przypomina historię polskiej interwencji w Rosji Rzepa:
Był 9 października 1610 r. Polskie oddziały pod komendą hetmana polnego koronnego Stanisława Żółkiewskiego, z pełnymi honorami, w lśniących pancerzach, pod bronią i z rozwiniętymi triumfalnymi sztandarami wkraczały na Kreml. Polacy byli zresztą w Moskwie już od kilkunastu dni. Zwycięskie wojska Żółkiewskiego dotarły do stolicy carów w nocy z 20 na 21 września, jednak oficjalne wejście do moskiewskiego zamku Rurykowiczów miało miejsce nieco ponad dwa tygodnie później.
Ktoś musi to powiedzieć: Na wuja było Polsce to zdobywanie Moskwy i interwencja w Rosji. Kosztem ogromnych ofiar osiągnięto tyle, że przyłączono do Polski czasowo kilka skrawków ziem na wschodzie — z czego pożytek był żaden.
Gdyby ułamek tej energii i środków, jakie zmarnowano na wyprawy moskiewskie przeznaczono na cele bliższe i bardziej pilne — jak aneksję Prus Książęcych i wyrzucenie z nich Hohenzollernów, aneksję Estonii i wyrzucenie z niej Szwedów, budowę prawdziwej floty na Bałtyku, aneksję Śląska i Pomorza Zachodniego — to by rozbiorów nie było.
A tymczasem wszyscy się napawają dumą z tego, że "zdobyliśmy Moskwę" nie rozumiejąc, że przez to NIE zdobyto rzeczy — które w ostatecznym rachunku były cenniejsze.
Ta fiksacja na zagrożeniu ze strony Rosji prowadząca do ignorowania zagrożeń ze strony zachodniej była przekleństwem Polski - i jest nim do dzisiaj.