Ostatnia dyskusja pod moimi wpisami, sprowokowana między innymi pytaniami o gospodarkę, pieniądz, Niemcy lat trzydziestych, Unię Europejską i nasze obecne problemy, doprowadziła mnie do wniosku, który jest chyba ważniejszy od całej tej dyskusji. Najważniejszym człowiekiem w demokratycznym państwie jest wyborca. Nie premier. Nie prezydent. Nie minister. Nie prezes partii. Nie dziennikarz, który codziennie w telewizji objaśnia nam, kogo należy kochać, a kogo nienawidzić. Wyborca.
To on raz na kilka lat dostaje do ręki kartkę, stawia krzyżyk i powierza komuś państwo. I tu zaczyna się kłopot, bo skoro wyborca jest właścicielem, to powinien przynajmniej wiedzieć, czego chce od swojego państwa. A mam coraz większe wątpliwości, czy wiemy.
Najpierw trzeba wiedzieć, jakiego kraju chcemy.
Zanim zaczniemy zastanawiać się, na kogo głosować, powinniśmy odpowiedzieć sobie na pytanie znacznie bardziej podstawowe: Jakiego kraju właściwie chcemy? Nie: którego polityka lubimy. Nie: którego polityka nie znosimy. Nie: co powiedział wczoraj w telewizji. Nie: co o nim napisał portal, który czytamy. Tylko: jak ma wyglądać Polska za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat? Przecież normalny człowiek chce żyć w kraju, w którym jest praca, rosnąca gospodarka, dobre zarobki, bezpieczeństwo, sprawne państwo, możliwość kupienia lub wybudowania mieszkania, dobre drogi i kolej, dostępna energia, rozwijające się przedsiębiorstwa i perspektywa dla dzieci oraz wnuków. To wcale nie jest skomplikowana definicja dobrego państwa. Można do niej dorzucić jeszcze kilka rzeczy: uczciwe sądy, sprawną administrację, rozsądną politykę zagraniczną, silną armię, dobrą edukację. Fundament jednak pozostaje ten sam: państwo musi dawać swoim obywatelom możliwość normalnego i coraz lepszego życia. Jeżeli gospodarka rośnie, przedsiębiorstwa inwestują, powstają nowe miejsca pracy, rosną wynagrodzenia, a człowiek może realizować swoje plany, to z czasem pojawia się coś więcej niż tylko dobrobyt. Pojawia się przywiązanie do własnego kraju. Kraj, w którym człowiek może pracować, zarabiać, wychować dzieci, kupić mieszkanie, założyć firmę i spokojnie patrzeć w przyszłość, zaczyna być naprawdę jego krajem. Takie państwo przyciąga również wartościowych ludzi. Natomiast państwo, które przez lata nie daje pracy, perspektyw i nadziei, zaczyna tracić własnych obywateli. Najpierw wyjeżdżają młodzi, potem przedsiębiorcy szukają lepszych warunków, a na końcu wszyscy zaczynają się zastanawiać, dlaczego państwo coraz gorzej działa. To nie jest żadna wielka teoria ekonomiczna. To zwykła obserwacja rzeczywistości.
My jednak często zaczynamy od końca.
Zamiast najpierw powiedzieć: „Chcę Polski bogatej, silnej, bezpiecznej i rozwijającej się”, wybieramy polityka dlatego, że: ładnie mówi, ładnie wygląda, ładnie się uśmiecha, ma dobre wystąpienia, ma popularny kanał w Internecie, jest atakowany przez „tamtych”, albo przeciwnie - atakuje „tamtych” tak skutecznie, że aż robi się człowiekowi przyjemnie. I mamy potem demokrację w wersji konsumenckiej. Polityk jest sprzedawcą, wyborca klientem, a program polityczny staje się reklamą proszku do prania. „Głosuj na mnie, a będzie lepiej". Dlaczego? Bo tak mówię. Za ile? To się później zobaczy. Z czego? Z pieniędzy. A skąd pieniądze? Państwo ma. I tu właściwie kończy się ekonomia, a zaczyna magia. Polityk obieca wszystko, czego oczekuje klient Polityk może obiecać niższe podatki. Może obiecać wyższe emerytury, wyższe pensje, tańsze mieszkania, tańszą energię, więcej pieniędzy dla rodzin, więcej pieniędzy dla lekarzy, więcej pieniędzy dla wojska, więcej pieniędzy dla przedsiębiorców. Może nawet obiecać, że państwo będzie jednocześnie wydawało więcej i pobierało mniej a ponieważ papier zniesie wszystko, a mikrofon nie zaprotestuje, lista może być właściwie nieskończona. Tylko wtedy wyborca powinien zadać jedno bardzo nieprzyjemne pytanie: Dobrze. Ale skąd weźmiesz na to pieniądze? A następnie drugie: Co dzięki temu powstanie? Bo pieniądze można rozdać, można je przejeść, można nimi zasypać bieżącą dziurę, ale można też je wykorzystać do zbudowania czegoś, co będzie produkowało przez następne dziesięciolecia. To nie jest ta sama polityka gospodarcza. Można zwiększyć konsumpcję na rok. Można też zwiększyć zdolność gospodarki do produkowania przez następne dwadzieścia lat. Można pożyczyć miliardy po to, żeby zapłacić bieżące rachunki. Można też znaleźć finansowanie inwestycji, dzięki którym za kilka lat powstaną nowe przedsiębiorstwa, nowe miejsca pracy i nowe dochody. Dla telewizyjnego studia różnica może być niewidoczna. Dla następnego pokolenia może być gigantyczna.
A wyborca często nie chce pytać.
I tu dochodzimy do drugiej strony problemu. Bardzo łatwo powiedzieć: „Politycy kłamią”. Owszem, ale dlaczego mogą kłamać? Bo im się to opłaca. Jeżeli wyborca nagradza polityka za obietnicę, to polityk będzie obiecywał. Jeżeli wyborca nie pyta o koszt, polityk nie będzie go podawał. Jeżeli wyborca nie pyta o źródło finansowania, polityk nie będzie się nim przejmował. Jeżeli wyborca chce przede wszystkim usłyszeć coś miłego, polityk będzie mówił rzeczy miłe. To jest brutalne, ale demokracja działa również według zasady: jaki popyt, taka podaż. A więc nie tylko politycy powinni się wstydzić. Wyborcy również mają swoją część odpowiedzialności. Nie można przez całe życie kupować cukierków, a potem mieć pretensje do sklepikarza, że nie sprzedaje warzyw.
Wyborca nie powinien być kibicem.
Jest jeszcze jeden problem. Polacy traktują politykę jak futbol. „Nasi” mają rację. „Tamci” są zdrajcami. Jeżeli nasz polityk zrobi coś głupiego, szukamy usprawiedliwienia. Jeżeli zrobi to polityk przeciwnika, mamy dowód na upadek demokracji. To jest bardzo wygodny sposób korzystania z demokracji, tylko że prowadzi donikąd. Polityk nie jest naszym klubem piłkarskim. Nie musimy go bronić dlatego, że jest nasz. Wręcz przeciwnie. Powinniśmy go rozliczać właśnie dlatego, że jest nasz. Jeżeli obiecał - pytamy, jak zamierza to zrobić. Jeżeli chce wydać pieniądze - pytamy, skąd je weźmie. Jeżeli chce pożyczyć - pytamy, ile zapłacimy. Jeżeli chce podnieść podatki - pytamy, jaki będzie skutek. Jeżeli chce stworzyć pieniądz lub kredyt - pytamy, co dzięki temu powstanie. Jeżeli chce ograniczyć rolę państwa - pytamy, kto w takim razie zbuduje i sfinansuje rzeczy, których prywatny rynek sam nie zbuduje. Dopiero wtedy zaczyna się prawdziwa rozmowa.
Braun jest dobrym przykładem, ale nie jedynym.
Nie chcę robić tutaj kolejnego rankingu partii, bo problem jest znacznie szerszy. Jednak przypadek Brauna jest ciekawym przykładem pewnego zjawiska. Można mieć bardzo wyraziste poglądy, bardzo zdecydowanego lidera, bardzo emocjonalne wystąpienia, ogromną liczbę przeciwników i równie ogromną liczbę obrońców, a jednocześnie nie przedstawiać wyborcy spójnego i szczegółowego programu rozwoju państwa. I mimo tego można mieć bardzo lojalny elektorat. To powinno być dla nas ostrzeżeniem. Nie dlatego, że chodzi akurat o Brauna. Dlatego, że może chodzić o każdego polityka. Także o tego, którego sami popieramy. Bo najgorszy wyborca to nie ten, który głosuje na „złą” partię. Najgorszy jest ten, który nie potrafi powiedzieć, dlaczego na nią głosuje, poza tym, że tamci są jeszcze gorsi. To już nie jest wybór. To jest reakcja plemienna. Programu nie ma, ale za to dobrze mówi.
Podobnie wygląda sprawa z programami.
Kiedy pytam, kto ma rzeczywisty program rozwoju Polski, a nie tylko program wydawania pieniędzy, bardzo często zamiast odpowiedzi pojawiają się epitety. To również jest charakterystyczne. Jeżeli ktoś nie potrafi odpowiedzieć na argument, najłatwiej nazwać przeciwnika głupcem, wariatem, zdrajcą, lewakiem, prawakiem, pisowcem, tuskowcem, konfederatą albo wyznawcą jakiejś ideologii. Wtedy nie trzeba już odpowiadać na pytanie. Etykieta zastępuje argument. I znowu odpowiedzialność ponosi nie tylko polityk. Jeżeli wyborca daje się tak łatwo sprowokować, polityk będzie prowokował. Jeżeli wyborca nagradza agresję, dostanie jeszcze więcej agresji. Jeżeli wyborca chce przede wszystkim widowiska, dostanie widowisko. A gospodarka? Cóż. Gospodarka jest mało telewizyjna. Fabryka nie krzyczy. Sieć energetyczna nie robi konferencji prasowej. Nowa linia kolejowa nie prowadzi transmisji na żywo. Maszyna w fabryce nie ma konta na TikToku. Dlatego politykowi znacznie łatwiej jest pokazać wyborcy efektowną konferencję niż dwudziestoletni plan rozwoju przemysłu.
Nie wystarczy wiedzieć, czego nie chcemy.
Wydaje mi się, że to jest jeden z największych problemów polskiej polityki. Większość wyborców bardzo dobrze wie, czego nie chce. Nie chce Tuska. Nie chce Kaczyńskiego. Nie chce PiS. Nie chce KO. Nie chce Lewicy. Nie chce Konfederacji. Nie chce Brauna. Nie chce Niemiec. Nie chce Unii. Nie chce Rosji. Nie chce „lewactwa”. Nie chce „pisizmu”. I tak dalej. Tylko że państwa nie buduje się z samego nie chcę. Trzeba jeszcze odpowiedzieć: Co chcę w zamian? Jak ma wyglądać gospodarka? Jak ma być finansowana? Jak ma wyglądać energetyka? Co produkujemy? Co eksportujemy? Jak wykorzystujemy nasze położenie? Jak rozwijamy przemysł? Jak budujemy mieszkania? Jak finansujemy inwestycje? Jak ograniczamy zależność od zagranicznego kapitału? Jak zwiększamy produktywność? Jak zatrzymujemy młodych ludzi w Polsce? Jak sprawiamy, żeby do Polski przyjeżdżali ludzie wartościowi, a nie tylko dlatego, że gdzie indziej jest gorzej? To są pytania o Polskę, a nie o kolejną partyjną awanturę.
Dlatego czasami piszę o rzeczach pozornie odległych.
Ktoś może zapytać: po co nam historia niemieckiej gospodarki lat trzydziestych? Po co MEFO? Po co pieniądz? Po co kredyt? Po co rozważania o różnych szkołach ekonomicznych? Po co analizować mechanizmy, których większość ludzi nie zna? Właśnie po to, żeby spróbować zrozumieć mechanizm, a nie zachwycać się albo potępiać samo opakowanie. Nie interesuje mnie Hitler jako wzór. Nie interesuje mnie Keynes jako wyznanie wiary. Nie interesuje mnie również austriacka szkoła ekonomii jako religia. Interesuje mnie pytanie: Co powoduje, że gospodarka rośnie albo upada? Skąd bierze się finansowanie? Dokąd płynie pieniądz? Co jest za niego budowane? Czy rośnie dzięki temu zdolność produkcyjna? Czy powstają miejsca pracy? Czy powstają nowe przedsiębiorstwa? Czy rośnie produktywność? Czy państwo inwestuje, czy tylko konsumuje? Czy dług tworzy przyszły majątek, czy tylko finansuje bieżące potrzeby? To są pytania, które powinien zadawać sobie wyborca, bo wyborca jest właścicielem państwa. Można oczywiście powiedzieć: „Ja się na ekonomii nie znam”. I to jest uczciwe. Nikt nie wymaga od wyborcy, żeby był ekonomistą, prawnikiem, strategiem wojskowym i energetykiem jednocześnie. Właściciel firmy też nie musi być specjalistą od wszystkiego, żeby wiedzieć, że jego menedżer powinien przedstawić mu plan. Powinien wiedzieć: co firma chce osiągnąć, ile to będzie kosztowało, skąd weźmie pieniądze, kto to wykona, kiedy będą efekty i co się stanie, jeśli plan się nie powiedzie. Dlaczego z państwem miałoby być inaczej? Przecież państwo jest największym przedsiębiorstwem, jakie mamy. Tylko że jego właściciele - obywatele - bardzo często pozwalają zarządcom mówić: „Proszę się nie interesować szczegółami, my wiemy lepiej”. A później dziwią się, że rachunek jest większy niż obiecywano.
Edukacja jest ważniejsza niż kolejna kampania.
I dlatego uważam, że potrzebujemy czegoś, czego w polskiej polityce jest zdecydowanie za mało: edukacji ekonomicznej i obywatelskiej. Nie po to, żeby wszyscy Polacy zostali ekonomistami. Wystarczy, żeby potrafili zadać politykowi kilka podstawowych pytań i nie dali się zbyć sloganem. Świadomy wyborca jest dla złego polityka znacznie groźniejszy niż najbardziej agresywny przeciwnik. Agresywnego przeciwnika można zwyzywać. Świadomego wyborcę trzeba przekonać a to już jest znacznie trudniejsze. Dlatego moje wpisy są czasami długie i mogą być dla części Czytelników zwyczajnie męczące. Trudno. Proszę się przyzwyczaić. Jeżeli chcemy wybierać ludzi odpowiedzialnych za państwo, musimy czasami poświęcić pół godziny na przeczytanie czegoś więcej niż mem, bo nie da się zbudować świadomego wyborcy przy pomocy piętnastosekundowego filmiku.
Obawiam się następnych wyborów.
I właśnie dlatego mam pewną obawę. Przed następnymi wyborami znów zobaczymy ten sam spektakl. Politycy będą obiecywali. Media będą tłumaczyły, kto jest dobry, a kto zły. Internet zaleją memy. Jedni będą straszyli drugimi. Drudzy będą straszyli pierwszymi. Kandydaci będą pięknie mówić o Polsce. Będą mówić o narodzie o przyszłości, bezpieczeństwie, dobrobycie, sprawiedliwości a wyborca będzie musiał zdecydować, komu powierzyć państwo. I znów może pojawić się pokusa, żeby wybrać tego, kto najładniej obiecuje. Obawiam się, że znowu część z nas wybierze nie tego, kto ma najlepszy plan, lecz tego, kto najlepiej sprzeda swoją historię a później przez cztery lata będziemy zastanawiać się, dlaczego znowu jest inaczej, niż miało być. Tylko że wtedy pretensje należy mieć nie tylko do polityków. Polityk zrobił swoje. Wyborca też.
Najważniejszy jest nie polityk, lecz człowiek przy urnie.
Cała ta dyskusja o Niemczech, pieniądzu, gospodarce, długu, Unii, partiach i politykach prowadzi mnie ostatecznie do jednego wniosku. Państwa nie naprawi sam polityk. Może je naprawić dopiero wtedy, kiedy będzie miał za sobą świadomych obywateli, którzy wiedzą, czego chcą i potrafią rozliczyć go z tego, co obiecał. Można mieć najlepszą konstytucję. Można mieć wybory. Można mieć wolność słowa. Można mieć wiele partii. Można mieć piękne programy. Jeżeli jednak wyborca głosuje wyłącznie na podstawie emocji, wyglądu, reklamy, medialnego wizerunku albo nienawiści do przeciwnika, to cały ten piękny mechanizm może produkować bardzo kiepskie rezultaty. Demokracja nie psuje się wyłącznie wtedy, kiedy politycy są źli. Psuje się również wtedy, kiedy wyborcy przestają pytać. Polityk, który wie, że wyborca nie zapyta o pieniądze, program, wykonanie i skutki swoich decyzji, bardzo szybko nauczy się obiecywać wszystko.
I dlatego edukacja wyborcy nie jest dodatkiem do demokracji. Jest jej warunkiem, bo ostatecznie to nie polityk jest właścicielem państwa. Właścicielem państwa jest obywatel. A jeżeli właściciel nie wie, czego chce, nie rozumie rachunków i nie potrafi rozliczyć zarządcy, to prędzej czy później zarządca zaczyna uważać, że przedsiębiorstwo należy do niego. I wtedy demokracja nadal może wyglądać bardzo demokratycznie, tylko że coraz mniej demokratycznie działa. Najgorsze jest jednak to, że następnego dnia właściciel znowu może zagłosować na tego samego zarządcę, bo tym razem obiecał mu jeszcze ładniej.
Mem ilustracyjny już do Ciebie leci 😉😡⚫️
........................................................
monitorpostepu.pl
Porusza Pan żywotne kwestie - i to nie jest zarzut - z perspektywy co najmniej dyrektora dużego przedsiębiorstwa lub akademika, a dotarcie z tymi informacjami do ogółu społeczeństwa - wyborców, jest trudne lub wręcz niemożliwe, co z resztą wynika z treści samego wpisu. Poza medialnymi zabiegami mającymi na celu spowodowanie sympatii lub antypatii, są jeszcze różni lobbyści, niekoniecznie popierający swoje potrzeby finansowymi gratyfikacjami. Do tego dochodzą rozbieżne potrzeby różnych grup społecznych, które zmieniają optykę na kogo i po co się głosuje.
Podam taki przykład, za którymi Pan nie przepada bo faktycznie rozmywają dyskusję, choć z drugiej strony przedstawiają problem, niech będzie tu: ekonomiczny - płaca minimalna - na barkach pracowników wykonujących obowiązki pomocnicze (nie wykwalifikowanych) stoi praktycznie w jakimś stopniu każda branża, podstawowe koszty utrzymania (M2 w bloku, trzy posiłki) teoretycznie są takie same dla pomocnika ślusarza i dyrektora, każdy za swoją pracę powinien móc żyć godnie, i dla pracowników etatowych pensja minimalna ma sens, duże firmy poradzą sobie z tym bez problemu natomiast mały zakład (do 5 pracowników) już nie koniecznie. Znam od wewnątrz taki zakład i gdyby istniał dziś, przy obecnej gospodarce utrzymanie nawet trzech wykwalifikowanych "zgrzewaczy" z pensją 7000 netto nie było by możliwe. Niestety podnoszenie pensji minimalnej ma też swoje negatywne skutki dla przedsiębiorców, którzy nie zawsze dadzą radę zapewnić oczekiwane pensje za wykonaną pracę.
Poza elektoratem, który nie patrzy na gospodarkę z horyzontem na dwadzieścia lat do przodu, są wspomniane różne grupy z rozbieżnymi interesami. A partie polityczne potrzebują wyborców by móc rządzić, i owszem niektóre realizują swoje obietnice, choć nie da się dogodzić wszystkim. Do tego ważna jest, może źle się kojarząca ale nie znajduję innego właściwego słowa "świadomość klasowa" wiedza kim jestem i co chce osiągnąć oraz to co kto zechce nie tyle dla mnie zrobić co raczej co mi umożliwi albo w czym nie będzie przeszkadzał. Żeby nie było sam bywam robotnikiem niewykwalifikowanym i niejeden pracownik na linii montażowej ma lepiej poukładany rozum niż wykształcony pracownik korporacji.
A cały poruszony temat bardziej pasował by na dwu semestralne seminarium niż program dla szkół, choć to bardzo ważny i radykalnie wpływający na życie problem.