego uprawnionego do urzędowania.
A właśnie ten status jest przedmiotem zasadniczego sporu. W mojej ocenie osoby, które złożyły ślubowanie w Sali Kolumnowej pod nieobecność Prezydenta RP, nie spełniły ustawowego wymogu określonego w art. 4 ust. 1 ustawy o statusie sędziów TK. W konsekwencji nie nastąpiło nawiązanie stosunku służbowego, o którym mowa w art. 5 tej ustawy. Jeżeli ta wykładnia jest prawidłowa, to powoływanie się przez taką osobę na przepisy dotyczące zastępowania Prezesa TK nie może stanowić skutecznej podstawy do wykonywania jego obowiązków.
I właśnie na tym polega podobieństwo do naszej samozwańczej żony. Ona również była przekonana, że skoro złożyła przysięgę, to może korzystać ze wszystkich praw małżonki. Była nawet gotowa przejąć zarządzanie majątkiem świeżo poślubionego, przynajmniej w jej przekonaniu, męża. Tyle tylko, że jej przekonanie nie wywołuje skutków prawnych. Nie może więc wygrać sprawy o wspólnotę majątkową i puścić z torbami bogu ducha winnego człowieka. Bo to, że złożyła przysięgę małżeńską wobec ścian urzędu stanu cywilnego, nie znaczy, że zawarła małżeństwo. Ale to chyba wszyscy rozumieją.
Zastanawiam się tylko, jak to się dzieje, że część ludzi nie dostrzega podobnego problemu w składaniu ślubowania „wobec Prezydenta”, bez obecności Prezydenta. A jest ich, niestety wiele. Bo jeżeli do skutecznego złożenia ślubowania wystarczy sama wola składającego, odpowiednia formuła i obecność elementów architektonicznych, to może rzeczywiście nasza dama powinna spróbować dochodzić swoich praw? W końcu miała wszystko, co potrzebne do zdalnego ślubu. Choć nie, zabrakło pana młodego.
Ach, cóż to jest pan młody wobec niezłomnej woli panny młodej? Ot, drobny szczegół proceduralny, którego brak nie powinien przecież stać na przeszkodzie tak doniosłemu wydarzeniu jak zawarcie małżeństwa!
Uwaga: Przedstawiona w felietonie historia samozwańczej żony jest fikcją literacką, służącą wyłącznie satyrycznemu zilustrowaniu przedstawionego problemu prawnego. Jej bohaterowie nie stanowią portretów konkretnych osób realnych. Oceny dotyczące wydarzeń w Trybunale Konstytucyjnym są natomiast opiniami autora, opartymi na przedstawionej wykładni przepisów prawa.