Liche toto wprawdzie w obejściu,...

...ale i za to durnowate niepomiernie  

 
   W kilku ze swoich dotychczasowych wpisów zwracałem już uwagę na egzotyczne zjawisko występowania na niwie naszego krajowego środowiska naturalnego tzw. sejmowych joanek, stanowiących dość charakterystyczny przykład połączenia z gruntu ponadprzeciętnej (co nie oznacza bynajmniej, że w pozytywnym sensie, biorąc pod uwagę wrażenia natury estetycznej) urody z niezwykle błyskotliwą inteligencją, przy czym egzemplarze zaliczające się do owej kategorii można znaleźć po obu stronach politycznej barykady bynajmniej bez podziału na barwy partyjne. Obok takich tytanów (czy może po feministycznemu - tytanic) polskiej myśli politycznej jak urzędująca z notorycznym limem na wyjątkowo gładkim obliczu znana bojowniczka m. in. o wolność i demokrację oraz prawa do własnych autonomicznych macic, nie godzących się w ramach tejże autonomii na spełnianie zachcianek natury oraz zadań jakie stawia przed nimi biologia, zwana przez jednych niezłym szajbusem (bo przecież wywodzące się ze zwierzeń samej zainteresowanej rzekome nazywanie jej przez kogokolwiek „niezłą dupeczką” każdy kto ma oczy po to aby widzieć, może traktować jedynie w kategoriach niesmacznego żartu, przejęzyczenia lub zwykłej konfabulacji), a przez innych, poprzez podobieństwo do osobistości odtwarzającej powieściową postać w jednym z licznych dzieł PRL-owskiej kinematografii, Gburią-Furią, czy też jej koleżanka z tercetu egzotycznego z Pięknym Ryszardem w tle - znana maderska dziewica polityczna (jak również o sobie raczyła się wyrazić, zresztą - jak i poprzedniczka -  ku niekłamanej uciesze licznego grona obserwujących krajową scenę polityczną znawców), która zasłynąć raczyła także tym, iż zgodnie z własną relacją, postanowiła „wejść do polityki” zaraz po tym, jak spadając z ruchomej bieżni w wyniku szoku wywołanego werdyktem elekcyjnym ogłoszonym przy okazji ostatnich wyborów prezydenckich, mocno uderzyła się w blond-łepetynkę i to chyba co najmniej kilka razy, a więc obok takich, dopiero co ujawnionych, znakomitości polskiej sceny politycznej, znajdziemy także inne egzemplarze nie bardzo wiedzieć czemu w sposób całkowicie niezachwiany przekonane o własnych mocno wątpliwych walorach, odznaczających się w ostatnich latach m. in. prezentowaniem swoich równie wątpliwej jakości umiejętności śpiewaczych, stylizowaniem się na Roberta Lewandowskiego poprzez wyhodowanie sobie na głowie czegoś w rodzaju posiwiałej szczoty oraz popisywaniem się w mediach wszechstronną wiedzą z dziedziny sportu, łączące prócz tego owe przymioty z piastowaniem honorowej funkcji przewodniczącej nieoficjalnego fanklubu Madonny, a do tego wszystkiego nakazujące tytułować się „ministrą” (taki przejaw feminizmu w jego najmodniejszej obecnie odmianie, zwanej powszechnie „feminizmem słowotwórczym”), gdzie obok tej sejmowej, mocno już zużytej, piękności charakteryzującej się dodatkowo niezwykłej urody worami pod oczami w towarzystwie ustawionego w poprzek facjaty nosa, jako niejaka „antyteza” wyróżnia się dla odmiany w łonie „drużyny dobrej zmiany” pewna eks-żurnalistka, a nadal czynna funkcjonariuszka, która niegdyś, za swych ponoć najlepszych czasów, w myśl utrzymania za wszelką cenę partyjnej, jedynie słusznej linii, postanowiła zabawić się w cenzorkę nie wpuszczając mości J.K.-M.-a do TVP-owskiego studia, aby ostatnio, występując już oficjalnie w roli działaczki partyjnej, móc się do woli kompromitować na owym nowoodkrytym polu do popisu (a może i POPiS-u, za którym temu i owemu, a zwłaszcza tej i owej jakby nadal bywało od czasu do czasu tęskno).
   Owa absolutnie nietotalniacka przedstawicielka odmiany gatunku joanek, po wielu heroicznych bojach, w których m. in. wyśmiewała podczas trwania radiowej audycji rzekomo prezentowaną przez interlokutora nieznajomość zapisów współtworzonej przez nią samą ustawy medialnej, aby na sam jej koniec, gdy redaktor prowadzący raczył powiedzieć „sprawdzam”, przyznać ze wstydem, że to właśnie jej przedmówca miał rację, zaś ona sama nie zna dzieła, które ponoć miało wyjść spod jej ręki, czy też po tropieniu i wskazywaniu swym nieubłaganym palcem „kremlowskich trolli” na putinowskim garnuszku, pod którym to wyszukanym pseudonimem mieli się zgodnie z definicją samej pani poseł, zwanej podobnież przez wzgląd na swą niezbyt nachalną, czy też wręcz „radiową” urodę (jako się rzekło obok umiejętności zachowania w każdych warunkach studyjnych zdolności do alogicznego myślenia jest to niezbywalna cecha wszystkich joanek), przez niektórych złośliwców Madonną z Wielkim Pypciem, kryć m. in. wszyscy ci, dla których polityka zagraniczna obecnej władzy wydaje się nie dość asertywna, otóż po wszystkich tych wiekopomnych wyczynach postanowiła nasza bohaterka przejść ostatnim czasem do ataków stricte personalnych wobec osób de facto występujących w imieniu jej własnego (przynajmniej do pewnego czasu) elektoratu. Na pierwszy ogień poszedł był red. Terlikowski, zresztą jeszcze do nie tak dawna występujący jako jej własny szef w TV Republika, którego z wdziękiem zawodowej przekupy raczyła pani posłanka nazwać „pajacem zupełnym” tudzież „pajacem hałaśliwym” (ciekawostką pozostaje jak to się pani posłance uprzednio pod takim pajacującym szefostwem układała wpółpraca). Za kolejny cel obrała sobie pani ekspertka medialna - zasiadająca przecież również m. in. wraz z panią Kruk oraz panem Braunem (bynajmniej nie Grzegorzem, uchowaj Boże), być może w myśl zasady, że kruk krukowi oka nie wykole, w pewnym dość enigmatycznym tworze o wiele mówiącej nazwie Rada Mediów Narodowych - znaną działaczkę pro-life w związku z wniesionym przez nią pod obrady Sejmu projektem ustawy. I znowu okazało się, że pani Godek jest szkodnikiem, który „obraża i oczernia”, a zarazem - tak jak niegdyś marszałek Jurek - dąży do rozbicia w PiS-ie, w domyśle na skrzydło ideowców, dla których kwestia uwarunkowań określających dopuszczalność aborcji, jako zaliczana do spraw z gatunku życia i śmierci, jest uznawana za jedną z kluczowych tudzież fundamentalnych oraz na frakcję koniunkturalistów, do których sama pani posłanka najwyraźniej sama siebie zalicza.
   Rozumiejąc fakt panującej w szeregach PiS-u obawy przed rozpętaniem kolejnej fali zlotów czarownic zwanych „czarnymi protestami” i związanej z ową groźbą możliwości odpływu jakiejś części elektoratu, należy zarazem zaznaczyć, że w ostatnich miesiącach owa partia zrobiła naprawdę wiele aby inną część swoich wyborców (jako tę, której preferencje wyborcze – jak śmiem twierdzić – stanowią cezurę o wiele bardziej znaczącą dla bytności tegoż ugrupowania na scenie politycznej, zaś w domyśle przez panią poślicę traktowaną raczej jako ta gorsza, o której przychylność i tak nie ma potrzeby zabiegać) skutecznie od siebie odstraszyć, że wspomnę jedynie spektakularne rejterady przed judejskimi grandziarzami w sprawie zapisów nieustannie nowelizowanej ustawy o IPN oraz im podobne „cofki” przed unijnymi biurokratami w kwestiach reformy sądownictwa. Ale to przecież furda. PiS teraz musi walczyć o mityczne centrum, przyciągać do siebie młodą i wykształconą leminżerię z wielkich miast, co tam na ten przykład jacyś rolnicy czy inne zapyziałe mohery z małych ośrodków. Co byśmy będąc u władzy nie nawyczyniali, oni i tak przytruchtają karnie i żwawo do urn i zagłosują na kogo trzeba. No i tutaj musiałbym trochę rozczarować panią poseł, ale może jednak oszczędzę sobie tejże czynności. Zamiast tego przytoczę jeszcze jeden cytat z udzielonego „Wprostowi” przez owąż posłankę wywiadu. Otóż raczyła ona przebić wszystkich swoich znakomitych poprzedników pod względem stopnia nawilżenia (choć i w tym dziele niebagatelną przeszkodę musi stanowić wspomniany wydatny pypeć nad wargą pani ex-dziennikarki, co w obliczu wykazanej z niemałym poświęceniem umiejętności przezwyciężenia tejże trudności, musi wywierać na licznie zgromadzonej publiczności dodatkowo piorunujące wrażenie), niemal na modłę biblijną tytułując mości Naczelnika „mędrcem nad mędrcami” i przenosząc tym samym stopień wykonania wyżej wymienionej czynności na poziom dostępny nieomalże jedynie - na podobieństwo pięknoustego Czaskosia - wielbicielom biblijnych patriarchów. Spoglądający z obrazu profesore – jak zawsze srogi  i ponad wszystko ceniący w swym zamiłowaniu do francuszczyzny „konkret” – z pewnością mógłby być dumny*. W końcu tego rodzaju wyznania mości posłanki spokojnie można uznać za wprowadzenie naszej debaty publicznej w swego rodzaju „wyższy wymiar nawilżenia”. Do tej pory sądziłem, że także i w tejże konkurencji jakieś - fakt, że mocno wyśrubowane - standardy obowiązują i nie tak łatwo będzie zdobyć mości świeżo upieczonej pani lubrykantce palmę pierwszeństwa. Myliłem się - okazuje się, że można. W związku z powyższym nie pozostaje mi nic innego jak oddalić się z niemałą dozą kaczystowskiego absmaku na z góry upatrzone pozycje, przytaczając na koniec, absolutnie bez złośliwości względem noszonego przez mniej lub bardziej szanowną protagonistkę nazwiska, cytat z ukazu carskiego z czasów Piotra Wielkiego ku rozważeniu i ewentualnemu jeszcze lepszemu dostosowaniu się doń w codziennej działalności przez panią poseł: „podwładny powinien przed obliczem przełożonego mieć wygląd lichy i durnowaty, tak, by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego”. No i teraz – jako że fraza niewątpliwie pochodzi z samej Moskwy czy też innego Pitra, a więc definitywnie z kierunku wschodniego, może mnie pani poślica bez kozery zaliczyć do grona zielonych ludzików tudzież innych dzikich stworzeń, dorzucając w pakiecie do tego samego wora panią Godek, bo niby dlaczego nie (no chyba, że pani Kaja – nie mylić z niejaką panią Szczot – już wcześniej zdążyła do tejże kategorii wrogów ludu trafić, co biorąc pod uwagę - noszącą cechy odchyleń natury paranoidalnej - osobowość, a przede wszystkim umysłowość rzeczonej, ośmieszającej ostatnim czasem do imentu szeregi własnej macierzystej partii, pani posłanki, wcale by mnie nie zdziwiło). A więc (tak czy inaczej) mości joanko, do dzieła!

*co nieco o tem wypisane jest również w czwartym akapicie: http://naszeblogi.pl/50947-subiektywny-przeglad-faktow-medialnych