Mieszkałem wtedy we Wrocławiu, gdy stolicę Dolnego Śląska, jak i cały region nawiedziła "powódź stulecia". Pomagałem i ja dźwigając worki z piaskiem na odcinku Odry w pobliżu mojego macierzystego Uniwersytetu Wrocławskiego. Po paru miesiącach z piątego miejsca na liście Akcji Wyborczej „Solidarność” wybrano mnie największą liczbą głosów z całego AWS. Zostałem też ministrem ds. europejskich i w tym charakterze wraz z ówczesnym premierem Jerzym Buzkiem gościliśmy w "moim" Wrocławiu socjaldemokratycznego premiera Szwecji Gorana Perssona, bo rząd tego kraju, który w UE był raptem od dwóch lat zadeklarował Polsce pomoc w związku z naszą klęską żywiołową. Towarzyszył mu jego bliski współpracownik, wysoki urzędnik MSZ, późniejszy minister przemysłu i handlu, a następnie kultury Leif Pagrotsky (jego rodzina pochodziła, jak zresztą jego nazwisko, wskazuje z Polski).
Polacy, jak to Polacy byli bardzo wdzięczni naszym sąsiadom przez Bałtyk za okazaną pomoc. Ową wdzięczność podkreślano przy każdej publicznej okazji w mediach centralnych i regionalnych. Ot tak, ze słowiańskim sercem na dłoni. Nikomu jakoś nie przyszło do głowy powiedzieć, że owa dobroczynność rządu Królestwa Szwecji i premiera ze Sztokholmu (był wtedy na początku swojej długiej, bo dziesięcioletniej kariery jako szef gabinetu-tylko Tage Erlander z jego 23-letnim okresem bycia szefem Rady Ministrów był dłużej niż on premierem "pod rząd",bo Per Albin Hansson i Olaf Palme byli owazem dłużej ,bo odpowiednio 14 i 11 lat,ale z przerwami ) - była jednak wtedy zaledwie kroplą należnej nam rekompensaty za gigantyczny rabunek ziem polskich w czasie XVII wiecznego „Potopu” !
Zresztą dotąd wielu z tych, którzy wiedzą o potwornym złupieniu Polski przez Szwedów nie zdaje sobie nawet sprawy z faktu, że procentowo ponieśliśmy wówczas straty większe (sic!) niż w XX wieku w okresie z jednej strony okupacji niemieckiej, a z drugiej strony okupacji sowieckiej.
To oczywiście brak wiedzy. Jednak nawet jeśli ona istnieje to nad znajomością faktów u naszych rodaków góruje dziwna świadomość, że „nie warto do tego wracać” albo „po co babrać się w przeszłości - to i tak nic nie da” albo jeszcze uznanie, że byłoby „nienowoczesne”, gdyby poruszać sprawy historii zamiast myśleć o „wspólnej europejskiej przyszłości”.
Oczywiście nie chodzi tu tylko o Szwedów, którzy ukradli nam dobra kultury i materialne na gigantyczną skalę, a oddali tylko dwie ,jakże skromne raty (najpierw po Traktacie Oliwskim 1660 ,a potem o paradoksie, w XIX wieku, mimo że Polski nie było wówczas na mapie, dzięki staraniom księcia Adama Czartoryskiego, który skutecznie zawiadował tą akcją z Paryża). AKAPIT. Dotyczy to samo naszego stosunku do Niemców. Wobec nich znacząca część społeczeństwa ,a jeszcze większa część elit rezygnuje z góry z reparacji. Często skądinąd z powodów wewnętrznej polityki, ale nie powód jest tu najważniejszy ,lecz efekt. A ten jest opłakany, bo naród, który nie upomina się " o swoje ", także gdy chodzi zwrot dóbr kultury oraz rekompensatę gospodarczą za straty wojenne, wynikające z okupacji, rozbiorów, represji popowstaniowych - zdecydowanie osłabia swoja współczesną, bieżącą pozycję w relacjach z innymi państwami. Nie dziwmy się zatem, że nasi bliżsi czy dalsi sąsiedzi wielokroć dochodzili i dochodzą do wniosku, że można nas lekceważyć, „robić w konia”, a i krzywdzić, bo i tak Polacy z ich amnezją czy tez nieśmiałością wobec obcych nie upomną się o to, co im się należy , „jak psu zupa” ,by uzyć tego starego polskiego powiedzenia.
Ta nasza skłonność do unikania poruszania tematów niewygodnych dla...naszych sąsiadów(!) jest prawdziwa zmora polskiej polityki. W polityce międzynarodowej bowiem nie szanuje się tych ,którzy sami siebie nie szanują.
Jaka zatem powinna być konkluzja ? Nie tylko powinniśmy pamiętać,ale musimy pamiętać o naszych krzywdach i wystawiać za to rachunki. Nie tylko ze względów moralnych,ale z powodów skrajnie pragmatycznych. Skoro zresztą inni to robią - my też musimy to czynić. Pamiętać , przypominać i rozliczać . Także w kontekście bieżącej polityki. I dotyczy to zarówno sąsiadów z Zachodu(tych najbliższych), Północy (była dziś o nich właśnie głównie mowa),Południa (wbijanie nam noża w plecy przez Czechy ,gdy walczyliśmy o życie panstwowe na wojnie z bolszewicka Rosją),ale też oboma(!) ze Wschodu.
To jest po prostu polska racja stanu.
*Artykuł ukazał się na portalu "DoRzeczyHistoria.pl"
AWS zdechły pies i Buzek łobuzek ;-)
Reszta wpisu to "OdRzeczyHistoria" 😎