W poprzednim wpisie postawiłem tezę, która dla części czytelników była zapewne zaskakująca: decyzja Jarosława Kaczyńskiego o odsunięciu Mateusza Morawieckiego i jego środowiska od PiS wcale nie musi oznaczać końca tej części polskiej prawicy. Przeciwnie. Może się okazać początkiem czegoś, czego polska prawica potrzebuje od dawna - poważnej zmiany sposobu myślenia o państwie, gospodarce i przyszłości Polski. Dzisiaj chciałbym tę myśl rozszerzyć, bo obok Mateusza Morawieckiego pojawił się jeszcze jeden element tej układanki, który może mieć dużo większe znaczenie, niż wynikałoby to z codziennego politycznego jazgotu. To prezydent Karol Nawrocki i jego próba stworzenia szerokiego zaplecza ludzi nauki, ekspertów i specjalistów, którzy społecznie pracują nad myśleniem o rozwoju Polski. I właśnie tutaj widzę powód do ostrożnego, ale całkiem realnego optymizmu.
Polska potrzebuje czegoś więcej niż kolejnej wojny.
Od wielu lat polska polityka cierpi na tę samą chorobę. Każda partia ma przeciwnika. Każda partia ma listę jego win. Każda ma swoich ekspertów od udowadniania, że tamci są beznadziejni. Każda ma też własne media, własne sondaże, własne interpretacje i własne grono ludzi, którzy każdego wieczora mogą sobie wzajemnie potwierdzić, że ich obóz ma rację. Tylko gdzie w tym wszystkim jest Polska za dziesięć, dwadzieścia czy trzydzieści lat? Gdzie jest odpowiedź na pytanie, jaki przemysł chcemy mieć? Jaką energetykę? Jakie technologie? Jaką armię? Jaką naukę? Jakie uczelnie? Jak zatrzymać najbardziej zdolnych młodych ludzi? Jak wykorzystać sztuczną inteligencję? Jak zbudować polskie firmy zdolne konkurować na świecie? Jak zwiększyć produktywność? Jak wykorzystać położenie Polski pomiędzy Zachodem a Wschodem? Jak zbudować własne przewagi gospodarcze? Jak sprawić, żeby Polska nie była tylko wielkim rynkiem zbytu dla cudzych produktów, lecz również miejscem, w którym powstają technologie, kapitał i przedsiębiorstwa zdolne podbijać świat? To są pytania znacznie ważniejsze niż kolejna awantura o to, kto kogo obraził w telewizji. I dlatego od dawna powtarzam: prawica nie wygra przyszłości Polski samym krytykowaniem Tuska. Może wygrać dopiero wtedy, kiedy przekona Polaków, że ma lepszy pomysł na ich przyszłość.
Morawiecki pokazał jedną drogę.
Właśnie dlatego tak ważne było dla mnie wystąpienie Mateusza Morawieckiego, kiedy mówił o „dwóch płucach”. Nie chodziło przecież o stworzenie dwóch konkurencyjnych partii. Chodziło o coś znacznie prostszego i jednocześnie znacznie trudniejszego: o możliwość jednoczesnego prowadzenia normalnej działalności politycznej oraz budowania szerokiego zaplecza zdolnego docierać do ludzi, którzy dzisiaj prawicy nie popierają. To była próba wyjścia poza własną bańkę. Poza język partyjnych sporów. Poza przekonanie, że wystarczy codziennie pokazać pięć kolejnych błędów Tuska i sześć kolejnych powodów do oburzenia. Morawiecki rozumiał, że współczesna polityka musi mieć także język rozwoju, że młody człowiek niekoniecznie chce przez cały dzień słuchać o tym, co zrobił Tusk. On chce wiedzieć, czy za dziesięć lat będzie miał dobrze płatną pracę. Czy będzie mógł założyć firmę. Czy jego dzieci będą miały dobrą szkołę. Czy Polska będzie miała własne technologie. Czy będziemy mieli tanią i stabilną energię. Czy państwo będzie bezpieczne. Czy Polska będzie krajem, z którego młodzi wyjeżdżają, czy krajem, do którego będą przyjeżdżali ludzie z całej Europy, bo tutaj będą dobre miejsca pracy. To jest zupełnie inny poziom rozmowy. I właśnie dlatego uważam, że odsunięcie Morawieckiego od PiS może paradoksalnie okazać się dla niego politycznie korzystne. Od tej chwili może bowiem powiedzieć:
Nie odpowiadam już za każdą decyzję partyjnego kierownictwa. Teraz pokażę, co sam proponuję. To ogromna różnica.
I tutaj pojawia się Karol Nawrocki.
Prezydent Karol Nawrocki może do tej układanki wnieść coś innego. Nie konkurencyjny program partyjny. Nie kolejną frakcję. Nie kolejną partię, lecz szerokie środowisko ludzi, którzy potrafią myśleć o Polsce w kategoriach wykraczających poza jedną kadencję parlamentu. W swoim pierwszym roku urzędowania Nawrocki mocno podkreślał znaczenie nauki, niezależności środowisk akademickich i wykorzystania polskiego potencjału intelektualnego. Podczas uroczystości wręczania nominacji profesorskich mówił o wielowiekowej tradycji polskiej nauki i o tym, że uczelnie powinny tworzyć rozwiązania dobre dla polskiego społeczeństwa. Teraz dochodzi do tego jeszcze ważniejsza inicjatywa - szerokie, kilkusetosobowe środowisko ekspertów i naukowców pracujących społecznie nad propozycjami dotyczącymi przyszłości Polski. I właśnie to jest dla mnie niezwykle interesujące, bo jeśli potraktować tę inicjatywę poważnie, można stworzyć coś, czego polska polityka bardzo potrzebuje: stałe intelektualne zaplecze państwa. Nie zaplecze jednej partii. Nie grupę ludzi wynajętych do pisania kolejnych spotów wyborczych. Nie kolejny sztab do produkowania memów, tylko ludzi, którzy wiedzą, jak działa gospodarka, przemysł, nauka, energetyka, obronność, finanse, demografia, nowe technologie i administracja.
Niech eksperci wreszcie zaczną ze sobą rozmawiać.
I tutaj widzę ogromną możliwość. Wyobraźmy sobie, że człowiek od finansów publicznych rozmawia z człowiekiem od energetyki. Człowiek od sztucznej inteligencji z przedsiębiorcą. Ekonomista z demografem. Specjalista od obronności z inżynierem. Naukowiec z menedżerem. Rolnik z technologiem. Człowiek od infrastruktury z urbanistą a wszyscy razem próbują odpowiedzieć na jedno pytanie:
Co zrobić, żeby Polska za dwadzieścia lat była znacznie silniejsza niż dzisiaj?
To jest polityka, której chciałbym. Nie polityka bez sporów. Spory są potrzebne, ale spory o rozwiązania, a nie wyłącznie o intencje przeciwnika.
Morawiecki i Nawrocki nie muszą być konkurentami.
I właśnie tutaj dochodzimy do najważniejszego. Nie widzę żadnego powodu, żeby środowisko Morawieckiego i środowisko prezydenta Nawrockiego musiały się wzajemnie zwalczać. Wręcz przeciwnie. Mogą się uzupełniać. Morawiecki ma doświadczenie w zarządzaniu państwem, finansach, gospodarce i polityce międzynarodowej. Nawrocki ma mandat społeczny wynikający z wyborów prezydenckich i może budować znacznie szerszą płaszczyznę rozmowy społecznej. Jedni mogą przynosić doświadczenie praktyczne. Drudzy - szerokie zaplecze eksperckie. Jedni mogą patrzeć na gospodarkę z perspektywy państwa, które trzeba było realnie prowadzić. Drudzy mogą tworzyć długofalowe strategie. I nie widzę w tym żadnej sprzeczności. Przeciwnie.
Polska jest na tyle duża, że potrzebuje więcej niż jednego ośrodka myślenia.
Najważniejsza zmiana może dokonać się poza Sejmem.
Być może największym błędem polskiej polityki jest przekonanie, że wszystko zaczyna się od partii politycznej. Nie. Partia powinna być końcowym wykonawcą pewnej idei. Najpierw musi być myśl. Potem strategia. Potem program. Potem ludzie zdolni ten program zrealizować. Dopiero na końcu powinna pojawić się walka wyborcza. Tymczasem u nas często wygląda to dokładnie odwrotnie. Najpierw jest sondaż. Potem hasło. Potem spot. Potem atak na przeciwnika a kiedy ktoś zapyta: „A co będziecie robić po wyborach?”, zaczyna się ... gorączkowe pisanie programu. To powinno się skończyć.
I właśnie dlatego jestem dziś bardziej optymistą.
Nie dlatego, że nagle wszystkie problemy polskiej prawicy zniknęły. Nie zniknęły. Nie dlatego, że wierzę, iż Mateusz Morawiecki jest człowiekiem bez błędów. Nie jest. Nie dlatego, że uważam, iż Karol Nawrocki ma już gotową receptę na wszystkie problemy Polski. Nie ma, ale dlatego, że po raz pierwszy od dawna widzę możliwość powstania dwóch różnych, ale potencjalnie uzupełniających się sposobów myślenia o państwie.
Morawiecki może próbować zbudować środowisko nastawione na rozwój, gospodarkę, przedsiębiorczość, inwestycje i pozyskiwanie nowych wyborców. Nawrocki może budować szerokie społeczne i eksperckie zaplecze, w którym nad przyszłością Polski będą mogli pracować ludzie niekoniecznie należący do jakiejkolwiek partii. I jeżeli oba te nurty zamiast ze sobą walczyć zaczną ze sobą rozmawiać, możemy dostać coś naprawdę wartościowego. Nie kolejną prawicową wojnę. Nie kolejną frakcyjną awanturę. Nie kolejną licytację na patriotyczne hasła, tylko konkurencję pomysłów na Polskę. A tego właśnie potrzebujemy, by Polska naprawdę odniosła sukces.
I tutaj chciałbym powiedzieć coś, co często ginie w codziennej politycznej awanturze. Nie jesteśmy krajem przegranym. Nie jesteśmy krajem skazanym na wieczne narzekanie. Przez ostatnie trzydzieści kilka lat Polska wykonała gigantyczny skok cywilizacyjny. Zbudowaliśmy drogi. Rozwinęliśmy przemysł. Powstały tysiące przedsiębiorstw. Weszliśmy do europejskich łańcuchów produkcyjnych. Rozwinęliśmy eksport. Zmodernizowaliśmy miasta. Zbudowaliśmy infrastrukturę, o której wcześniej można było tylko marzyć. Polacy są dziś znacznie zamożniejsi niż pokolenie rozpoczynające transformację. I właśnie dlatego nie powinniśmy myśleć o Polsce jak o kraju, który trzeba dopiero „uratować”. Polskę trzeba przyspieszyć. To zupełnie inna filozofia. Nie odbudowa z ruin, tylko wejście na następny poziom.
Następny etap: od imitacji do tworzenia.
Przez pierwsze dekady transformacji bardzo dużo korzystaliśmy z tego, co już wymyślili inni. I bardzo dobrze. Trzeba było nadrobić ogromne zapóźnienia, ale teraz nadchodzi moment, kiedy sama imitacja przestaje wystarczać. Musimy coraz częściej sami wymyślać. Polska powinna produkować nie tylko części dla zagranicznych koncernów, ale również własne technologie. Nie tylko być miejscem montażu. Nie tylko dostarczać dobrze wykształconych pracowników. Nie tylko być atrakcyjnym rynkiem dla zagranicznego kapitału. Musimy budować własny kapitał, własne technologie, własne marki i własne przewagi a do tego potrzebujemy nauki. Potrzebujemy przedsiębiorców. Potrzebujemy państwa. Potrzebujemy ludzi, którzy potrafią myśleć długoterminowo. I właśnie dlatego tak interesuje mnie inicjatywa budowania szerokiego zaplecza ekspertów przy prezydencie. Jeżeli zostanie potraktowana poważnie, może być jednym z ważniejszych elementów tej zmiany.
Największym kapitałem Polski są Polacy.
Nie wierzę w Polskę skazaną na wieczne kompleksy. Nie wierzę też w Polskę, którą trzeba bez końca przekonywać, że „nic się nie da”. Da się. Pokazaliśmy to przez ostatnie trzydzieści kilka lat. Problem polega na tym, że musimy teraz przejść z etapu nadrabiania zaległości do etapu budowania przewagi a to wymaga zupełnie innego myślenia. Potrzebujemy młodych ludzi. Potrzebujemy ambitnych przedsiębiorców. Potrzebujemy naukowców, którzy nie chcą tylko zdobywać grantów, ale chcą tworzyć technologie. Potrzebujemy urzędników, którzy rozumieją, że ich zadaniem jest pomagać, a nie przeszkadzać. Potrzebujemy polityków, którzy potrafią powiedzieć nie tylko „Tusk zrobił źle”, lecz przede wszystkim: „My zrobimy to lepiej - i oto dokładnie jak.”
To może być początek dobrej zmiany na prawicy.
I dlatego nie traktuję obecnej sytuacji wyłącznie jako kolejnego rozłamu. Być może jest to bolesny etap porządkowania polskiej prawicy. Być może po raz pierwszy od dawna różne środowiska będą musiały udowodnić swoją wartość nie poprzez lojalność wobec jednego lidera, ale poprzez zdolność przekonania ludzi. To może być bardzo zdrowa konkurencja. Morawiecki będzie musiał pokazać, że potrafi zbudować coś większego niż własne środowisko. Nawrocki będzie musiał pokazać, że szerokie zaplecze eksperckie potrafi przełożyć swoje pomysły na realną politykę. PiS będzie musiał pokazać, że potrafi wyjść poza własny elektorat a wszystkie te środowiska będą musiały w końcu odpowiedzieć na pytanie najważniejsze:
Co proponujecie Polsce?
Nie Tuskowi. Nie sobie nawzajem. Nie komentatorom. Polsce. I właśnie wtedy zacznie się prawdziwa polityka. Zamiast wiecznej wojny - wielki projekt Może więc paradoksalnie obecne zamieszanie jest początkiem czegoś dobrego. Może zamiast jednej prawicy zamkniętej w jednym partyjnym pokoju będziemy mieli kilka środowisk konkurujących ze sobą pomysłami. Może jedni będą mocniejsi w gospodarce. Inni w bezpieczeństwie. Jeszcze inni w nauce. Jeszcze inni w polityce społecznej a najlepsze pomysły będą mogły się ze sobą spotkać. To byłaby naprawdę dobra konkurencja, bo Polsce nie potrzeba dzisiaj kolejnej wojny wszystkich ze wszystkimi. Polsce potrzeba wyścigu o to, kto pierwszy wymyśli lepszą Polskę. I tutaj właśnie widzę największą szansę. Mateusz Morawiecki może być jednym z ludzi, którzy wniosą do tej debaty doświadczenie państwowe, gospodarcze i międzynarodowe. Karol Nawrocki może być jednym z ludzi, którzy stworzą dla tej debaty szerokie społeczne i eksperckie zaplecze. Nie muszą iść tą samą drogą. Nie muszą nawet we wszystkim się zgadzać, ale jeżeli ich drogi będą prowadziły do jednego celu - silnej, nowoczesnej, bogatej i bezpiecznej Polski - to może się okazać, że właśnie różnorodność będzie ich siłą a wtedy rzeczywiście może się wydarzyć coś, na co czekam od dawna.
Polityka przestanie być przede wszystkim pytaniem: „Kogo dzisiaj zaatakujemy?” A stanie się pytaniem: „Co możemy jutro zbudować?” I jeżeli polska prawica nauczy się wreszcie zadawać to drugie pytanie, będę miał powód do optymizmu, bo Polska nie potrzebuje już polityków, którzy obiecają jej przetrwanie.
Polska potrzebuje ludzi, którzy odważą się zaproponować jej następne trzydzieści lat rozwoju.
I być może właśnie zaczyna się czas, w którym takich ludzi będzie więcej.
"Morawiecki i Nawrocki nie muszą być konkurentami. "
Ba. Nie mogą być konkurentami, bo Konstytucja tego zabrania Prezydentowi, który jest bezpartyjny i stoi na straży Konstytucji.
Prezydent to osoba wykształcona i kulturalna, wbrew temu co twierdzą o nim jego antypolscy przeciwnicy rodem z PRL i różnych zagranicznych agentur. Padają określenia sutener, alfons, ćpun, kibol. Nazywają go Batyr, choć nie wiedzą, że to pochwała, bo to pseudonim powstańczy Witkiewicza, dziadka Witkacego :)
Mam wrażenie, że tym razem przeczytałeś pierwsze zdanie mojego tekstu, a resztę dopisałeś sobie według własnego uznania U2. Nigdzie nie twierdziłem, że Morawiecki i Nawrocki mają być konkurentami politycznymi. Wręcz przeciwnie - cały sens mojego wpisu jest dokładnie odwrotny. Uważam, że mogą być wartościowi właśnie dlatego, że działają w różnych rolach i dysponują innymi atutami. Konstytucyjna bezpartyjność prezydenta nie oznacza przecież, że prezydent ma być politycznie niemy, nie może mieć własnych poglądów, inicjować debat dotyczących rozwoju państwa czy współpracować z ludźmi mającymi pomysły na przyszłość Polski. Oznacza natomiast, że urząd prezydenta nie jest partyjnym stanowiskiem. I właśnie dlatego w moim tekście pisałem o kilkusetosobowej Radzie Społecznej i pracach nad programem rozwoju Polski. To jest zupełnie inny poziom rozmowy niż partyjna wojna: naukowcy, eksperci z różnych dziedzin, gospodarka, technologie, inwestycje, edukacja, bezpieczeństwo i długofalowa strategia państwa.
Morawiecki z kolei ma doświadczenie w zarządzaniu państwem, finansach, gospodarce i polityce międzynarodowej. Można krytykować jego konkretne decyzje - sam wielokrotnie to robiłem, ale trudno udawać, że takiego doświadczenia nie posiada. Dlatego właśnie napisałem, że razem można więcej. Nie „Morawiecki przeciw Nawrockiemu”, tylko prezydent dysponujący zapleczem społecznym i eksperckim oraz politycy posiadający doświadczenie w zarządzaniu państwem mogą się wzajemnie uzupełniać.
Co do reszty Twojego komentarza: lista epitetów kierowanych pod adresem Nawrockiego i rozważania, czy „Batyr” jest pseudonimem Witkacego, nie są argumentem przeciwko temu, co napisałem. To jest po prostu kolejny przykład naszej polskiej specjalności: zamiast rozmawiać o tym, jak rozwijać państwo, zaczynamy rozstrzygać, kto kogo nazwał ćpunem, kibolem albo agentem a przecież właśnie przed takim sposobem prowadzenia polityki przestrzegałem. Jeżeli mamy wreszcie zacząć rozmawiać o Polsce za 10–20 lat, to naprawdę szkoda czasu na kolejną wojnę o epitety. Mnie znacznie bardziej interesuje to, co ci ludzie chcą zbudować, niż to, jakimi przezwiskami obrzucają ich przeciwnicy.
"Nigdzie nie twierdziłem, że Morawiecki i Nawrocki mają być konkurentami politycznymi."
A ja nigdzie nie twierdziłem, że ty tak twierdziłeś. Odniosłem się do możliwej rywalizacji Prezydenta z partiami poilitycznymi, co jest sprzeczne z Konstytucją.
Ba. Twierdzę nawet, że Prezydent może nawet owocnie współpracować z rządzącą kałolicją 13 grudnia. Nie widzę przeszkód do takiej współpracy, o ile rządząca kałolicja będzie respektowała decyzje Prezydenta, a nie obchodziła je uchwałami i "dekretami" Tuska. Takie są reguły demokratycznego świata, że są urzędy i urzędnicy, że są partie i są politycy. Jeśli jedna partia chce zawładnąć całą sceną polityczną nie licząc się z wybranymi przedstawicielami społeczeństwa to mamy to co mamy, czyli zamach stanu.
Właśnie potwierdziłeś mój zarzut, że polemizujesz z tezą, której nie postawiłem. Napisałem, że Morawiecki i Nawrocki mogą się uzupełniać przy pracy nad programem rozwoju Polski. Ty odpowiadasz, że prezydent nie może rywalizować z partiami politycznymi. Tylko że ja nigdzie nie twierdziłem, że ma z nimi rywalizować, tworzyć partię czy przejmować PiS. To trochę jak odpowiedzieć na pytanie o budowę domu wykładem o zasadach ruchu drogowego.
O „koalicji 13 grudnia”, dekretach Tuska i zamachu stanu również nie pisałem. To są już Twoje własne rozważania, a nie odpowiedź na mój tekst.
Sedno jest proste: prezydent może być bezpartyjny, Morawiecki może działać politycznie, a obaj mogą jednocześnie współpracować przy sprawach ważnych dla państwa. Nie ma tu żadnej sprzeczności z Konstytucją ani potrzeby budowania teorii o rywalizacji.
Naprawdę warto najpierw przeczytać, co autor napisał, a dopiero potem z tym polemizować.
Bzdura. To są różne drogi i różne kierunki. Przykładem sąt ostatnie "korzystne" propozycje Morawieckiego, dotyczące zastąpienia *800+" i babciowego, pensją rodzinną (3600 PLN), dla dzieci poniżej 3 lat. Rożnica jest fundamentalna: 800+ (mnożone przez liczbę dzieci) i babciowe, są wypłacane bezwarunkowo, a pensja rodzinna, narzuca wybór pomiędzy własną pracą, a "rodzinną". To zwykły, banksterski myk, mający na celu zabranie świadczeń rodzicom zarabiającym więcej niż średnia. O to w tym wszystkim chodzi. Propozycja niekorzystna, mętna i groźna. Nic dziwnego, że Elżbieta Rafalska się po niej przejechała. Morawiecki ma niewiele wspólnego z PiS-em i dobrze by było, by wykluczyć możliwość wspólnego startu "rozwoju" z PiS-em.
Zanim ogłosisz propozycję Morawieckiego „mętną, groźną i banksterskim mykiem”, wypadałoby najpierw dokładnie ustalić, co Morawiecki rzeczywiście zaproponował Drogi Ałtorytecie. Na razie w Twoim komentarzu widzę bardzo szczegółową interpretację, ale nie widzę podstawowego elementu: źródła tej interpretacji. 800+ rzeczywiście jest świadczeniem powszechnym i obecnie przysługuje na każde dziecko do 18. roku życia, niezależnie od dochodu rodziny. Jeżeli więc Morawiecki rzeczywiście zaproponował zastąpienie 800+ oraz „babciowego” jednym świadczeniem w wysokości 3600 zł dla dzieci do trzeciego roku życia, to jest to bardzo konkretna propozycja i można ją bardzo konkretnie analizować, ale wtedy proszę podać wypowiedź Morawieckiego albo dokument, w którym to zostało przedstawione, bo na razie wykonujesz ciekawy manewr: najpierw przypisujesz Morawieckiemu określoną konstrukcję programu, następnie sam ustalasz jej konsekwencje, a na końcu ogłaszasz, że jest to „banksterski myk”. To trochę tak, jakby najpierw napisać komuś projekt ustawy, potem go za niego uchwalić, a na końcu skrytykować.
Jeszcze ciekawsza jest sprawa Elżbiety Rafalskiej. Owszem, Rafalska krytykowała pomysły ograniczania 800+ - na przykład pomysł, aby świadczenie przysługiwało tylko pracującym rodzicom, ale to nie jest dowód, że skrytykowała właśnie tę konkretną propozycję Morawieckiego dotyczącą „pensji rodzinnej” w wysokości 3600 zł. Skoro już używasz jej nazwiska jako argumentu, to warto podać dokładny cytat i źródło. Inaczej wychodzi z tego kolejna polityczna legenda: „Rafalska skrytykowała”, więc sprawa załatwiona.
Ja w swoim tekście nie pisałem, że każda propozycja Morawieckiego jest z definicji dobra. Pisałem o czymś zupełnie innym: że Morawiecki i środowisko związane z rozwojem mogą stanowić jeden z elementów szerszej układanki, która potrzebuje zarówno doświadczenia państwowego, jak i nowego myślenia o gospodarce i przyszłości Polski. Jeżeli więc masz argument przeciwko konkretnej propozycji Morawieckiego - bardzo proszę. Chętnie go rozważę, ale najpierw ustalmy, co rzeczywiście zaproponował, a dopiero później będziemy się spierać, czy jest to dobre, złe, liberalne, socjalne czy „banksterskie”, bo krytykowanie własnej wersji cudzego programu jest trochę łatwiejsze niż krytykowanie programu, który ten ktoś rzeczywiście przedstawił.
Obawiam się Spike, że znowu przypisujesz mi znaczenie, którego w moim zdaniu po prostu nie ma. Zdanie „PiS musi wyjść poza własny elektorat” nie oznacza ani przyjęcia ideologii LGBT, ani euro, ani rezygnacji z Konstytucji, ani podporządkowania się Brukseli. Oznacza dokładnie to, co oznacza: jeżeli partia chce zdobyć większość, musi przekonać również ludzi, którzy dzisiaj na nią nie głosują. Naprawdę nie ma w tym żadnej „otchłani nieznanego”.
Jeżeli ktoś uważa, że wyjście poza własny elektorat oznacza automatycznie porzucenie własnych wartości, to właściwie zakłada, że jego partia jest zdolna rozmawiać wyłącznie z ludźmi, którzy już się z nią zgadzają. To byłaby raczej definicja politycznej bańki niż strategii wyborczej. Można przecież jednocześnie bronić własnego programu i próbować przekonać nowych ludzi. Można mówić o bezpieczeństwie, gospodarce, demografii, energetyce, inwestycjach, podatkach czy suwerenności państwa, nie zamieniając każdej wypowiedzi w test lojalności ideologicznej. I właśnie tego dotyczył mój tekst. Nie pisałem: „PiS ma stać się podobny do swoich przeciwników”. Pisałem: „PiS musi znaleźć sposób, żeby przekonać ludzi, którzy dzisiaj wybierają inaczej albo w ogóle nie chcą na PiS głosować”. To jest zasadnicza różnica.
Co do „zdolności koalicyjnej” - tutaj również warto zejść z poziomu wielkich słów na ziemię. Partia może mieć rację w wielu sprawach, a jednocześnie nie być zdolna do zawierania trwałych porozumień. I właśnie dlatego każda kolejna wojna na prawicy może być korzystna przede wszystkim dla przeciwnika.
Naprawdę nie wiem, jaki związek ma moje zdanie o konieczności poszerzenia elektoratu PiS z tym, że Jarosław Kaczyński w 2010 roku nie poleciał samolotem do Smoleńska. To już jest zupełnie inna rozmowa i nie widzę powodu, żeby robić z niej argument w dyskusji o strategii wyborczej. Tym bardziej że kiedy do każdego politycznego problemu zaczynamy dopisywać Brukselę, euro, LGBT, sądownictwo, Konstytucję, Smoleńsk, Opatrzność i „tych, co to zaplanowali”, to po pewnym czasie przestajemy analizować politykę, a zaczynamy budować związek przyczynowy między wszystkim a wszystkim.
A mój tekst był znacznie prostszy.
Jeżeli PiS chce ponownie rządzić Polską, musi przekonać także tych, którzy dzisiaj nie chcą na PiS głosować.
Jeżeli ktoś uważa, że jest to postulat lewicowy, brukselski albo antypolski, to naprawdę mamy już problem nie z moim tekstem, tylko ze znaczeniem słów.
PiS będzie musiał pokazać,że potrafi wyjść poza swój elektorat''....Nie wygra się przyszłości Polski samym krytykowaniem Tuska co autor zarzuca Kaczyńskiemu uważając że odsunięcie Morawieckiego od,,trędowatej'' części PiS-u okaże się korzystne dla Morawieckiego i Polski.Wreszce będzie czas na pytania o Polskę,o rozwój,o dobrą szkołę,o technologię bez mówienia o aferach,przestępstwach,nieprawidłowościach.Tylko jak autor wyobraża sobie te wszystkie budujące rozmowy i zamierzenia jężeli nie pokaże się palcem gdzie tkwi zło?Przypuszczam,że autor obwiniając PiS o krytykę tego zła chce zamieść pod dywan wszystko,polożyć grubą kreskę niczym Mazowiecki,nie mówić o aferach, o łamaniu prawa ,o złodziejstwie ,skorumpowanych sądach na telefon,o niszczeniu opozycji,o niby demokracji którą należy rozumieć tak jak to chce Tusk. Żeby cokolwiek zmieniać i przyspieszyć rozwój to niestety trzeba krytykować nawet ostrzej niż robi to poniewierany Kaczyński. Co można zmienić i po co skoro jest tak dobrze w reżimie?Autor chciałby zamknąć usta krytykantom i pokazać,że to co robią jest złe i przejść płynnie do ,,naprawy'' Polski wg swojej recepty mówienia tylko o przyszłości.Czy upragnione przez autora notki wyrzucenie Kaczyńskiego poza nawias życia publicznego jest tym wyjściem? I czy laurki pod adresem Morawieckiego nie są przedwczesne? Prezydent podkreślił wyraźnie ,że chce rozmawiać ze wszystkimi środowiskami a nie tylko z grupą Morawieckiego w sprawie jedności prawicy. Obawiam się,że ludzie nienawidzący Kaczyńskiego będą swoim jątrzeniem dążyć do jej rozbicia,oskarżać Kaczyńskiego o wrogi stosunek do prezydenta co na NB stało się natychmiast po wygranej Nawrockiego.
"ludzie nienawidzący Kaczyńskiego będą swoim jątrzeniem dążyć do jej rozbicia,oskarżać Kaczyńskiego"
To nic osobistego, tak działają najęci hejterzy, czy to w sieci komputerowej, czy w mediach publicznych.
Dlatego rozłam PiS jest... dobry. Prof. Czarnek może zdobyć nowy elektorat, który obecnie jest zagubiony i woli głosować na Niemców typu Braun i Mentzen, bo są radykalni i obiecują gruszki na wierzbie jak niemiecki namiestnik Tusk, ale nie są Tuskiem, tylko nowym narybkiem niemieckiej Agentur.
A na Morawieckiego zagłosują ludzie umiarkowani, tacy jak ja. Którym podoba się spokojna polityka oparta nie na wzajemnym hejtowaniu, tylko na rozwoju.