Szanowni.
Jako warszawiak od pokoleń, zbolały nieudanym podejściem do warszawskiego referendum, z umiarkowaną niecierpliwością czekałem na wyniki exit-poll z grodu Kraka, bo choć miasto starsze i królewskie, to jakieś dziwne - miejscowi twierdzą, że z bloku wychodzi się tam od razu na pole, smok okrutny, straszący wszystkich, choć ubity w pradziejach, dlaczegoś doczekał się ziejącego ruskim gazem pomnika (dziewic tam nie lubią?), a w dodatku W.Czc. p. Żurek był tamże przez czternaście lat sędzią i dlaczegoś dochrapał się teki (jak tam z dziewicami było, to nie wiem).
Ale tuż po dziewiątej podali wstępne wyniki badań, z których wynika niezwykle wyrównana walka obojga kandydatów, coś 2/3 do 1/3, więc raczej w komisjach nic skręcić już nie mogą, przynajmniej tak należy ufać.
2/3 do 1/3 to stosunek znakomity, szkoda że w mojej Warszawie lemingi wzięły górę (choć możliwe, że po prostu urzędnicy i pracownicy miejscy dostali subtelny zakaz brania udziału w tej awanturze, a nie można wykluczyć, że rzeczywiście jest ich już z pół miliona), niemniej trzeba się cieszyć, że przynajmniej w Krakowie dnieje.
Czytam więc, że Kraków powiedział rządzącym "Bon voyage", ale się zastanawiam, czy tak naprawdę nie wykrzyczał: "Won, boyage!!!" ("won", to wiadomo, ale ponieważ może się zdarzyć, że ten tekst trafi w ręce któregoś z medialnych klakierów, to śpieszę wyjaśnić powoli i wyraźnie: w dawnej Sabaudii le boyage oznaczało wielkie, generalne pranie. Ale nie takie dzisiejsze, delikatne płukanie w trzydziestu stopniach z płynem o zapachu alpejskiej łąki, tylko brutalne wywarzanie najbardziej zapuszczonych, brudnych gaci we wrzątku i żrącym ługu z popiołu drzewnego, a żeby było jeszcze ciekawiej, to w dawnym francuskim żargonie górniczym, szczególnie w belgijskiej Walonii i północnej Francji w XIX wieku, terminem boyage określano czasem proces szalowania lub drążenia ciasnych chodników i szybów wentylacyjnych od słowa boyau, czyli jelito, kiszka, a w przenośni: ciasny korytarz, okop lub wąski tunel - choć dziś jest to jednak całkowity archaizm, niespotykany poza specjalistycznymi opracowaniami historycznymi, to jednak dla Krakowa i układów krakowskich jak znalazł).
Może więc to ogólnopolskie "boyage", rozpoczęte w Krakowie, rozprzestrzeni się z biegiem Wisły na resztę kraju i za rok (a może jednak wcześniej), proces czyszczenia wrzątkiem i żrącym ługiem z popiołu drzewnego tych naszych lokalnych i centralnych "boyaux", uwolni ich przyklejoną do stołków i ścianek zawartość, opuszczającą swoje okopy z prędkością dźwięku.
Won, czas na boyage !!!