Quo vadis, Europo A.D. 2019?

Powiedzenie, że oczy świata będą w tym roku skupione na Starym Kontynencie, to przesada i przejaw europocentryzmu, ponieważ dla losów świata bardziej znaczący wpływ będą miały kształt relacji USA–Chiny czy USA–Korea Północna oraz sytuacja na Morzu Południowochińskim czy w świecie arabskim.

Jednak na pewno rok 2019 jest szczególny dla Europy i jej postrzegania na świecie. Jeśli nastąpi początek światowej dekoniunktury gospodarczej, to zasadne będzie pytanie, jak odbije się to na gospodarce europejskiej w sytuacji spowolnienia tempa rozwoju w Niemczech – gospodarczym motorze napędowym Unii Europejskiej. Dla Polski, ekonomicznie związanej ściśle z Republiką Federalną Niemiec, będzie to miało również istotne znaczenie. Na pewno 2019 r. nie będzie czasem szumnie zapowiadanej wcześniej reformy instytucjonalnej UE. Już mało kto pamięta, że unijni liderzy uzgodnili na początku roku 2017, że do końca właśnie tegoż roku zostanie przygotowany plan zasadniczej reformy Unii, mający być odpowiedzią na wyzwania nowych czasów. Początkowo zamierzano z tym zdążyć na obchody 60-lecia traktatów rzymskich, które odbyły się w połowie 2017 r. we Włoszech. Ale w końcu, nawet dość racjonalnie, uznano, że lepiej poczekać z tym na wynik wyborów w największym państwie członkowskim UE – w Niemczech. Jednak niemieccy wyborcy zaskoczyli Brukselę, ponieważ rezultat wyborów do Bundestagu spowodował, że przez pół roku (sic!) nie można było w RFN wyłonić rządu. W efekcie kanclerz Angela Merkel zajęła się walką o przedłużenie swojej i CDU-CSU władzy, a nie zbawianiem Unii.

Bukareszt, czyli solidarność regionu

I tak niepostrzeżenie temat reformy UE powędrował na brukselską półkę rzeczy mniej ważnych. Dalej tam zresztą tkwi. Mamy obecnie, w tym półroczu, prezydencję kraju z naszego regionu Europy – Rumunii. Ostatni raz państwem „nowej Unii”, które przewodziło UE, była Bułgaria (czerwiec 2018 r.). To, że mamy do czynienia z nową jakością, choćby na tle prezydencji austriackiej, już widać: w zeszłym tygodniu, we wtorek 8 stycznia na pierwszym tegorocznym posiedzeniu Rady UE do spraw ogólnych nie było w agendzie tematu sytuacji w Polsce, który do znudzenia był wałkowany wcześniej. To sygnał pewnej solidarności regionalnej i skupienia się przez Bukareszt na rzeczach naprawdę ważnych, ale też – uwaga – jednak zelżenie unijnej presji. Może nie tyle werbalne, ale praktyczne. Dedykuję to tym wszystkim, którzy powodowani różnymi intencjami oburzali się lub wyśmiewali kompromis zawarty przez władze RP z Komisją Europejską w sprawie Sądu Najwyższego. Po stronie unijnej efekt jednak już jest, co skrzętnie przemilcza opozycja w Polsce. W interesie opozycji bowiem − tak wąsko pojmowanym, jak ona to czyni − leży wyłącznie unijna presja na Polskę czy też wręcz stawianie rządu polskiego pod ścianą oraz nieumiejętność zawarcia z Komisją Europejską przez Warszawę politycznego dealu. Gdy więc fakty nie pasują do wydumanej narracji totalnej opozycji – następuje głośne milczenie. Właśnie je słyszymy.

Rumuńska prezydencja kończy się z dniem 30 czerwca. Po niej nastąpi półroczne przewodzenie Unią przez Finlandię. Będzie to czas szczególny, bo w drugiej połowie 2019 r. nastąpi ukonstytuowanie się nowych władz Parlamentu Europejskiego wyłonionych w majowych wyborach i – co zapewne będzie ważniejsze – nowej Komisji Europejskiej.

Nowa Komisja dopiero późną jesienią?

Przewiduję w kontekście fińskiej prezydencji (1 lipca – 31 grudnia 2019 r.) dwie rzeczy. Po pierwsze: spowolnienie prac nad budżetem Unii Europejskiej na lata 2021–2027. Po drugie: prawdopodobnie przesunięcie w czasie, co już wcześniej miało miejsce – na przykład w 2009 r. – powołania KE. Zamiast tradycyjnie w lipcu nastąpić to może na jesieni, a nawet późną jesienią. Będzie to wynikało zapewne ze skomplikowanej rozgrywki politycznej między formacjami europejskiego establishmentu a siłami eurorealistycznymi i eurosceptycznymi. To paromiesięczne, jak sądzę, opóźnienie powołania Komisji będzie raczej decyzją polityczną, a nie efektem technicznych trudności z ustaleniem porządku powyborczego w UE. Można się spodziewać konfrontacyjnego kursu spodziewanej nowej koalicji chadecko-socjalistyczno-liberalnej wspartej przez Zielonych i komunistów wobec zdecydowanie silniejszego niż dotąd frontu ugrupowań chcących realizacji hasła „Europy Ojczyzn” czy „Europy Narodów”. Chodzi o ugrupowania konserwatywne, tradycjonalistyczne, prawicowe, euronegatywistyczne, eurosceptyczne i wreszcie eurorealistyczne (w tej ostatniej grupie jest Prawo i Sprawiedliwość).

Budżetowe podchody, sojusze i deale

Co do nowego unijnego budżetu siedmioletniego (zwanego też perspektywą finansową) można oczekiwać, że wbrew deklaracjom niemieckiego komisarza do spraw budżetu w Komisji Europejskiej, byłego premiera Badenii-Wirtembergii Guenthera Oettingera, prace nie zakończą się na pewno ani przed wyborami europejskimi (ostatnia niedziela maja), ani nawet do końca tego roku. Zgodnie z tym, co przewidywałem na łamach „Gazety Polskiej Codziennie”, decydujące rozstrzygnięcia dotyczące budżetu 2021–2027 będą miały miejsce już w kolejnym, 2020 r., a więc podczas unijnej prezydencji najpierw Węgier, a potem Niemiec. Z jednej strony implikuje to konieczność przyspieszenia prac nad budżetem w pierwszym półroczu roku 2020, co leży w interesie krajów Grupy Wyszehradzkiej, Europy Środkowo-Wschodniej i szerzej: nowej Unii. Z drugiej zaś strony konieczność wypracowania porozumienia polsko-niemieckiego, a także kompromisu między V4 a Berlinem. Bez tego dealu trudno wyobrazić sobie nowy budżet siedmioletni UE oparty o realny konsensus. Należy jednak przypomnieć, że Polska, a także kraje naszego regionu, jak każde państwo członkowskie Unii dysponuje prawem weta i w walce o ekonomiczne interesy naszego kraju nie należy wahać się, aby nim straszyć – a nawet użyć.

Rok 2019 będzie również bardzo istotny w kontekście relacji USA–Europa. Próby wygenerowania szczególnej „cold war” (zimnej wojny) to najgłupsza rzecz, jaką mogłaby uczynić Unia Europejska. Bliska współpraca transatlantycka leży w interesie obu stron, ale jednak bardziej na politycznym musiku jest Stary Kontynent, a nie prowadzące realnie globalną politykę zagraniczną Stany Zjednoczone. Potrząsanie euroszabelką wobec Jankesów, ba, przedstawianie USA Donalda Trumpa jako podobnego (czy takiego samego!) zła jak Rosja, Iran czy Chiny jest nie tylko intelektualnym szalbierstwem, ale przykładem skrajnej politycznej głupoty. Czterdziesty piąty z kolei lokator Białego Domu jest dość specyficznym politykiem i nie znosi establishmentu (z wzajemnością), ale to nie powód, aby na złość Trumpowi odmrażać uszy Europie. A to zdaje się przyświecać wielu politykom europejskiej lewicy i liberałom. To dorzucanie do pieca konfliktu z Ameryką nieco osłabło w ostatnich miesiącach 2018 r., ale jego ponawianie będzie, mówiąc słowami Talleyranda, czymś znacznie gorszym niż zbrodnia − bo politycznym błędem.

 Europa, Unia Europejska jest na zakręcie. I to w momencie, gdy jej waga polityczna, gospodarcza i demograficzna w świecie traci na znaczeniu. Słyszymy jednocześnie o „wiośnie ludów”. To piękna wizja. Nie można jednak nie dostrzegać również czarnych chmur, które są widoczne na europejskim horyzoncie. Czy rozproszy je wysiłek narodów Starego Kontynentu uczynienia z UE struktury będącej bardziej realną emanacją państw narodowych niż euroentuzjastycznych omamów i prymatu eurobiurokracji? Życie pokaże. Trzeba, aby Polska była gotowa na oba scenariusze.

*tekst ukazał się w "Gazecie Polskiej Codziennie" (14.01.2019)