Goście Nieborowa

Wpadła mi w ręce książka Piotra Parandowskiego pod tytułem „ Goście Nieborowa”. Dostałam ją od osoby, która wiedziała, że w Nieborowie bywałam. Faktycznie bywałam ku wielkiemu zgorszeniu rodziców, którzy pouczali mnie, że nie bywa się w cudzym domu pod nieobecność gospodarzy. Dziś żałuję, że ich nie posłuchałam, (ach te grzechy młodości) ale byłam wówczas głupią smarkulą i – nie będę ukrywać- imponowały mi nazwiska, które znałam tylko z lektur szkolnych. Dużo później nauczyłam się oddzielać nazwiska od tekstów, a jeszcze później ludzi od ich nazwisk. I to co się widziało na własne oczy od zasłyszanego.

Od pewnego czasu piszę prawie wyłącznie o rzeczach, które widziałam na własne oczy. Wynika stąd, że widzę większość spraw z charakterystycznej „żabiej perspektywy”.

Parandowski twierdzi, że o ratowanie Nieborowa prosił Lorentza sam Janusz Radziwiłł. A co miał zrobić? Stanisław Lorentz był ludzki pan. Mógł zastrzelić, a tylko zrobił sobie w cudzym domu luksusową daczę. Córka Lorentza przyjeżdżała do Nieborowa z psami, które wylegiwały się w bibliotece na napoleońskiej kanapce ( widziałam to na własne oczy). W bibliotece urządzano wieczorki pożegnalne, po których zostawały na meblach ohydne plamy. Komunistyczni notable czuli się tutaj zupełnie swobodnie, zapominali, że jest to formalnie rzecz biorąc muzeum. Sama słyszałam jak pewna zażywna jejmość powiedziała przy stole w sali weneckiej zwanej jadalną: „ tutaj czuję się naprawdę jak u siebie w domu”. ( Wende?) Wszystkie te damy z awansu społecznego były dla mnie nieodróżnialne.

Dostojni goście życzyli sobie, żeby lokaje podawali do stołu w białych rękawiczkach. Parandowski twierdzi, że lokaje Radziwiłła odnosili się do gości z najwyższym szacunkiem. To nieprawda- odnosili się z trudem skrywaną pogardą. Drażniły ich wielkopańskie fumy czerwonej arystokracji. Matka Piotra Parandowskiego, tak zwana Parandocha, zaczepiła mnie kiedyś na korytarzu słowami: „ gdzie tu pani zalazła?”. Myślała, że jestem osobą zwiedzającą pałac. „Ma chère cousine, jesteś z Nieświeża czy z Mankiewiczów?” - zapytałam

„ Bezczelna gówniara” - to jedyne co mogę powtórzyć z jej odpowiedzi.

Oczywiście czytałam „ Mity Greckie”. Były obowiązującą lekturą szkolną. Czytałam również „ Niebo w płomieniach” - pamiętnik rozbratu młodego człowieka z religią. Zastanawiam się teraz czy tą książką wypłacił Parandowski władzy za komunistyczne przywileje. Bo musiał jakoś wypłacić. Wszyscy wypłacali.

Wbrew egalitarnym hasłom, wbrew lewicowej wrażliwości, która zasadzać się miała na pochylaniu się nad losem skrzywdzonych i poniżonych, zainstalowani przez sowieckie tanki władcy PRL marzyli o mieszkaniu w pałacach i o lokajach w białych rękawiczkach. Nie przeszkadzało im, że korzystają z cudzych filiżanek, cudzych łazienek i cudzych porcelanowych nocników. Wydaje mi się to równie obrzydliwe jak włażenie do cudzej, jeszcze ciepłej pościeli.

Zdarzyło mi się we francuskim hoteliku, że wracając z porannej kawy zastałam w swoim łóżku hotelowego boya. Byłam w wieku wykluczającym podejrzenie o zaproszenie do jakiś figli. Wytłumaczył mi prawie płacząc, że lubi sobie pospać w cudzym jeszcze ciepłym łóżku, a myślał, że wyszłam z hotelu. Nie złożyłam skargi- żal mi było porąbanego dzieciaka- ale zmieniłam hotel.

Rozmawiałam z wieloma właścicielami odebranych im dworów i pałaców. Większość z nich otwarcie mówiła, że boli ich plugawienie ich siedzib przez obcych. Tak reagowałby zapewne każdy z nas na informację, że włamywacz korzystał z jego naczyń i ręczników.

Około 2000 roku niejaki pan Kostecki opracował projekt przejęcia przez specjalne konsorcjum wszystkich dworów i pałaców i urządzenia w nich sieci luksusowych hoteli. Posiadam kopię tego projektu. Dokument wyniósł z sejmu zaprzyjaźniony prawnik. Nieoceniony ojciec Rydzyk pozwolił mi poświęcić temu projektowi specjalną audycję. Projekt upadł. Podobno jego autor biegał po sejmie krzycząc: „ która q to wyniosła?”. Pytanie było raczej retoryczne.

Pan Kostecki nie żyje. Z przykrością muszę chyba przyznać mu rację. To czego nie załatwiła komuna instalująca w pałacach izby porodowe i domy poprawcze, załatwiła III RP spychaczem. Być może niektóre relikty polskiej kultury materialnej przetrwałyby jako hotele i pensjonaty. Być może uratowałby je przed spychaczem interes jednych i snobizm drugich.

Powiada się, że gdyby nie dom pracy twórczej w Nieborowie nie powstałaby „Niobe” Gałczyńskiego. Wprawdzie nie bardzo wypada ale to napiszę. - Dla mnie niewielka strata.

Trudno przesądzić jakie straty poniosłaby kultura polska gdyby literaci nie mieli okazji (jak ten nieszczęsny hotelowy boy) wygrzewać się w cudzej pościeli. Nie istnieje prosta relacja między dobrostanem literata ( jestem świadoma, że piszę jak o koniu czy krowie) a jakością dzieła. Nieborowski dobrostan, obiadki na zastawie z cudzymi herbami, armeński koniak i kubańskie cygara w palarni owocowały raczej służalczością dzieł niż ich jakością. Pomimo wysokiego o sobie mniemania socjalistyczni twórcy dobrze wiedzieli, że dla partii nie ma ludzi niezastąpionych.

Jeszcze jeden temat wart jest poruszenia- kradzieże. Pamiętam, że z pałacu zginęła ogromna srebrna taca z trąbami. Może w ten sposób realizowano leninowską zasadę „kradnij kradzione”. Kafelek z nieborowskiej klatki schodowej kupiłam w Desie za 60 złotych. Na miejsce takiego kafelka wstawia się „ mydło”- współczesny kafel dobrany kolorem. Zwiedzając pałac w Nieborowie wystarczy policzyć ile takich „ mydeł” wstawiono na słynnej klatce schodowej. Zapewniam, że nie były to kafle rozbite lecz skradzione w czasie remontu .

Stanisław Lorentz miał swoje zasługi. Przede wszystkim uratował arrasy. Na rzecz zamku warszawskiego zbierał cudze obrazy, serwisy i meble. Cześć z tego uległa zniszczeniu w magazynach w podziemiach Muzeum Narodowego. Część została wypożyczona komunistycznym notablom. Dziwnym trafem lista depozytów zginęła i nigdy nie wróciły one do muzeum, ani do właścicieli. Ale to zupełnie inna historia.
Tekst drukowany w numerze 34 ( 375) Gazety Warszawskiej.

Forum jest miejscem wymiany opinii użytkowników, myśli, informacji, komentarzy, nawiązywania kontaktów i rodzenia się inicjatyw. Dlatego eliminowane będą wszelkie wpisy wielokrotne, zawierające wulgarne słowa i wyrażenia, groźby karalne, obrzucanie się obelgami, obrażanie forumowiczów, członków redakcji i innych osób. Bezwzględnie będziemy zwalczali trollowanie, wszczynanie awantur i prowokowanie. Jeśli czyjaś opinia nie została dopuszczona, to znaczy, że zaliczona została do jednej z wymienionych kategorii. Jednocześnie podkreślamy, iż rozumiemy, że nasze środowisko chce mieć miejsce odreagowywania wielu lat poniżania i ciągłej nagonki na nas przez obóz "miłości", ale nie upoważnia to do stosowania wulgarnego języka. Dopuszczalna jest natomiast nawet najostrzejsza krytyka, ale bez wycieczek osobistych.

Komentarze

Obrazek użytkownika cyborg59

24-08-2014 [22:56] - cyborg59 | Link:

Kochamy w Szczecinie Staniława Lorenca ! Oj , kochamy. Szabrował co się dało. A jak się nie dało, rozbierał na cegłę. Na siłę postanowił zamek przerobić na styl socjalistyczno-piastowski. Polega to na tym, że zamurowuje się wszelkie ostrołuki, skuwa ozdoby, gzymsy. Wszystko doprowadza się do jednego prostego (prostackiego) stylu, który ma być pono piastowsko-pomorskim. To wszystko nagle zwieńcza się fryzem (?) w którym złośliwi doszukują się połączonych potwornie ozdobnych liter "S" i "L" !
Po latach poniewierki na tylnym dziedzińcu stołecznej akademii, za gruuube pieniądze powrócił do Szczecina Bartolomeo Colleoni, udało się też odzyskać marmurowego Mojżesza z tablicami który na tej samej uczelni pilnował drzwi do toalety. Odstrzelony nos prawie na pewno zostanie naprawiony, ale część śladów po kulach ma pozostać jako pamiątka pobytu na "kulturalnej uczelni".

Obrazek użytkownika izabela

25-08-2014 [02:30] - izabela | Link:

"Kochają" Lorentza również w Gdański i Malborku gdzie z podobnym wdziękiem rekwirował dzieła sztuki. Ale tak naprawdę kochają go beneficjenci słynnej zaginionej listy depozytów. Niejeden ubecki dom wyglądał jak filia Muzeum Narodowego. Oczywiście nikt z histeryków sztucznych nie piśnie na ten temat ani słowa. A beneficjenci listy depozytów dorabiają sobie teraz do portretów genealogię.

Obrazek użytkownika jazgdyni

25-08-2014 [06:21] - jazgdyni | Link:

Witaj!

Żeby to Izo tylko Lorenz...

Moją mamę, gdy już cierpiała na Alzheimera, zaczął nagle często odwiedzać znajomy profesor z żoną. Nawet rektor w pewnym czasie...  Zauważyłem po którymś powrocie z rejsu, że cenna kolekcja mamy się skurczyła. Kiedyś telewizja nadała reportaż z nowo wybudowanego domu owego profesora. A tam wszędzie były elementy maminych zbiorów. Tak sobie domy dekorowali poważni notable.

Pozdrawiam

Obrazek użytkownika izabela

25-08-2014 [08:50] - izabela | Link:

Tyle, że to była " prywatna inicjatywa" a profesor działał w majestacie prawa. Efekt ten sam. I można to nazwać tak samo - kradzież.

Obrazek użytkownika cyborg59

25-08-2014 [08:36] - cyborg59 | Link:

Dałem do poczytania żonie Twoje ostatnie teksty. Zainspirowana tym, w niedzielę podała nieoficjalnym gościom filizanki : "a, takie tam starocie po babci męża". Nowobogackie koleżanki szwagierki, które wpadły "na sępa", hmm... to znaczy na torcik i kawkę, stwierdziły że to dobra metoda. Zużyć, wytłuc, kupić "porządnego Rozenthala" - no oczywiście jak kogoś stać. Kawka była wysiorbana, więc pozwoliłem sobie poprosić o opinię na temat filizanek. Program o Tylowicach widziała jedna osoba, kobaltowych mieczyków z kropką nikt nie poznał ale najciekawsza była opinia znawczyni Rozenthala : to musi być chińska podróbka! - mam katalogi! Moja uwaga że chińska podróbka z czasów powstania tej filiżnki byłaby cenniejsza od oryginału - nie trafiła do przekonania.
Wychodzi na to że rodzinna, sentymentalna kolekcja może bezpiecznie stać na widoku.

Obrazek użytkownika izabela

25-08-2014 [08:48] - izabela | Link:

Mnie kiedyś spotkała uwaga, ze strony przypadkowego gościa, że srebrne sztućce śmierdzą. Faktycznie nie należy używać ich do jajek ale to przed wojną wiedziała każda pani Dulska. Od tego czasu zaopatrzyłam się w codzienne sztućce, jak z baru mlecznego w PRL i wszyscy są zadowoleni.

Obrazek użytkownika cyborg59

25-08-2014 [12:08] - cyborg59 | Link:

Równie bestialsko ze srebrem reagują opary klejów z trocinowych mebli. Dla odmiany : musieliśmy zrezygnować z podawania ciasta na talerzykach z pięknymi angielskimi sielskimi widoczkami. Solidny fajans z kobaltowym nadrukiem świetnie nadawał się na taras i ogrodowe zabawy dzieci. Niestety data 1795 straszyła gości. Nic nie pomagało pokazywanie napisu na spodzie że kolor jest "fest" a farfury nadają sie do "dyszłoszera". W pewien sposób rozumiem, że piękna forma wymusza szcunek, niezależnie czy mamy do czynienia z oryginałem czy kopią. W końcu dla tego kupiłem kopie,że są ładne a na oryginały mnie nie stać i szkoda by ich było. Czasami kupujemy coś by nie trafiło w nieodpowiednie ręce. Albo jest to alibi dla nieuzasadnionego wydatku.

Obrazek użytkownika NASZ_HENRY

25-08-2014 [11:07] - NASZ_HENRY | Link:

Jarema Wiśniowiecki jak znalazł u ukraińskich chłopów rzeczy pochodzące ze spalonego dworu to kazał wbijać na pal. Jedyna skuteczna metoda ;-)

Obrazek użytkownika izabela

25-08-2014 [11:44] - izabela | Link:

Szkoda pali, jestem za ochroną lasów. :)

Obrazek użytkownika zaborek

11-09-2014 [14:23] - zaborek | Link:

Bardzo ciekawy artykuł. Tyle lat odwiedzam już Nieborów, Arkadię i okolicę, a o wielu faktach nie miałem pojęcia. Tym którzy nie byli w Nieborowie, a pasjonują się historią Polski polecam wizytę osobiście. My co roku jeździmy nawet i na tydzień. Zatrzymujemy się na kilka noclegów w jednym z niedrogich gospodarstw agroturystycznych ( lubimy "u Basi" niebrow.com.pl, ale jest w okolicy więcej podobnych ) i zwiedzamy okolicę piesho, rowerem lub konno.