Nie udało się angielskim klubom skompletować wyjątkowego w historii Albionu har-tricka czyli triumfów w trzech europejskich pucharach piłkarskich. Wygrała jedna drużyna z Birmingham (Aston Villa) ,jedna z Londynu (Crystal Palace) ,ale przegrała druga z Londynu (Arsenal) w najważniejszych rozgrywkach, czyli Lidze Mistrzów. Trzy finały, sześć klubów, cztery kraje: trzy z „ojczyzny futbolu” czyli Anglii, po jednej z Hiszpanii, Niemiec i Francji. To ostatnie państwo drugi raz z rzędu cieszy się z wiktorii swojego klubu w Champions League. Paris Saint Germain(PSG) obroniło tytuł, choć przegrywało w finale. Właścicielem klubu jest krezus z Kataru, a w jego loży spotkałem niegdyś - tuż pode mną ,po skosie w rzędzie poniżej Nicolasa Sarkozy. To nie dziwi, bo przecież miał się on przyczynić do tego, aby państwo szejków zdobyło w „interesujących okolicznościach przyrody” organizację Mundialu 2022. Jeszcze w dziwniejszych okolicznościach organizację Mistrzostw świata zdobyła Rosja cztery lata wcześniej. Od brudów wróćmy jednak do prawdziwego futbolu. Francja cieszyła się tak bardzo z wygrania finału LM w Budapeszcie, że jej młodzi obywatele, często synowie i dzieci imigrantów tradycyjnie palili setki samochodów i z zapałem tłukli policjantów. Ciekawe, że nie tylko w Paryżu, ale także w Lyonie. Co prawda tamtejszy Olimpique europucharów nie zawojował, ale przecież każdy pretekst do rozróby jest dobry.
To, że finał najważniejszego piłkarskiego pucharu na Starym Kontynencie odbył się w Budapeszcie jest zasługą fanatyka sportu, który sam kopał piłkę- Viktora Orbana. Jego jednak na finale nie było ,a był za to Peter Magyar - gość, który palcem w tej sprawie nie kiwnął i w ogóle nic nie zrobił, gdy chodzi sponsorowanie sportu na Węgrzech i poza jego granicami, gdzie kluby sportowe były instrumentem wspierania węgierskiej mniejszości i ich narodowej dumy.
Dla mnie osobiście było bosko obojętne kto wygra LM- w żadnym z finalistów nie grali Polacy. Wcześniej jeden puchar zdobył reprezentant naszego kraju o nazwisku Cash, a w finale drugiego drużyna Brazylijczyka polskiego pochodzenia, który może zagrać w reprezentacji Polski- Alemao Zurawskiego przegrała, niestety.
Polscy kibice i tak skupili się w ostatnich dniach na dopingowaniu naszej tenisistki Maji Chwalińskiej, która ma 164 cm wzrostu, za to serce do walki chyba większe niż piłkarska reprezentacja kraju, której wyniku meczu z Ukrainą nie wspomnę. Dlaczego? Bo mam serce tak dobre ,jak Chwalińska wielkie...
*Artykuł ukazał się w tygodniku "Sieci"