Kłótnie na lewicy

Polska komisarz Danuta Hübner zdradziła - jak to się określa - socjalistów startując z list partii chadeckiej, a niemiecki komisarz i wiceprzewodniczący Komisji Europejskiej Günter Verheugen znalazł się w niełasce i ostrym, personalnym konflikcie ze swoim rodakiem, szefem PES Martinem Schulzem. Konflikt jest na tyle głęboki, że Verheugena nie zaproszono w ogóle na inaugurację kampanii socjalistów ani w RFN ani europejskiej, nie skorzystano z jego oferty zaangażowania się w nią. Nic dziwnego, że obecnie ten były członek FDP - czyli partii niemieckich liberałów, a obecnie na papierze członek SDP, czyli partii niemieckich socjalistów, prywatnie pomstuje na Schulza i cały PES i śmieje się z wyborczej klęski własnej - nominalnie - formacji. Na ponowną nominację nie ma szans: nie decyduje bowiem już o tym Schröder, który dwa razy załatwił Verheugenowi tekę w komisji, ale Frau Merkel, która nie zaoferuje mu nawet posady oddźwiernego w Urzędzie Kanclerskim.

 

Niemiecki komisarz w prywatnych rozmowach podkreśla, że jest "człowiekiem centrum". Cóż, na emeryturze wielu polityków staje się ludźmi centrum, a niektórzy nawet robią siebie apolitycznymi...

 

Ostatnie decyzje PES ws. Barroso, sprzeciw wobec jego kandydatury, opóźnianie de facto poparcia dla Buzka - to wszystko efekt swoistej "ucieczki do przodu" socjalistów, próba zakrywania wewnętrznych sporów i niezadowolenia ze "swoich" ludzi w KE wybranych przez lewicowe rządy przed 5 laty.

 

Co za szczęście, że to nie mój problem.

Nie dzieje się wesoło w europejskiej rodzinie socjalistycznej. PES, czyli Partia Europejskich Socjalistów, nie dość, że w fatalnym stylu przegrała wybory europejskie 7 czerwca, tracąc aż 40 (!) mandatów to jeszcze teraz załatwia wewnątrzpartyjne, powyborcze porachunki. Szczególnie dostało się lewicowym komisarzom z Komisji Europejskiej, mało ponoć aktywnym i poświęcającym się dla Matki-Partii.