Jeszcze kilka miesięcy temu miałem nadzieję, że Prawo i Sprawiedliwość zrozumiało wreszcie, iż po przegranych wyborach potrzebuje nie kosmetyki, lecz głębokiej zmiany pokoleniowej. Miałem nadzieje, że partia, która przez lata dominowała po prawej stronie sceny politycznej, znajdzie w sobie odwagę, by oddać ster młodszym politykom i rozpocząć nowy etap. Dzisiaj tej nadziei praktycznie już nie mam, bo wydarzenia ostatnich miesięcy układają się w pewien logiczny ciąg.
Najpierw pojawił się Zbigniew Bogucki - jeden z nielicznych polityków PiS, który zaczął być postrzegany jako naturalny kandydat do przejęcia przywództwa po Jarosławie Kaczyńskim. Młody, spokojny, merytoryczny, bez wielkiego politycznego bagażu. I niemal natychmiast pojawił się pomysł premiera technicznego. Można oczywiście twierdzić, że był to przypadek. Można. Ja jednak do dziś uważam, że gdyby Bogucki przyjął tę propozycję, skończyłby dokładnie tak, jak skończył Przemysław Czarnek, bo gdy później kandydatem został Czarnek, projekt umarł praktycznie zanim zdążył się rozpocząć. Nie zbudował niczego, nie zmienił niczego za to skutecznie zużył kolejnego polityka.
Gdy ten etap się zakończył, rozpoczął się następny. Coraz wyraźniej zaczęło być widać, że wewnątrz PiS istnieją dwa nurty. Pierwszy - wierny dotychczasowemu sposobowi zarządzania partią. Drugi - skupiony wokół Mateusza Morawieckiego, próbujący budować nowe środowiska, nowe zaplecze i przygotować partię na czas po Jarosławie Kaczyńskim. Nie widziałem dotąd żadnej wypowiedzi Mateusza Morawieckiego, z której wynikałoby, że chce rozbić PiS. Przeciwnie. Wszystko wskazywało raczej na próbę przejęcia przywództwa wewnątrz tej samej partii. I właśnie wtedy padło ultimatum.
Albo likwidacja stowarzyszeń, albo opuszczenie partii.
Jeżeli tak wygląda przygotowanie do zwycięstwa wyborczego, to trudno nie odnieść wrażenia, że ktoś pomylił przeciwników, bo zamiast koncentrować energię na walce z Donaldem Tuskiem, cała energia została skierowana do środka. Na własnych ludzi. Na własnych działaczy. Na własne zaplecze. Nie wiem, jak zakończy się ten konflikt. Być może Mateusz Morawiecki ustąpi. Być może odejdzie. Być może wydarzy się jeszcze coś, czego dziś nie przewidujemy, ale jedno jest pewne. Każdy kolejny dzień tej wojny oznacza prezent dla obecnej władzy. Donald Tusk nie musi nic robić. Prawica wykonuje tę pracę za niego.
Od dawna powtarzam, że największym problemem PiS nie jest Donald Tusk. Największym problemem PiS jest niezdolność do przeprowadzenia kontrolowanej zmiany przywództwa. Partie polityczne nie są wieczne. Liderzy również nie. Największe ugrupowania świata przechodziły zmiany pokoleniowe. Jedne robiły to spokojnie. Inne kończyły rozłamami. Dzisiaj wszystko wskazuje na to, że PiS wybrał trzeci wariant. Trwanie za wszelką cenę. Nawet jeśli ceną okaże się kolejna przegrana.
To oczywiście moja interpretacja wydarzeń. Patrzę na fakty i wyciągam z nich własne wnioski. Być może się mylę a nawet chciałbym się mylić, bo jeżeli rzeczywiście priorytetem stało się utrzymanie pełnej kontroli nad partią, nawet kosztem jej przyszłości, to druga kadencja Donalda Tuska może zostać rozstrzygnięta nie na wiecach KO, lecz na Nowogrodzkiej.
Historia pokazuje, że wielkie partie rzadko przegrywają dlatego, że przeciwnik jest niezwyciężony. Znacznie częściej przegrywają dlatego, że w decydującym momencie bardziej boją się własnej zmiany niż własnej porażki. Jeśli prawica nie zrozumie tej lekcji, to o wyniku następnych wyborów może zdecydować nie Donald Tusk, lecz jej własne decyzje.
Wielkie partie przegrywają dlatego,że siła nagonki i siła propagandy innych dużych partii oblepionych planktonem jest tak długa i tak intensywna,że działacze zaczynają szukać innej formuły. Tym razem jest to chyba jednak tylko pretekst do opuszczenia PiS-u któremu zarzucono już wszystkie zbrodnie świata, reżim grozi delegalizacją i odbieraniem funduszy bez których żadna partia się nie utrzyma więc sprytniejsi przezornie dążą do opuszczenia okrętu. Niektórzy z działaczy stowarzyszenia nawet już nie płacą składek co stanowi spory uszczerbek przed kampanią prezydencką.To oni udając skrzywdzone ofiary opuszczą partię grając na Tuska.Byłoby uczciwiej gdyby podali prawdziwe powody konfliktu.
Prawdziwe powody konfliktu są jasno wyrażone przez Morawieckiego: czas płynie, PIS stoi wiec nie nadąża.
Problem w tym, że wyznawcy PIS nie potrzebują prawdziwych powodów konfliktu tylko tych prawdziwszych. Dla wyznawców najlepiej by było gdyby czas stanął razem z pisem.