Na Kresach Wschodnich II Rzeczypospolitej – czyli na terenach, które Polska utraciła po II wojnie światowej na rzecz Związku Sowieckiego – tuż przed wybuchem wojny w 1939 roku mieszkało około 13 milionów ludzi , w tym ok. 5,6 mln Polaków, ok. 4,4 mln Ukraińców, ok. 1,1 Żydów, a także ok. 800 tys. Poleszuków określających siebie jako „tutejsi”. Ponad dwa miliony Polaków zostało po 1944 roku przymusowo wysiedlonych na tzw. Ziemie Odzyskane a ponad milion Polaków pozostał na miejscu.
Wysiedleńców z Małopolski Wschodniej kierowano na Dolny i Górny Śląsk, oraz Lubuskie i Opolskie. Na Pomorze Zachodnie i Ziemię Lubuska trafiali mieszkańcy Wołynia i Polesia, Warmia i Mazury oraz Pomorze Gdańskie stały się domem dla mieszkańców Wileńszczyzny. W Bytomiu i Gliwicach osiedlono mieszkańców Lwowa i okolic. Tu ważna uwaga we Wrocławiu, tak usilnie kojarzonym ze Lwowem w 1948 r. przesiedleńcy ze Lwowa i okolic stanowili zaledwie 5,4%, a ogółem z wszystkich województw kresowych było 13,1% mieszkańców. 19,5% mieszkańców Wrocławia przybyło z poznańskiego, a 10,9 z Warszawy. Warszawiacy ze zburzonego miasta szukali dachu nad głową, poznaniacy lepszych warunków. Po wojnie o Kresach nie można było oficjalnie wspominać, teraz to były ziemie Związku Radzieckiego. Na początku lat osiemdziesiątych usłyszałem w autobusie rozmowę dwóch dziewcząt: wiesz, ten mój wujek taki patriota wielki, a ja zobaczyłam w jego dowodzie, że się w ZSSR urodził! Wszyscy urodzeni na ziemiach utraconych od roku 1952, kiedy zaczęto wydawanie nowych dowodów osobistych mieli obok miejsca urodzenia dopisek: ZSRR, a więc Wilno, ZSRR czy Lwów, ZSRR. Dopiero wprowadzenie w 2001 roku plastikowych dowodów zakończyło tę procedurę. Oficjalnie żadnych przesiedleńców czy wypędzonych nie było, byli wyłącznie repatrianci osiedlani „na prastarych ziemiach piastowskich” nazywanymi też „ziemiami odzyskanymi”. Urzędowo zajmował się przesiedleniami Państwowy Urząd Repatriacyjny. Dla mieszkańców kresów była to raczej ekspatriacja — opuszczali ziemie zamieszkiwane od pokoleń i wyjeżdżali w nieznane. W Polsce Ludowej skazani zostali na zapomnienie. Pod koniec lat osiemdziesiątych zaczęto o nich mówić. W 1988 r. założono we Wrocławiu Towarzystwo Miłośników Lwowa — teraz Towarzystwo Miłośników Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich. Później zaczęły powstawać podobne organizacje, zaczęły się rekompensaty za pozostawione mienie. Teraz w internecie jest wiele stron poświęconych Kresom, można wspominać dawne ziemie, choć już niewielu z tam
urodzonych jeszcze żyje. A co się mówi o tych, którzy tam mieszkali i co się mówi o ich potomkach?
Sięgam głównie do komentarzy zamieszczanych w tak opiniotwórczym medium, jakim jest „Gazeta Wyborcza”. „Wrocławiaki, czyli de facto potomkowie ukraińców nawiezionych do tego niemieckiego miasta bydlęcymi wagonami z ukraińskich wiosek zza Żytomierza. Reprezentują zachowania i stan umysłu prosto ze stepów szerokich, gdzie się wychowali ich ojcowi i przekazali im swoje wzorce zachowań.” Albo „Swołocz, to swołocz. Nic innego....może tylko to, że moja Babcia zawsze mi powtarzała ( a była z Wielkopolski), że po wojnie oni za krowim ogonem Bug przekraczali”.
„Zanim zrobicie promocje miasta - weźcie sie …przede wszystkim za wychowanie tych chamów zza Buga. Zamiłowanie do syfu przyjechało do tego miasta bydlęcymi wagonami zza Buga w 1945” pisze internauta podpisujący się jako Alt-Breslu als schöne deutsche Stadt.(sic!). „…co za wredny narod, taki Kargulowy! Nie dosc, ze cisnienie im wzrasta, ze komus lepiej sie powodzi, to i wsadza do kotla wspolnego.... Ale nie dziwota, Wroclaw, to mieszanka kultur, z przewaga azjatycka!” A inny komentator dopowiada w swoim przekonaniu niezwykle dowcipnie : „Tam mieszkają kargule i pawlaki. I co się Dziwisz.” No i mamy, Kargule i Pawlaki. Nikt nigdy nie uczynił, zapewne niechcący, tyle złego w spostrzeganiu wypędzonych z Kresów jak Sylwester Chęciński i jego „Sami swoi”. Scenariusz napisał warszawianin Andrzej Mularczyk, on też opracował dialogi w sztucznej gwarze utworzonej dla potrzeb filmu przy współpracy z językoznawcą Stanisławem Bąkiem. Od tej pory Kresowianie stali się Kargulami i Pawlakami – ot takimi niezbyt mądrymi zacietrzewionymi wiejskimi głupkami, co to spać chodzili na piec, bali się elektryczności, a w ogóle to murowane domy zobaczyli dopiero na zachodzie. I tak zamknęła się historia: naprzód skazani na zapomnienie, a teraz ośmieszani.
- Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
- Odsłony: 111
Urodzenie się we Wrocławiu czyni człowieka o tyle Wrocławianinem, iż takie miasto będzie miał wpisane w akta, a mentalność - przyszła mentalność to zupełnie inna sprawa. Pytanie kim są i skąd są rodzice i dziadkowie, co i jak robią. Z moich obserwacji najbardziej wrocławscy są świeżo przybyli mieszkańcy okolicznych (lub odległych) miejscowości, o ile w sytuacjach codziennych nie sposób odkryć "kto zacz?" to w ruchu ulicznym już tak (rejestracje), zresztą po bliższym zapoznaniu także można dowiedzieć się prawdziwego pochodzenia. I to właśnie tacy nowowrocławianie (a może bardziej nowopolacy) generują takie sytuacje na drogach, chodnikach i trawnikach (twój pies, ale psi stolec już nie), w komunikacji miejskiej czy w kolejkach. I żeby nie było każdemu może zdarzyć się popełnić błąd, pomyłkę czy przeoczenie i tu taki nowoczłowiek jako nowy mieszczuch i zapewne istota z wyższym wykształceniem czuje się predestynowany do pouczania ciemnej masy, rzecz w tym, że ciemna masa też może mieć wyższe wykształcenie, istotną posadę i po prostu osiadła w mieście trochę wcześniej, albo ma innych charakter i to wystarczy, by nie generować konfliktów.
Co do potomków rodowitych niemieckich wrocławian. są tacy co nie wyjechali (co nie czyni ich automatycznie uśpionymi agentami i nie zawsze dziwi, że tego nie zrobili - choć to osobny i rozległy temat), choć skłaniał bym się (w oparciu o rodzinne doświadczenie z pomorza), że najbardziej starowrocławsy i niemieccy mogą być ci, którzy za III Rzeszy zapisali by się dobrowolnie na folksdojcza.
Trudno przyjąć że Wrocław to pierwotnie polskie miasto, w dawnych czasach owszem, ale przecież z historycznego punku widzenia także czeskie, austriackie i pruskie (niemieckie). Śląscy Piastowie z upływem czasu się zgermanizowali i nie jest to zarzut a fakt, choć przecież byli Słowianami.
Na koniec ZSRR - takie miejsce urodzenia wpisywano każdemu i to nawet tym którzy urodzili się przed jego powstaniem, mój dziadek urodzony w Briańsku w guberni orłowskiej w 1916 roku także został zaliczony w poczet obywateli sowieckich.
Ośmieszanie kresowego pochodzenia to temat dla mnie nieznany, choć rozmowy o tym toczyły się w ramach luźnych rozmów z wykładowcami na UWr gdy studiowałem, jedna z Pań Profesor pochodząca gdzieś spod Lwowa urodzona przed wojną głośno zastawiała się jak to możliwe, że Wrocław, bastion Solidarności, miasto pełne przesiedleńców z Kresów z niewiadomych powodów stało się bastionem sympatyków układów postkomunistycznych, odpowiedź na to pytanie nigdy nie padła.
Problemu społeczeństwa tzw "ziem odzyskanych" nie wolno redukować do fenomenu "kresowian czyli ludzi zza Buga". Ci, którzy powiązali swoje losy z ziemiami zachodnimi i północnymi, pochodzili z wielu regionów i rozmaite były powody ich przemieszczeń. Oprócz ekspatriantów z Kresów, pojawili się: niezamożni (biedota) z Mazowsza I Podlasia, Warszawiacy szukający dachu nad głową, członkowie podziemia AK-owskiego, kryjący się przed UB, ludzie z bardzo brzydką historią z lat okupacji, kryjący się przed świadkami ich łajdactw, Ukraińcy z akcji Wisła i nie tylko (byli również tacy, którzy posługiwali się dokumentami Polaków, których wcześniej wymordowali - to funki SBU-OUN-UPA), no i autochtoni, w tym wielu Niemców. Jak w warunkach komunistycznego piekła, mogło z tego powstać homogenne społeczeństwo? Nie mogło i nie powstało. Stąd polskość jest tam przeżywana b. płytko, wręcz naskórkowo.