Tylko dni dzielą 45 - i zarazem 47 - prezydenta Stanów Zjednoczonych Ameryki od wyborów „połówkowych”, a tutaj na ostatniej prostej zaliczył spektakularny „knockdown”. Przeciętny amerykański wyborca może tego nawet nie odnotuje, ale międzynarodowa opinia publiczna – jak najbardziej. Chodzi o wyborcze porażki polityków, którzy orientowali się na obecnego lokatora Białego Domu i których mniej lub bardziej wyraźnie wspierał. Zwolennicy D.J. Trumpa przegrali wybory prezydenckie w Brazylii (Flavio Bolsonaro) i parlamentarne w Serbii (b.premier i prezydent Aleksander Vuczić).
Można rzec, że czarna seria republikańskiego prezydenta trwa. Poza jednym jedynym wyjątkiem i to naszym, polskim (Karol Nawrocki w wyborach prezydenckich) kandydaci przez niego popierani przegrywali w Kanadzie, Australii, potem seryjnie w Europie : na Słowenii, w Danii i na Węgrzech ,a teraz doszły klęski bałkańsko-latynoamerykańskie. Oczywiście można dokonać tutaj pewnej korekty, że trzykrotny premier Słowenii - teraz jest już po raz czwarty! - Janez Jansa, choć przegrał same wybory to potem w cudowny sposób przekonał kilku posłów z innych partii aby poparli rząd jego, a nie liberała Roberta Goloba. Z kolei w Brazylii przedłużenie elekcji o cztery godziny przez Sąd Najwyższy sprzyjający urzędującemu prezydentowi Luizowi Inacio Lula da Silva było korzystne dla rządzącej lewicy i trochę trudno się dziwić prawicowemu kandydatowi, że kwestionuje wyniki wyborów (jego ojciec, były prezydent Jair Bolsonaro siedzi w więzieniu, bo jego zwolennicy też nie uznali wyników poprzednich wyborów prezydenckich i zaatakowali budynki rządowe). Z drugiej strony różnica między Lula a Bolsanaro jr wyniosła aż ponad 4,4 miliony głosów (64,3 miliona do 59,8 milionów) zatem trudno będzie udowodnić aż taką skalę fałszerstw obozu trzykrotnego już -teraz po raz czwarty - prezydenta Brazylii (tamtejszy system zezwala ponowne kandydowanie na urząd Głowy państwa także byłego prezydenta, o ile po jego jednej lub dwóch kadencji urzędowania jest co najmniej jedną kadencja przerwy).
Oczywiście Donald Trump ma mimo to szczęśliwą rękę do Ameryki Południowej, bo tam w kolejnych krajach wygrywają -lub już rządzą - popierani przez niego kandydaci na prezydenta/ prezydencji (tych krajów jest już sześć: Kolumbia,Peru, Boliwia po dwóch dekadach rządów lewicy,Chile, Paragwaj i Argentyna). Tylko Meksyk i Urugwaj są wyjątkami od tej reguły i pewnie nieprzypadkowo prezydenci tych państw natychmiast pogratulowali wyboru Luli. Jednak Ameryka Łacińska to wyjątek od reguły, która sprowadza się do tego, że na trzech kontynentach (Ameryka Północna, Australia, Europa) politycy orientujący się na Donalda Johna Trumpa i wspierani przez niego dostają wyborcze baty. Polska prawica musi uważnie przemyśleć tę lekcję.
*Artykuł ukazał się na portalu "DoRzeczy.pl"
O wyniku wyborów decydują: