Powstańczy szpital 1944

Powstańczy szpital 1944

Zbombardowali szpital? No tak…
Oto fragment pamiętnika mojego wuja, Bronisława Wojciechowskiego juniora. Był w Powstaniu Warszawskim w Batalionie Baszta, kompania B-3; ranny 27 sierpnia 1944, leżał w szpitalu przy ul. Chełmskiej 19. Niemcy zbombardowali szpital. Uratowało się kilka osób. Wyskoczył przez okno mimo ciężkiej rany. Znalazła go tam jego siostra, moja Mama.
 
„27 sierpnia 1944
…Po jakiejś godzinie zjawił się wreszcie lekarz jej sanitariusz z noszami. Ponieśli mnie we dwóch tyłami domów wzdłuż wschodniej strony Czerniakowskiej. Po przejściu kilkunastu metrów nawinął się jakiś mężczyzna, któremu lekarz oddał nosze a sam wrócił na pozycję (…).
Wreszcie jestem w szpitalu – ogromnym czerwonym gmachu po południowej stronie ulicy Chełmskiej. Ruch tu szalony, co chwila wnoszą nowych rannych (...). Noga dokucza coraz gorzej. Tymczasem poniesiono na sale operacyjną ciężko rannego Niemca, jakiegoś feldfebla, wziętego świeżo do niewoli.
Wreszcie nadchodzi moja kolej (…). Grunt, że nogi nie trzeba ucinać!
 Kończą mi opatrunek (…). Podwiązują mi porządnie naczynia i wypalają elektrycznością, co bardzo boli, ale krew przestaje płynąć.
Jestem nieprzytomny. Wołam coś krzyczę, chcę biec. Słyszę łagodny głos kobiecy: niech pan się uspokoi, tu nie ma Niemców, pan leży w szpitalu, ranny.
28 sierpnia
Leżę w dość wygodnym łóżku, mam poduszkę i koc. Mierzę gorączkę - prawie 39°C. Dostaję kubek kawy. Koło południa wyciągnęli mi z rany dwa odłamki (…). Przez całą noc trwa w okolicy szpitala silna strzelanina.
29 sierpnia
Z mojej drużyny zostało zaledwie jedenastu ludzi. Mają za to już pięć karabinów bo dwa zdobyli w klasztorze. Wieczorem mam niespodziankę – na salę weszła moja rodzona siostra [Anna Rudzińska „Hania”], opowiadaniom nie było końca. Niemcy wymordowali mnóstwo ludzi w pobliskim kościele jezuitów przy ul. Andrzeja Boboli. Podpalili dom naszej spółdzielni. Nasza matka dostała dyzenterii i leżała prawie nieprzytomna, kiedy grasowali własowcy, udało się ją ulokować w punkcie sanitarnym między liniami polskimi i niemieckimi. Siostra ze szwagrem [Witold Rudziński] przedostali się na polską stronę Mokotowa (…). Siostra została na noc w szpitalu, przenocowała leżąc na podłodze.
30 sierpnia
Leżę więc w nie najgorszym humorze, grunt, że wszyscy z rodziny żyją. Martwię się, że nie mogę się przenieść na Mokotów do szpitala Elżbietanek, bo wczoraj został okropnie zbombardowany przez Niemców. Masę rannych podobno zginęło, resztę trzeba było przenieść do tymczasowych pomieszczeń. Opowiadają, że bombardowanie szpitala nastąpiła wkrótce po wywieszeniu na nim flagi Czerwonego Krzyża. Podobno i w naszym szpitalu wywieszono niedawno taką flagę. Wywołuje to ogromne zaniepokojenie wśród rannych.
W dzisiejszym biuletynie czytamy o nowej zbrodni niemieckiej, o zastrzeleniu trzech sanitariuszek niosących pomoc rannym w okolicy Sadyby. Wiemy dobrze, że Niemcy nie szanują znaku Czerwonego Krzyża ani w ogóle żadnych innych.
Strzelec z mojej drużyny „Żuk” leży na parterze naszego szpitala. Jest ranny w płuco i czuje się marnie. (…)
 Dowiaduję się, że nasz szpital to właściwie szpital Ujazdowski, który zaraz pierwszego dnia powstania Niemcy wyrzucili z jego z siedziby. Początkowo ewakuowali go na Myśliwiecką, ale kazali go ewakuować w 10 minut. Niemcy, nie czekając na opróżnienie budynku, podpalili go z kilku stron. W rezultacie nie tylko przepadła część urządzeń i zapasów, ale zginęło również mnóstwo ciężko rannych i chorych, których nie udało się wynieść w tak krótkim czasie i żywcem spłonęli. Niedobitki szpitala umieściły się w obecnym gmachu przy Chełmskiej 19.
Szpital jest ostrzeliwany, pocisk zabił jednego rannego. Wyszło zarządzenie, aby wszystkich rannych odsunąć od okien. Także i moje łóżko chcieli przesunąć na środek pokoju, ale sprzeciwiłem się temu gwałtownie, sam nie wiem dlaczego. Zrobiłem dziką awanturę, grożąc, że jeśli mnie przesuną, położę się na podłodze na dotychczasowym miejscu. Wreszcie dali mi spokój. (…)
Przez cały dzień trwa nieustannie ostrzeliwanie naszej dzielnicy przez artylerię i „krowy”. Stale znoszą do nas nowych rannych, zarówno żołnierzy jak cywilów. W naszej sali jest już 27 rannych, brakuje miejsca, kładą ich znów pod oknami. Sanitariuszki mimo braków w przeszkoleniu są pełne zapału i bezgranicznego wprost poświęcenia. Pełnią służbę po kilkanaście godzin bez przerwy.
Około trzeciej po południu pojawiły się w naszej okolicy niemieckie samoloty, Trzy, sześć, dziewięć, coraz więcej! Jedni doliczyli się 16 inni 21. Skóra na nas cierpnie.
Złowrogie ptaki zataczają tymczasem ogromny łuk. Może odlecą? Nie, nie znów zawracają! nagle słychać potężny wybuch, za nim drugi, trzeci, dziesiąty. Kto może, biegnie do piwnicy, słychać nerwowy rumor na schodach, ale na naszej sali są prawie sami ciężko ranni. Dwóch czy trzech schodzi do schronu. Reszta musi zostać.
W pewnej chwili słychać ryk motorów tuż nad nami,  a potem potężny wybuch bomb. Cały dom się chwieje, resztki szyb wylatują z okien. I znowu bomba, na szczęście – nie w nas. Wreszcie nalot się kończy (…).
Pocieszamy się, że Niemcy nie będą bombardować naszego szpitala, gdyż leży tu sporo rannych jeńców niemieckich. Nagle… Przez ułamek sekundy usłyszałem ryk silnika lotniczego i prawie natychmiast rozległ się straszliwy huk (…), po chwili drugi, jeszcze potworniejszy wybuch, a wraz z nim łoskot okropny i zupełna ciemność. Nic nie widzę, nic nie czuję, tylko myśli przelatują przez mózg jak błyskawica. Więc jednak…to koniec, jednak zginę w powstaniu, jak inni… Boże…
Ostry wiercący swąd dymu prochowego. Co to? Nagle odnajduję siebie, żyję! Nie wiem, gdzie jestem. Okropnie duszno, dym, nie mogę złapać oddechu. Odżywa i słuch - słychać przeraźliwe krzyki, jęki, ryki. Ciemności są jednak absolutne.
Lecz oto ukazuje się światło. To ogień! Rodzi się z gęstych ciemności, czerwonawy, prawie czarny od dymu, straszny. Jest tuż koło moich nóg.  Na prawo i lewo leżą dwie potężne belki, zupełnie jakby spoczywały na moim łóżku. Jestem zamknięty jak w trumnie, tymczasem ogień objął już koc na moich nogach. Szarpię nogi, lecz są wplątane w koc i przywalone gruzem. Boże, pomóż, przecież to niemożliwe…
Szamocząc się, trafiam na jakąś deszczułkę, walę w nią ogień, który trochę przygasa. Za to z tyłu dochodzi inny blask. To światło dzienne! Przecież to pierwsze piętro a nie piwnica, a tuż za mną okno i ratunek. Wraca mi przytomność umysłu. Opanowanymi ruchami uwalniam nogi od koca, po czym próbuję się wydostać szparą nad parapetem okna. Jest ona jednak wąska - na szerokość krokwi dachowych, leżąc na wznak nie mogę się tam wcisnąć. Walę rękami w deski nad głową. Widocznie wstrząs musiał je obluzować, bo udaje mi się dwie czy trzy zrzucić. Siadam i od razu głowa wynurza mi się ponad płaszczyznę dachu. Czuję potworny żar, szpital płonie. Cały budynek mam przed sobą.  Bliżej środka zionie jest straszliwa wyrwa, z której buchają płomienie. Dach też już się pali.
W tym momencie słychać znów warkot silników i grzechot karabinów maszynowych. Niemcy wracają! W straszliwej rozterce kryję się znów pod powierzchnię dachu, kuląc się w wąskiej przestrzeni nieogarniętej jeszcze ogniem. Samoloty przelatują tuż nade mną, siekąc z karabinów maszynowych i miotając bomby zapalające.
Wreszcie odlatują i natychmiast próbuję wydostać się na dach. Słup ognia na prawo jest już zaledwie o kilka metrów ode mnie, żary staje się niemożliwy do wytrzymania. Wysokość domu jest dość znaczna, a na dodatek na dole palą się jakieś szczątki. Dostrzegam na wysokości podłogi pierwszego piętra jakieś szeroki gzyms. Wspierając się na rękach przerzucam ciało poza parapet okna i staję zdrową nogą na tym gzymsie. Następnie posuwam się w lewo, byle dalej od ognia. Rękami  trzymam się dachu.
 Słyszę spod dachu przeraźliwe krzyki o pomoc. Zaczynam rozpaczliwie zrywać deski z dachu. W powstałym otworze ukazują się po chwili dwie głowy, twarzy wcale nie widać (…).
Rozglądam się dookoła. Po placu obok szpitala mnie biega mnóstwo ludzi, lecz wszyscy potracili głowy i kręcą się jak nieprzytomni. Krzyczymy aż do ochrypnięcia: „Pomocy! Drabiny!”, lecz nikt nas nie słyszy. Wszystko zagłusza coraz potężniejszy ryk ognia. Chwytam się jakichś kawałków dachu i ścian, próbuję opuścić się niżej. Udaje mi się oprzeć nogę na ramie okna parterowego. Obok sterczy belka, na której zwisa poszarpane straszliwie ciało. Zawisam obu rękami na tej belce. Do ziemi mam już teraz nie więcej niż 2 metry, odpycham się jak najdalej od muru i lecę w dół. Podbiega jakaś sanitariuszka i trochę mnie przytrzymuje, dzięki czemu ląduję na ziemi bez obrażeń.
Ledwo upadłem, zerwałam się, aby uciec jak najdalej od ognia ale okropny ból w nodze przygwoździł mnie do ziemi.  Przypomniałem sobie, że jestem przecież ranny. Nie mogłem czołgać się na brzuchu. Przewracam się na plecy i w tej pozycji odpychając się rękami od ziemi udaje mi się powoli odczołgać.
Widzę, jak moi dwaj towarzyszy skaczą w ślad za mną. Ledwo dotknęli ziemi, zerwali się i pognali jak oszalali wprost przed siebie. Wreszcie dowlokłem się pod jakieś drzewo na skraju ogrodu i tam się zatrzymałem.
Ciągle nie mogę uwierzyć że ocalałem (…).
Płonący szpital mam wprost przed sobą. Musiały uderzyć w niego co najmniej trzy bomby burzące, które zmiotły całkowicie pierwsze i drugie piętro, a w części środkowej nawet parter. W skrzydle, w którym leżałem, podmuch zmiótł ściany i stropy nade mną, a spadający dach zatrzymał się na wystającym kawałku muru. To uratowało mnie (…). Uświadamiam sobie, że gdybym dał się przesunąć wczoraj na środek sali, zginąłbym nieuchronnie.

Dookoła mnie rozgrywają się sceny potworne. Ogród pełen jest rannych, rozrzuconych byle jak na umazanej krwią ziemi, czarnych jak diabły, jęczących, błagających o ratunek. Stokroć straszniejsze rzeczy dzieją się w samym szpitalu, który prawie cały objęty jest już teraz płomieniem. Nie mogę nie słyszeć przeraźliwych wrzasków żywcem płonących.”
xxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxxx

Bronisław Wojciechowski (syn), „W powstaniu na Mokotowie. Pisane jesienią 1944”. Instytut Wydawniczy PAX, Warszawa 2014
Zaznaczyłam nawiasami większe skróty w tekście.