Według najnowszego sondażu Instytutu Badań Pollster, przeprowadzonego w dniach 1–2 września 2026 r. na zlecenie „Super Expressu”, do Sejmu weszłoby sześć ugrupowań: Koalicja Obywatelska z poparciem 33,3%, Prawo i Sprawiedliwość 22,2%, Konfederacja 13,5%, Lewica 8,2%, Konfederacja Korony Polskiej 8,0% oraz Rozwój Plus 5,1%. Pozostałe, czyli PSL, Polska 2050 i Unia Centrum, zostają za burtą wyborczej szalupy.
Z tych danych wynika pierwszy, oczywisty wniosek: żadna opcja polityczna nie jest w stanie samodzielnie utworzyć rządu, gdyż wg ordynacji d’Hondta samodzielne rządy są możliwe dopiero przy poparciu powyżej 40% a takiego poparcia żadne ugrupowanie nie ma. Toteż z pierwszego wniosku wynika następny – do utworzenia rządu potrzebne będą koalicje. Popatrzmy więc, jakie koalicje są możliwe. Pierwsza opcja, to koalicja partii obecnie rządzących, czyli KO + Lewica. Opcja druga, to koalicja partii opozycyjnych: PiS + Konfederacja + Rozwój Plus. Ale tutaj pojawia się ten sam problem co przy samodzielnych rządach. Przy poparciu procentowym, jakie podaje sondaż Pollsteru, Koalicja Obywatelska może liczyć na 170 mandatów, a Lewica na 42. Razem daje to zaledwie 212 mandatów. I większości sejmowej nie ma. Popatrzmy więc, co jest po drugiej stronie koalicyjnego stołu: PiS – 113 mandatów, Konfederacja – 69, Rozwój Plus – 26. Razem daje to 208 mandatów. I znowu jest bariera – większości też nie ma.
No tak, ale w tych układankach koalicyjnych pominęliśmy Konfederację Korony Polskiej (40 mandatów). Jednak problem w tym, że Grzegorz Braun swoją polityczną dezynwolturą (żeby nie powiedzieć mocniej) doprowadził do sytuacji, w której jego ugrupowanie, mimo znaczącego poparcia społecznego, praktycznie nie ma zdolności koalicyjnej. To powoduje, że istnieją aż dwa niezależne weta wobec KKP: prezes J. Kaczyński nie przewiduje koalicji PiS z Braunem „nawet za cenę władzy”, a Rozwój Plus słowami M. Morawickiego, też publicznie deklaruje, że wyklucza koalicję z KKP. Jednym słowem, można mieć czterdzieści mandatów, a jednocześnie nie mieć partnerów do koalicji. Dzisiaj trudno sobie wyobrazić, aby PiS, Konfederacja i Rozwój Plus bez poważnych kosztów politycznych usiedli przy jednym stole z Braunem i stworzyli wspólny rząd. Wariant poszerzenia koalicji ugrupowań opozycyjnych o KKP - co dawałoby większość w Sejmie - niestety trzeba odrzucić.
Czyli pozostaje 212 (KO + Lewica) versus 208 (PiS + Konfederacja + Rozwój Plus). W efekcie po wyborach dwa wielkie polityczne bloki staną naprzeciwko siebie i żaden nie będzie miał wymaganych 231 głosów. Można wygrać wybory, można ogłaszać sukces w telewizji, można otwierać szampana w sztabie wyborczym, ale w następnych dniach trzeba jeszcze zbudować parlamentarną większość. A z tych liczb wynika jedno – ani premier D. Tusk w ramach koalicji rządzącej, ani prezes J. Kaczyński w ramach opozycji, takiej większości nie mają.
Hola, hola, jest przecież jeszcze jedna opcja, której dotychczas nie rozważaliśmy. Ta opcja to koalicja partii rządzących z którąś z partii opozycyjnych. Oczywiście Wielka Koalicja, czyli KO + PiS (283 mandaty) odpada – to jest oczywista oczywistość. Koalicja KO i Lewicy z ugrupowaniem Rozwój Plus (238 mandatów) też odpada. M. Morawiecki, prezes RP, powiedział wprost, że koalicji z Tuskiem „nigdy” nie stworzy. No tak, ale jest jeszcze Konfederacja. Oczywiście nie KKP, którą Grzegorz Braun - od gaśnicy w Sejmie po publiczne kwestionowanie istnienia komór gazowych w Auschwitz - wykluczył z poważnej debaty publicznej i doprowadził do całkowitej izolacji koalicyjnej.
Chodzi o Konfederację Mentzena i Bosaka. Otóż Sławomir Mentzen nigdy zdecydowanie nie odrzucił koalicji z KO, a wręcz odwrotnie: niedawno, bo w sierpniu tego roku. na mitingu w Krakowie, pytany o przyszłą, ewentualną koalicję z KO tak powiedział: „Ja niczego nie wykluczam. (…) Ja mam pewne postulaty i ja się dogadam z tymi, którzy zrealizują nasze postulaty”.
I tu dochodzimy do sedna, przedstawionych wcześniej, spekulacji wyborczych. W polityce nie zawsze wygrywa ten, kto zdobywa najwięcej głosów. Ostatnie wybory jednoznacznie to pokazały - PiS wygrał wybory, a władzę przejęła koalicja zorganizowana przez Platformę Obywatelską.
Spójrzmy więc jeszcze raz na liczby. Koalicja Obywatelska wraz z Lewicą miałyby 212 mandatów. Za mało. PiS, Konfederacja i Rozwój Plus - 208. Też za mało. Ale KO + Konfederacja = 239 mandatów. To daje większość bezwzględną, do której potrzeba tylko 231 głosów. Czyli układ KO + Konfederacja miałby 8 mandatów przewagi. To wystarczy do utworzenia rządu i sprawowania władzy.
I w ten sposób Konfederacja staje się kingmakerem czyli tym, kto sam nie mając wystarczającej siły, by zdobyć władzę. ma na tyle dużo mandatów, aby zdecydować, komu tę władzę umożliwić. Ostatni sondaż pokazuje (wcześniejsze również), że właśnie w takim miejscu, po najbliższych wyborach, może znaleźć się ugrupowanie Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka.
Ale jest jeszcze jedna kwestia, być może ważniejsza niż to, że Konfederacja zadecyduje o tym, kto będzie rządził. Od wielu lat podstawową osią polskiej polityki jest konflikt Platforma - PiS. Zaczęło się dawno, ponad dwadzieścia lat temu. Donald Tusk poniósł wtedy dwie, następujące jedna po drugiej, porażki wyborcze. We wrześniu 2005 r. Platforma Obywatelska przegrała z PiS wybory parlamentarne a miesiąc później, on sam przegrał drugą turę wyborów prezydenckich z Lechem Kaczyńskim. Wtedy, po latach politycznej dominacji ugrupowań postkomunistycznych, wszyscy czekali na PO-PiS. Platforma Obywatelska oraz Prawo i Sprawiedliwość miały stworzyć naturalną koalicję postsolidarnościową. Ale koalicja nie powstała. Konflikt zaczął eskalować, a drogi PO i PiS, szczególnie po katastrofie smoleńskiej, rozeszły się na dobre. Donald Tusk przeszedł na drugą stronę mocy i Platforma zaczęła budować swój obóz polityczny z udziałem środowisk wywodzących się z lewicy postkomunistycznej. Widomym znakiem tej zmiany jest dzisiaj marszałek Sejmu Włodzimierz Czarzasty, były członek PZPR, obecnie druga osoba w państwie z woli rządzącej obecnie Koalicji Obywatelskiej.
Podziały polityczne w państwach demokratycznych to europejski i światowy standard. Demokracja z natury rzeczy opiera się na sporze: jedni chcą wyższych podatków, inni niższych; jedni większej roli państwa, inni większej swobody obywatela; jedni są bardziej konserwatywni, inni liberalni. Problem zaczyna się jednak wtedy, gdy spór polityczny przestaje być sporem o program, a staje się sporem o to, kto ma prawo uczestniczyć w życiu publicznym. I polaryzacja naszego społeczeństwa osiąga już ten niebezpieczny wymiar. Spór polityczny przestał dotyczyć programów, podatków, polityki zagranicznej czy sposobu rządzenia państwem. Dotyczy już samej istoty demokracji, czyli prawa drugiej strony do uczestniczenia w życiu publicznym. Przeciwnik nie jest już kimś, kto ma inne poglądy i z kim trzeba wygrać wybory. Staje się kimś, kogo należy politycznie wyeliminować, skompromitować i pozbawić wpływu na państwo. Roman Giertych, poseł wybrany z list KO, w wywiadzie dla Gazeta.pl w lipcu 2024 r. mówił wprost: „Oczywiście, że PiS należy zdelegalizować!”.
Na tym poziomie sporu, demokracja traci swój najważniejszy wymiar - powszechne i akceptowane przekonanie, że przeciwnik polityczny może legalnie wygrać wybory, rządzić przez jedną albo kilka kadencji a potem legalnie władzę utracić.
W tej sytuacji pojawienie się silnej trzeciej siły może mieć znaczenie większe niż tylko sejmowa arytmetyka. Konfederacja jako kingmaker może rozsadzić ten dwubiegunowy układ i spowodować przywrócenie normalnej konkurencji politycznej. Konkurencji, w której przeciwnik nie jest wrogiem, a kompromis nie jest zdradą. Nie dlatego, że nagle znikną różnice, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna nie będzie wyłącznie dwóch stron, które nawzajem obwiniają się o zło całego świata. Pojawi się trzeci, samodzielny uczestnik sporu, którego nie da się przypisać ani do jednego, ani do drugiego obozu. A trzy strony sporu tworzą zupełnie inną logikę i dynamikę politycznej dyskusji niż dwie.
W układzie dwubiegunowym każda sprawa zostaje automatycznie sprowadzona do pytania: jesteś z nami czy z nimi? Nie ma miejsca na stanowisko pośrednie, na częściową zgodę, na poparcie jednego rozwiązania i odrzucenie innego. Trzecia siła, czyli kingmaker, może ten mechanizm przełamać. Może raz poprzeć jedną stronę, innym razem drugą, a w jeszcze innej sprawie zmusić obie do szukania kompromisu.
Jeżeli po wyborach w 2027 roku rola Konfederacji jako kingmakera w negocjacjach koalicyjnych przyniesie takie skutki, to jestem za.
Pod jednym warunkiem, żeby nikt nie pomyślał, że nagle stałem się symetrystą w trwającym sporze politycznym. Ten warunek jest następujący: dzięki Konfederacji, Koalicja Obywatelska zostanie po wyborach w 2027 r. odsunięta od władzy a nie, że się utrzyma przy władzy. Dlaczego? Nie wchodząc w szczegóły, powiem tak. Choćby dlatego, że zawsze, gdy tylko KO rządzi, to ‘pieniędzy nie ma i nie będzie’, co z rozbrajającą szczerością, za poprzednich rządów Platformy przyznał ówczesny minister finansów Jacek Rostowski. Teraz jest tak samo – co potwierdza, tym razem nie minister finansów, ale rosnący w sposób niekontrolowany deficyt budżetowy.
Kto chce uciszyć G. Brauna - relacja z rozprawy w sądzie W-wa Praga Pd.
Przy okazji info, że nasze media milczą o wielu głośnych procesach szczepionkowych - cowidowych na świecie.
............................................................................................................
Profesorski mem zamiast propagandowego sondażu lepiej prognozuje przyszłość ;-)
dakowski.pl
Mateuszek drogi nie odkrył. Pokazał tylko ,że naśladuje Karola Nawrockiego w jego spotkaniach.Kim są owi dzisiejsi ,,prezydenci'' miast? Przecież to trzon PO.Mateuszek nie stawia na zmiany tylko na premierostwo które już bokiem wychodzi Domańskiemu. Reszta to tylko wielkie słowa dla idiotów.Z każdym jego wystąpieniem jego wrogość narasta.To pokazuje,że już jest po słowie z PO i dobrze wyliczył sondaże.Już zaczął nadawać na PiS,ciekawe co jeszcze wymyśli.
Moim zdaniem sugestia, że PIS może być partnerem koalicyjnym z Konfederacją jest dość naiwne i odważne nawet.
Jeszcze dość niedawno było tu pisane z radością i pewnością, że po wyborach PIS będzie miał większość konstytucyjną, a minęła chwila, a nie może bez pomocy dwóch pomocników nawet rządu zrobić.
Równia pochyła jest aż tak niewidoczna?