Szóstego dnia przerwałem post Dąbrowskiej. Tak na jeden dzień. Nie zjadłem żadnych obowiązkowych warzyw ani 800 kcal. Nie zjadłem nic. Po prostu, tak się przejadłem sałatą poprzedniego dnia, że miałem dosyć, więc… jakoś tak wyszło. Nastrój powyżej średniej. Efektywność gdzieś 80%. Jeden długi spacer po południu, trochę zwykłych zajęć. Dzisiaj zjadłem znów tę sałatę rano i pomidora na dokładkę i dwa suszone jeszcze, więc może przedawkowałem. Może ja tak od ściany do ściany? Może trzeba równo. Tak samo. Właściwie?
Śniło mi się w nocy, że w markecie jadłem kartofle. Głupie te sny. Kartofle smakowały jak gotowane. Nawet chyba lekko osolone były.
W sumie ten post to dla mnie, może dla innych też, taka przygoda. Nigdy nie wiadomo, co się stanie. My mamy dążenie, żeby zafiksować wszystko. Że tyle a tyle dni mam wytrzymać, że coś tam. A przygody w życiu… mniej i mniej… Więc na szczęście jest dla mnie ten mój Jednodniowy post wg Dąbrowskiej i z nim, ciężko się nudzić! 🙂
A może zapomnieliśmy już, że można traktować życie jako przygodę?
A możemy?