Na Niskich Łąkach

 Cierpliwie stałem przed drzwiami szatni. W przerwie meczu toczyła się za nimi odprawa i nie chciałem przeszkadzać, moja sprawa nie należała do pilnych.  W wąskim korytarzu trwał charakterystyczny ruch.  Grzechocząc korkami piłkarskich butów o posadzkę, wchodzili i wychodzili zawodnicy przygotowani do gry lub treningu. Na końcu korytarza pojawił się straszy pan. W niebieskim dresie. Zajrzał na chwilę do jednej z szatni. Powitano go tam głośno i kordialnie. Za chwilę stanął w drzwiach, oparty o futrynę. Zainteresowała go moja osoba.  Przyglądał mi się przyjaźnie, potem dał znak ręką, bym do niego podszedł. Albo mu kogoś przypominałem albo postąpił tak w myśl pewnej psychologicznej zasady: wyróżnia się w tłumie swoich rówieśników. Byłem sporo od niego młodszy, ale wszyscy pozostali kręcący się tutaj należeli, można powiedzieć, zdecydowanie do innej niż my kategorii wiekowej.
Od pierwszej sekundy nasza rozmowa stała się  poufałą. Rzadko spotykałem ludzi o tak ciepłym stosunku do bliźnich. Rozmawialiśmy o miejscu, gdzie się znajdowaliśmy, czyli o boiskach na Niskich Łąkach i o dawnym Wrocławiu. Grał tu w latach pięćdziesiątych. W samym Wrocławiu było wtedy 12 silnych klubów. To pokazywało, jakie wielkie było zainteresowanie i potrzeba uprawiania sportu. Ja sam poznałem to miejsce pod koniec lat sześćdziesiątych. Na boisku Ślęzy, tak się bodaj je wtedy nazywano, jako gospodarz grywał wtedy mecze swoje mecze ligowe Śląsk. Na Oporowskiej trwał niekończący się remont, a Olimpijski nie zawsze był do dyspozycji. Wspominałem o tłumie na tym kameralnym stadionie i specyficznej atmosferze tego miejsca. Mój rozmówca zaśmiał się serdecznie i opowiedział historyjkę z lat powojennych, o wielotysięcznym tłumie okalającym boisko na Niskich Łąkach i o sprytnym króliku, który nagle pojawił się w tej zamkniętej przestrzeni i który umykał próbującym go złapać. Tłum, rozumie się, był w swej masie za mało mobilny, żeby się rozstąpić. Były to czasy sprzed epoki telewizyjnej. Sport, piłka nożna miały swoją specyficzną rolę w przemysłowym społeczeństwie,  które spajała autentyczna solidarność.
Przerwano nam, obu nas wzywały bieżące obowiązki. Pożegnał mnie serdecznie. Jego uścisk wyrażał radość ze spotkania z kimś z tamtych czasów i jednocześnie było w nim coś ze smutku ostatecznego rozstania i mimo nadziei ponad tym wszystkim.
W naszej wymianie doświadczeń, nie został wyróżniony żaden z wyników setek meczów, nie padło żadne ze znamienitych nazwisk bohaterów boiskowych zmagań, nic ze szczegółów dramatycznych zmagań sezon za sezonem, tylko ten niedający się złapać wrocławski króliczek.
Za chwilę ktoś mnie zapytał, czy wiem z kim rozmawiałem. Nie wiedziałem. Okazało się, że to  najstarszy czynny trener w Polsce, Jan Słaby. Ukończył już 91 lat. Prowadzi zajęcia z dzieciakami w klubie Parasol, nazwanym tak na pamiątkę powstańczego batalionu. Pan Jan pochodzi ze Lwowa. W Internecie można znaleźć parę filmików o nim. Jego szlachetna postać należy do wrocławskich ikon.