Pamiętacie mój wcześniejszy wpis „Prawica śpi, a polityka dzieje się naprawdę”? Wygląda na to, że absolutnie nic się nie zmieniło. No, może poza tym, że prawica zaczęła właśnie świętować zwycięstwo, którego skutków jakoś nie widać. A to już jest osiągnięcie samo w sobie: można przegrać bitwę, oddać przeciwnikowi pozycje, a potem urządzić fetę z okazji odniesionego sukcesu. W polskiej polityce wszystko jest możliwe, szczególnie kiedy rzeczywistość przeszkadza w dobrym samopoczuciu.
Zaczęło się od wydarzeń w Trybunale Konstytucyjnym. Anna Korwin-Piotrowska, której status sędziego TK jest kwestionowany przez prezydenta, postanowiła przejąć kierowanie Trybunałem. Wystarczyło zarządzenie, na mocy którego prezes Bogdan Święczkowski i jego zastępca Bartłomiej Sochański zostali odsunięci od wykonywania obowiązków. W ten sposób osoba, której prawo do zajmowania miejsca w Trybunale jest przedmiotem zasadniczego sporu konstytucyjnego, zaczęła wydawać decyzje dotyczące jego funkcjonowania.
I wtedy na scenę wkroczył prezydent Karol Nawrocki. Przerwał podróż do Senegalu, zawrócił samolot, skonsultował sytuację z pierwszym prezesem Sądu Najwyższego Zbigniewem Kapińskim, po czym pojawił się nocą w Trybunale. Były mocne słowa, stanowcze deklaracje, kamera, mikrofony i prezydenckie oświadczenie. Usłyszeliśmy, że osoby przejmujące Trybunał nie są jego sędziami, że doszło do naruszenia porządku konstytucyjnego, a prezydent nie zamierza się temu biernie przyglądać.
Trzeba przyznać, że widowisko było przednie. Prezydent wrócił z zagranicy, wszedł do budynku, wygłosił swoje stanowisko, a prawicowe media niemal natychmiast zaczęły odtrąbiać zwycięstwo. Oto Nawrocki pokazał charakter! Oto obronił Trybunał! Oto zatrzymał bezprawie! W komentarzach niemal słychać było fanfary, a niektórzy zapewne już szykowali pomnik z brązu. Tylko że jest jeden drobiazg. W polityce, podobnie jak w gospodarce, liczą się nie deklaracje, lecz rezultaty.
A rezultaty? Proszę bardzo.
Korwin-Piotrowska nadal kieruje pracami Trybunału. Święczkowski i Sochański nadal pozostają objęci zarządzeniami o miesięcznej przerwie w czynnościach służbowych. Żadne z tych zarządzeń nie zostało cofnięte. Nikt nie przywrócił dotychczasowego kierownictwa do wykonywania obowiązków. Co więcej, dzisiaj Korwin-Piotrowska wydała kolejne zarządzenie, tym razem dotyczące organizacji pracy całego Trybunału. Ograniczyła pracę kancelarii, zawiesiła funkcjonowanie biura podawczego, poleciła pracownikom pozostanie poza siedzibą, a sędziom zaleciła wykonywanie zadań poza budynkiem. Uchyliła również dotychczasowe upoważnienia do wykonywania czynności w imieniu pracodawcy. Czyli jak na zwycięstwo prezydenta sytuacja wygląda dość osobliwie. Człowiek, który miał powstrzymać przejęcie Trybunału, wrócił do kraju, odbył nocną wizytę, wygłosił stanowcze oświadczenie, a osoba, której legalność działania zakwestionował, następnego ranka wydała kolejne zarządzenie i nadal wykonuje swoje obowiązki kierownicze.
Można oczywiście powiedzieć, że prezydent zamanifestował stanowisko, pokazał, kogo uznaje za legalnych sędziów, i nie pozwolił przejść nad sprawą do porządku dziennego. Zgoda. Tylko że manifestowanie stanowiska to jeszcze nie jest odzyskanie kontroli nad instytucją. Można bardzo głośno powiedzieć, że ktoś nie jest gospodarzem domu, ale jeśli ten ktoś nadal ma klucze, wydaje polecenia domownikom i zmienia zamki, to trudno ogłaszać, że właśnie odzyskaliśmy nieruchomość.
I tu dochodzimy do najbardziej interesującego zjawiska. Część prawicy zachowuje się tak, jakby samo pojawienie się prezydenta w budynku rozwiązało problem. Jakby wystarczyło wypowiedzieć magiczne zdanie „nie jesteście sędziami”, żeby wszystkie zarządzenia straciły moc, a kierownictwo Trybunału samo wróciło na swoje miejsca. Niestety, państwo nie działa na zasadzie zaklęć, choć nasza klasa polityczna coraz częściej sprawia wrażenie, że właśnie tak sobie wyobraża jego funkcjonowanie.
A Donald Tusk?
Nie musi nawet specjalnie się spieszyć. Niezależnie od tego, jak ostatecznie zostanie rozstrzygnięty spór o status nowych sędziów, faktyczny układ sił w Trybunale pozostaje taki, że osoby związane z obecną większością parlamentarną wykonują najważniejsze czynności kierownicze, a dotychczasowy prezes i jego zastępca nie mogą normalnie wykonywać swoich obowiązków. Można więc mówić o politycznym sukcesie prezydenta, ale trudno mówić o odzyskaniu Trybunału przez stronę, której prezydent chciał bronić.
Nie twierdzę, że prezydent nie powinien reagować. Przeciwnie, jeżeli uważa, że doszło do naruszenia Konstytucji, ma obowiązek przedstawić swoje stanowisko i korzystać z przysługujących mu instrumentów. Ale od głowy państwa oczekuje się czegoś więcej niż efektownej wizyty, mocnych słów i zdjęć, które dobrze wyglądają w wieczornych wiadomościach. Oczekuje się skutecznego działania, strategii i doprowadzenia sprawy do rozstrzygnięcia. Tymczasem prawica znów pomyliła politykę z teatrem. Wystarczyło, że prezydent pojawił się na scenie, a publiczność już wstała z miejsc i zaczęła bić brawo. Nikt nie zauważył, że przedstawienie trwa nadal, aktorzy nawet nie zmienili ról, a reżyseria w Trybunale pozostała w tych samych rękach.
I to jest właśnie największy problem polskiej prawicy. Nie brak jej emocji, nie brak jej oburzenia, nie brak jej zdolności do organizowania protestów i medialnego świętowania. Brakuje jej natomiast odpowiedzi na proste pytanie: co robimy następnego dnia, kiedy skończą się kamery, zgasną światła i trzeba będzie rzeczywiście odzyskać instytucję?
Państwa nie odzyskuje się okrzykiem. Nie odzyskuje się go konferencją prasową, nocną wizytą ani nawet zawróconym samolotem. Państwo odzyskuje się prawem, procedurą, konsekwencją i zdolnością do przewidywania następnego ruchu przeciwnika. A jeśli po całym tym widowisku Korwin-Piotrowska nadal wydaje zarządzenia, Święczkowski i Sochański nadal są odsunięci od obowiązków, a Trybunał funkcjonuje według nowego porządku, to może zamiast świętować zwycięstwo, warto najpierw sprawdzić, kto właściwie wygrał tę rundę.
Prawica znowu śpi. Tyle że tym razem zasnęła na stojąco, z transparentem „Zwycięstwo!” w jednej ręce i pilotem od telewizora w drugiej a polityka, jak zwykle, dzieje się naprawdę. I niestety nie czeka, aż ktoś się obudzi.
Za zamach stanu należy przywrócić KARĘ OSTATECZNĄ czyli karę śmierci
Nie można przywrócić kary śmierci bez zmiany konstytucji.
Po drugie - po przywróceniu trzeba ją wykonywać, wtedy ma sens przywracanie.
I po trzecie - stryczek trzeba kupić w Lidlu.
Tym razem Spike nie tyle nie zgadzasz się z moim wpisem, ile po prostu nie przeczytałeś go ze zrozumieniem. Gdzie ja rozstrzygam, kto ma rację w sporze o legalność sędziów TK? Gdzie domagam się, żeby prezydent kogokolwiek siłą usuwał, obijał mu gębę czy wyrzucał przez okno? To są Twoje własne wyobrażenia, z którymi następnie dzielnie polemizujesz. Zewrzyj z etatową tu blondynką szeregi, będzie Wam raźniej.
Mój wpis dotyczył czegoś zupełnie innego: rzeczywistego efektu działań prezydenta. Zawrócił z podróży, przyjechał do Trybunału, wygłosił mocne oświadczenie, a prawicowe media ogłosiły wielkie zwycięstwo. Tylko że po tej całej akcji Korwin-Piotrowska nadal kieruje pracami TK, Święczkowski i Sochański nadal są odsunięci od obowiązków, a dzisiaj pojawiły się kolejne zarządzenia. To są fakty, a nie moje gdybanie. Możemy dyskutować o ich prawnej ocenie, ale nie zmienimy ich samym entuzjazmem.
Piszesz, że wygrana jest albo może być, bo prawica się zjednoczyła. A co konkretnie wygrała? Zjednoczenie na chwilę przed kamerami to jeszcze nie odzyskanie Trybunału. Morawiecki i Hołownia już ćwierkają o resecie. Polityka nie polega na tym, że wszyscy przez jeden wieczór mówią jednym głosem, tylko na tym, że potrafią następnego dnia przełożyć deklaracje na konkretne działania. Właśnie o tym jest mój wpis.
Co do Twoich przewidywań, że Zachód może nie uznać władzy Tuska, a wiarygodność Polski spada i nikt nie będzie chciał robić interesów, to już osobna opowieść. Chętnie porozmawiam o konkretnych dowodach na takie twierdzenia, ale nie traktujmy politycznych przypuszczeń jak faktów dokonanych. Gospodarka i międzynarodowe relacje nie działają na zasadzie: ktoś ogłosił kryzys, więc kryzys już nastąpił.
I na koniec jedna uwaga. Zarzucasz mi klechdy domowe, mowę trawę i brak znajomości Konstytucji, ale ani słowem nie odnosisz się do najważniejszej części wpisu: co właściwie zmieniła nocna wizyta prezydenta w funkcjonowaniu Trybunału? Wskazałem konkretne zdarzenia i konkretne skutki, a Ty odpowiadasz o biciu po gębach, wyborach i nieuznawaniu rządu przez Zachód.
Może więc zanim kolejny raz zarzucisz komuś lanie wody, warto najpierw sprawdzić, czy samemu nie odpłynęło się od tematu, bo polemika z cudzymi poglądami ma sens tylko wtedy, gdy najpierw się je zrozumie.