Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentujący
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Kiedy partia staje się rodziną, a argument obrazą.

mjk1 15.10.2026

O politycznym plemieniu, edukacji i niechęci do samodzielnego myślenia.

 Przez ostatnie tygodnie zajmowałem się analizą programów gospodarczych KO, PiS, Konfederacji, ugrupowania Grzegorza Brauna oraz propozycji Mateusza Morawieckiego. Nie pisałem laurek ani aktów oskarżenia. Próbowałem sprawdzić, co poszczególne środowiska proponują, jak zamierzają to zrealizować, ile może to kosztować i skąd mają się wziąć pieniądze. Wydawało mi się, że to dość uczciwa metoda. Program gospodarczy nie jest przecież modlitwą, którą należy odmawiać z odpowiednim wyrazem twarzy. Jest propozycją działania, którą trzeba poddać próbie rachunku, logiki i konsekwencji. Szybko się jednak przekonałem, że dla części komentujących ważniejsze od treści artykułu jest ustalenie, do którego politycznego obozu należy autor.

 Napisałem o programie KO i usłyszałem, że robię laurkę Tuskowi. Przedstawiłem program PiS i pojawiły się zarzuty, że atakuję PiS. Tymczasem właśnie w przypadku PiS wskazałem, że w mojej analizie to ten program jako jedyny próbował pokazać, skąd mają pochodzić pieniądze na realizację przynajmniej części zamierzeń. Nie oznaczało to oczywiście, że cały rachunek był kompletny ani że wszystkie źródła finansowania były pewne, ale był to element, który należało odnotować. 

 I tu pojawia się zagadka godna lepszej pracy doktorskiej: jak można przedstawić komuś argument przemawiający na korzyść jego ulubionej partii, a mimo to zostać przez niego uznanym za przeciwnika? Można. Wystarczy, że nie powtórzy się całego partyjnego przekazu, lecz ośmieli się zadać pytanie.

Kiedy wyborca nie ocenia programu, lecz lojalność autora.

 W demokracji wyborca powinien mieć prawo lubić jedną partię, nie lubić drugiej, a nawet uważać własne sympatie za najlepsze na świecie. Problem zaczyna się wtedy, gdy przywiązanie do partii zastępuje ocenę jej działań. W takim układzie program przestaje być zestawem propozycji. Staje się deklaracją tożsamości. Jeśli ktoś wskazuje jego zalety, jest swój. Jeśli pyta o koszty, ryzyko albo brakujące wyliczenia, natychmiast staje się podejrzany. Nie trzeba już odpowiadać na jego argumenty. Wystarczy ustalić, komu rzekomo służy.

 To mechanizm znacznie starszy niż polska polityka. Człowiek ma skłonność do szukania potwierdzenia własnych przekonań i odrzucania informacji, które mu nie pasują. W polityce dochodzi do tego jeszcze jeden czynnik: partia może stać się częścią osobistej tożsamości. Krytyka jej decyzji bywa wówczas odbierana jak krytyka samego wyborcy, jego rodziny, środowiska i całej historii jego życiowych wyborów. Dlatego niektórzy ludzie wolą zakwestionować intencje autora niż sprawdzić jego wyliczenia. Zamiast odpowiedzieć na pytanie, skąd wziąć brakujące miliardy, wygodniej oznajmić, że pytający jest zwolennikiem Tuska. Rachunek zostaje na stole, ale za to wiadomo już, kto jest winny. Politycznie bardzo praktyczne. Intelektualnie bardzo kosztowne.

Dlaczego szczególnie widać to w części elektoratu PiS?

 Nie twierdzę, że wszyscy wyborcy PiS myślą w ten sposób. Byłoby to tak samo nierozsądne, jak przypisywanie wszystkim wyborcom KO, Konfederacji czy jakiejkolwiek innej partii identycznych poglądów i zachowań. Są wyborcy PiS, którzy doskonale rozumieją gospodarkę, potrafią krytycznie oceniać własną partię i nie mają problemu z przyznaniem racji przeciwnikowi. Są również ludzie, którzy głosują na tę partię z powodów społecznych, gospodarczych czy światopoglądowych, a nie z bezwarunkowego przywiązania. Jednak w części komentarzy widzę zachowanie, które można określić jako myślenie plemienne. Nie chodzi już o to, czy dana propozycja jest dobra, lecz o to, kto ją przedstawia. Nie chodzi o to, czy krytyka jest uzasadniona, lecz o to, czy może zaszkodzić własnemu obozowi. Właśnie dlatego paradoks mojej analizy jest tak pouczający. Można zauważyć, że PiS próbował wskazać źródła finansowania swoich propozycji, a jednocześnie pytać, czy te źródła wystarczą, czy są realne i czy szacunki się zbilansują. Jedno nie wyklucza drugiego. Jeżeli ktoś uznaje już samo zadanie takich pytań za atak na PiS, to nie broni programu. Broni partii przed koniecznością odpowiedzi. A przecież politycy nie są właścicielami prawdy, a wyborcy nie są zobowiązani do pełnienia funkcji ich rzeczników prasowych. Wyborca ma prawo wymagać, pytać i sprawdzać. Właśnie na tym polega odpowiedzialne uczestnictwo w demokracji.

A może problem zaczyna się znacznie wcześniej - w domu?

 Tu dochodzimy do sprawy ważniejszej niż bieżące spory partyjne: do edukacji rozumianej szerzej niż szkolny program nauczania. Szkoła może nauczyć dziecko czytać, pisać, liczyć i rozwiązywać zadania. Może przekazać wiedzę historyczną, matematyczną czy przyrodniczą. Jenak sama nie zagwarantuje, że dorosły człowiek będzie umiał odróżniać argument od obelgi, fakt od opinii, a własne przekonanie od dowodu.

Pierwszą szkołą takich zachowań jest rodzina.

 Jeżeli dziecko obserwuje, że w domu o przeciwnikach politycznych mówi się wyłącznie z pogardą, że nie słucha się ich argumentów, lecz od razu przypisuje im złe intencje, to właśnie takiego sposobu myślenia uczy się w praktyce. Jeżeli rodzic nigdy nie przyznaje, że się pomylił, dziecko może uznać, że zmiana zdania jest oznaką słabości. Jeżeli w rodzinnych rozmowach liczy się wyłącznie to, kto wygrał kłótnię, a nie kto miał rację, trudno oczekiwać, że po osiągnięciu dorosłości człowiek nagle odkryje uroki rzeczowej dyskusji. Oczywiście rodzina nie działa w próżni. Wpływ mają również szkoła, środowisko, media, internet i politycy, którzy nieraz świadomie podsycają niechęć do przeciwników. Nie można więc całej winy zrzucić na rodziców, ale nie można też udawać, że wychowanie nie ma znaczenia. Dziecko nie uczy się krytycznego myślenia dlatego, że ktoś raz wpisał je do programu nauczania. Uczy się go wtedy, gdy widzi dorosłego, który potrafi wysłuchać drugiego człowieka, sprawdzić informację, przyznać się do błędu i powiedzieć: „Nie wiem, muszę to sprawdzić”. To pozornie proste zdanie bywa cenniejsze niż niejeden podręcznik.

Szkoła przekazuje wiedzę, ale czy uczy, jak z niej korzystać?

 Nasza dyskusja o edukacji zbyt często sprowadza się do podstawy programowej, liczby godzin, podręczników i kolejnych reform. To wszystko jest ważne, ale nie wyczerpuje problemu. Człowiek może mieć świadectwa, dyplomy, a nawet tytuły naukowe i nadal być podatny na manipulację. Może znać wiele faktów, ale nie umieć ich ze sobą połączyć. Może sprawnie wyszukiwać informacje, lecz nie potrafić ocenić, czy źródło jest wiarygodne. Może też doskonale rozumieć argumenty, ale odrzucać je tylko dlatego, że ich przyjęcie byłoby niewygodne dla jego środowiska. Dlatego edukacja nie może polegać wyłącznie na gromadzeniu wiadomości. Powinna rozwijać umiejętność zadawania pytań, porównywania źródeł, rozumienia zależności przyczynowo-skutkowych i wyciągania wniosków.

 W gospodarce widać to wyjątkowo wyraźnie. Jeśli ktoś proponuje wielki program inwestycyjny, należy zapytać o jego koszty, spodziewane efekty i źródła finansowania. Jeżeli ktoś obiecuje obniżenie cen energii, trzeba ustalić, jaki mechanizm ma do tego doprowadzić. Jeśli ktoś chce zwiększyć wydatki państwa, trzeba sprawdzić, co otrzymamy w zamian i jakie będą konsekwencje. Takie pytania nie są przejawem niechęci do żadnej partii. Są elementarnym sprawdzianem rozumienia spraw publicznych. Jeżeli jednak obywatel traktuje pytanie o koszty jako atak na swoich ulubieńców, to problem nie polega już na braku informacji. Polega na braku nawyku samodzielnego korzystania z informacji.

Największym zagrożeniem nie jest niewiedza, lecz niechęć do jej uzupełniania.

 Nikt nie wie wszystkiego. Ja również nie. W gospodarce można się spierać o skuteczność konkretnych rozwiązań, założenia prognoz czy wiarygodność źródeł finansowania. Właśnie dlatego warto rozmawiać, sprawdzać i korygować własne poglądy. Niewiedza sama w sobie nie jest powodem do wstydu. Każdy kiedyś czegoś nie wiedział. Problem zaczyna się wtedy, gdy człowiek nie chce się dowiedzieć, ponieważ obawia się, że nowa wiedza naruszy jego dotychczasowy obraz świata. Wtedy każda informacja staje się testem lojalności. Wiadomości korzystne dla własnej partii przyjmuje się bez większych zastrzeżeń, a niekorzystne odrzuca jako propagandę. Własnych polityków rozlicza się łagodniej, przeciwników surowiej. Wątpliwości wobec swoich uznaje się za zdradę, a wobec obcych - za dowód przenikliwości. Tak powstaje zamknięty obieg przekonań. Człowiek słyszy przede wszystkim to, co już wie, i coraz mocniej wierzy, że nie musi słuchać nikogo innego.

 Nie jest to wyłącznie problem prawicy ani wyłącznie PiS. Podobne mechanizmy występują po każdej stronie politycznego sporu. Jednak tam, gdzie przywiązanie do partii staje się ważniejsze od sprawdzania faktów, krytyczna rozmowa szybko ustępuje miejsca rytualnemu potępianiu przeciwnika. Politycy, rzecz jasna, nie mają szczególnego interesu w tym, żeby wyborcy stali się bardziej wymagający. Wyborca, który pyta o rachunek, jest trudniejszy w obsłudze niż wyborca, któremu wystarczy hasło.

Demokracja potrzebuje obywateli, nie kibiców.

 Wróćmy do moich analiz programów gospodarczych. Nie oczekiwałem, że wszyscy zgodzą się z moimi wnioskami. Przeciwnie - liczyłem na rzeczową dyskusję. Ktoś mógł wskazać błąd w obliczeniach, przedstawić inne dane albo wykazać, że źle oceniłem konkretne rozwiązanie. Taka polemika byłaby dla mnie wartościowa. Przypisywanie jednak autorowi partyjnych sympatii tylko dlatego, że zadał niewygodne pytanie, nie rozwiązuje żadnego problemu. Nie obniża rachunków za energię, nie poprawia jakości szkoły, nie zwiększa inwestycji i nie tworzy nowych miejsc pracy. Daje za to chwilowe poczucie, że obroniło się własną drużynę. Tyle że państwo nie jest stadionem, a budżet nie jest tablicą wyników. Jeśli jedna partia przedstawia źródła finansowania, należy je uczciwie odnotować. Jeśli rachunek jest niepełny, trzeba wskazać braki. Jeśli inna partia nie przedstawia przekonującego sposobu sfinansowania swoich obietnic, należy postawić jej takie samo pytanie. Nie ma tu żadnej zdrady ani politycznej sympatii. Jest zwykła odpowiedzialność obywatelska.

 Może więc zamiast pytać, kto jest „za Tuskiem”, kto „za PiS-em”, a kto „za Braunem”, warto zacząć pytać, czy ktoś potrafi uzasadnić swoje stanowisko. Czy umie wskazać fakty, odpowiedzieć na zarzuty i przyznać, że przeciwnik może mieć rację w konkretnej sprawie. To byłaby zmiana znacznie ważniejsza niż kolejna awantura o nazwę partii.

 Nie oczekuję, że wszyscy wyborcy będą ekonomistami, politologami czy specjalistami od finansów publicznych. Oczekuję czegoś znacznie prostszego: gotowości do sprawdzania, myślenia i zadawania pytań. Jeżeli program jakiejś partii wydaje się nam dobry, tym bardziej powinniśmy chcieć wiedzieć, czy da się go zrealizować. Jeżeli własny polityk popełnia błąd, przyznanie tego nie jest zdradą. Jest oznaką dojrzałości. A jeżeli przeciwnik przedstawia trafny argument, nie tracimy przez to obywatelskiej godności.

Partia może mieć program. Polityk może mieć wizję, ale to wyborca powinien mieć własny rozum.

 I właśnie dlatego tak ważna jest edukacja - nie tylko ta szkolna, ale przede wszystkim ta wyniesiona z domu, bo szkoła może nauczyć człowieka czytać, ale dopiero wychowanie i samodzielna praca nad sobą pomagają mu zrozumieć, co właściwie czyta i czy warto w to wierzyć. Dopóki będziemy wychowywać przede wszystkim lojalnych kibiców, a nie samodzielnie myślących ludzi, dopóty politycy będą mogli liczyć na to, że zamiast rozliczać ich z obietnic, wyborcy będą rozliczać z poglądów tych, którzy ośmielili się o te obietnice zapytać. A potem wszyscy będziemy się dziwić, dlaczego tak trudno naprawić państwo. Może dlatego, że naprawę państwa chcemy zawsze zaczynać od polityków, nigdy zaś od jakości własnego myślenia.

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 15
mjk1
Zawód:
mjk1

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 254
Liczba wyświetleń: 316 785
Liczba komentarzy: 5 101

Ostatnie wpisy blogera

  • Morawiecki i robot, którego nikt nie zauważył.
  • PiS: jedni mają płacić, drudzy mają wierzyć.
  • Braun: od buntu do rządzenia droga daleka.

Moje ostatnie komentarze

  • Ty już nawet nie udajesz, że jesteś kretynką Droga Sake. Bąkiewicz został przez niemiecką policję poinformowany, że jak złamie zakaz, to policja zainterweniuje. I policja zachowała się tak, jak każda…
  • Nie Ulka, ja zadałem konkretne pytanie: Dlaczego PiS ich przez osiem lat nie rozliczył. I nigdzie i nigdy nie napisałem, że PO nie należy rozliczać. I jeszcze jedno, bo od ciemnej blondynki nie mogę…
  • A gdzie Ty na Śląsku jakichś piewców niemieckości spotkałaś oprócz Kohuta, Gorzelika, czy podobnych co z tego żyją. Opowiadasz bajki z mchu i paproci a zapytana o konkrety zawsze odpowiadasz: "wiem…

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Wotum zaufania
  • Jakiego Państwa tak naprawdę chcemy?
  • Czy za rządzenie odpowiedzialny jest rząd?

Ostatnio komentowane

  • Jan1797, Mocie o przyszłości na blogu Ulki. 
  • mjk1, Z całego tego robotycznego chrobotania spróbujmy wyłowić dwa konkrety Ijonie, bo reszta to już raczej produkcja własna niż analiza polityczna.Po pierwsze, za co konkretnie obwiniasz Morawieckiego w…
  • Ijontichy, Ej przeleciał robot,wydał cichy chrobotwszystkie śrubki na nim zadrżaly...rrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrrI co ten robot powiedział? Że trzeba mieć starą gąbkę…

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności