Przejdź do treści
Strona główna

menu-top1

  • Blogerzy
  • Komentarze
User account menu
  • Moje wpisy
  • Zaloguj

Wspomnienie o Piotrze Wierzbickim (1935-2025)

Teresa Bochwic, 24.06.2026

Wspomnienie osobiste

Ten niezwykły, wspaniały autor wielu pisanych wzorcową polszczyzną książek i setek, a może 
i tysięcy płomiennych felietonów, odcisnął piętno na ważnym etapie mego życia. Zaczęło się to 
w końcu lat siedemdziesiątych XX wieku a potem rozwijało w najgorętszych pierwszych latach po transformacji Polski 1989 roku. Pracowaliśmy wtedy w „Tygodniku Solidarność”, a potem w pełnych emocji dyskusjach jesienią 1991 roku stworzyliśmy gazetę codzienną „Nowy Świat. Pismo dla wszystkich sfer”, gdzie byłam jego zastępczynią przez kilka miesięcy. 

Poznałam Piotra w późnych latach siedemdziesiątych, zwieńczonych powstaniem „Solidarności” w 1980 roku. Spotykałam go na rozmaitych „latających” na odczytach i dyskusjach, np. w salonie Ani i Tadeusza Walendowskich, w „knuciu” dookoła wykładów i nielegalnych wydawnictw, a także na seminarium psychologii humanistycznej Krystyny Starczewskiej. Uczestniczył wtedy w wielu dyskusjach środowiskowych o naprawie oświaty, która przejmowała go nie mniej niż ulubiony temat – prywatyzacja gospodarki.

Piotr to wieloletni autor znanych wtedy wszystkim felietonów 
z intelektualnej „Współczesności” i częściowo niezależnego „Tygodnika Powszechnym” oraz reportaży w tygodniku (to był tygodnik?)„Literatura”. Z tej ostatniej redakcji wyrzucono go po tym, jak podpisał list otwarty z protestem przeciwko zmianom w konstytucji PRL, których skutkiem miało być zacieśnienie przyjaźni ze Związkiem Radzieckim i wzmocnienie władzy PZPR. To także autor książki Entuzjasta w szkole (1977), owocu jego kilkuletniego doświadczenia nauczycielskiego, które można streścić hasłem/bardzo krótko: z szacunkiem do ucznia! Namiętny zwolennik liberalizmu gospodarczego, którą to ideę odziedziczył po swym dziadku, Andrzeju Wierzbickim, działaczu „Lewiatana”, najpotężniejszej organizacji pracodawców w II Rzeczypospolitej. Stąd brał się zapiekły, czasem wręcz komiczny dla mnie liberalizm Wierzbickiego – „w USA codziennie rano w pobliskim prywatnym sklepiku kupowałem chrupiące pyszne bułeczki”, pisywał w felietonach. Fakt, polski „socjalizm” nigdy chrupiących bułeczek się nie dorobił, bo prywaciarzy tępił i wsadzał do więzienia. Zabawne, że kiedyś, przed wojną, z „Lewiatanem” spierał się i walczył mój Dziadek, Bronisław Wojciechowski, poseł BBWR, piłsudczyk, wicedyrektor Mariana Wieleżyńskiego w „Gazolinie”. A jednak znaleźliśmy z Wierzbickim wspólny mianownik – wolną Polskę. 

Po powstaniu Komitetu Obrony Robotników jesienią 1976 roku Wierzbicki pisywał w podziemnym „Biuletynie Informacyjnym”, „Głosie” i „Zapisie”. Napisał w tym okresie wiele tekstów, wydanych w drugim obiegu drobniutkim pismem maszynowym. Pierwszą książką był Cyrk, groteskowa satyra na PRL. Porównał w niej Polskę Ludową do absurdalnego cyrku pełnego treserów, klownów, iluzjonistów, biurokratów i marionetek. Parodiował mechanizmy propagandy, cenzury, wytykał też oportunizm intelektualistów, kłamstwa ideologiczne i upodlenie życia codziennego w totalitarnym absurdzie. Warto byłoby ją wydać współcześnie!

Aktywnie uczestniczył w oporze społecznym. Prędko dostrzegł kilka ważnych nurtów ideowych w kręgach opozycji. Nie wahał się pisać o nich krytycznie, wbrew zasadzie, że za wszelką cenę trzeba zwierać szeregi. W „Zapisie” opublikował Traktat o gnidach, tym razem ostry pamflet na temat oficjalnej inteligencji PRL. Traktat sprawił, że inteligentów wysługujących się komunie zaczęto nazywać „białymi gnidami na czerwonej szmacie”. Zareagowali na ten tekst dwaj późniejsi znani przeciwnicy polityczni: Adam Michnik – krytycznie w „Zapisie”, i Jarosław Kaczyński – pozytywnie w „Głosie”.

We wrześniu 1980 roku, w pierwszych dniach ruchu przekształcającego się w ogromną, wszech narodową „Solidarność”, zostałam redaktorem podziemnego biuletynu dla nauczycieli pt. „Rozmowy”. Jak większość ówczesnych wydawnictw drugiego obiegu, było to kilka kartek przepisywanych gęsto na maszynie (nota bene przez moją Mamę, Annę Rudzińską, więźniarkę polityczną PRL w latach 1961/62). Do ogłoszenia stanu wojennego, gdy zamknięto „Rozmowy”, wyszło 13 numerów pisma. Szukałam autorów tekstów, Wierzbicki był kandydatem oczywistym. 

Zaproponowałam mu drukowanie w moich „Rozmowach” wszystkiego, cokolwiek napisze. Dał tekst bardzo znaczący. Był to projekt nowego przedmiotu licealnego „Wiedza o człowieku”. Przedstawił pomysł utworzenia Biblioteki Ucznia Myślącego. Chodziło o ustalenie listy „kilku, powiedzmy, dziesięciu książek – pisał – ale dyskwalifikujemy zaraz na wstępie wszystko, co trąci propagandą (…) intelektualistów dla ubogich i trzy czwarte liberałów, unikowców, co to chcą naraz podlizać się władzy i zrobić dobre wrażenie w literackiej kawiarni”. „To mają być książki wchodzące w głąb” rozmaitych dziedzin wiedzy, „szczegółowe, które mają kontakt z ogólnością, które do niej prowadzą, które się na nią otwierają. A cóż jest ową ogólnością? Ową ogólnością jest człowiek. Książki, które uczniowi ułatwią poznanie samego siebie. (…) Muszą być łatwe, przystosowane do możliwości uczniów, przystosowane do możliwości nauczycieli, książki dobrze, atrakcyjnie napisane, książki ciekawe”. Czyli coś z Platona, coś z Seneki, z Karola Wojtyły i z Fromma, bo „tych książek u nas nie było w szkole”. Różne w nich istnieją, sprzeczne czasem poglądy, ale chodzi o to, „żeby uczeń dowiadywał się, jak ludzie myślą.” To uczyłoby tolerancji. Nauczyciele też ich wcześniej nie powinni znać, „powinni je czytać dopiero razem z uczniami, a nie mądrzyć się”. Dzisiejsza szkoła zdaniem Wierzbickiego „wspiera tezę, że prawda jest jedna, że rację mają tylko jedni, że inaczej nie myśli nikt, z wyjątkiem głupców i złoczyńców”. 

Cytaty powyższe pokazują dobrze nie tylko oryginalną myśl Wierzbickiego, ale także jego namiętny, bezpośredni styl „zwykłego człowieka”, pobudzający do myślenia a zrozumiały dla każdego. Był to język nowoczesnego konserwatysty i zyskiwał mu popularność w rozmaicie wykształconych warstwach czytelniczych. Miało się ochotę drukować go i wołać: więcej, więcej! 

Po ogłoszeniu stanu wojennego 13 grudnia 1981 roku Wierzbicki został internowany już pierwszego dnia – w Białołęce, potem w Jaworzu i Darłówku. Uwięziony do 10 lipca 1982, a więc na siedem miesięcy. I tu pokazał się jako oryginał, tym razem w życiu. O tym człowieku o trudnym charakterze, ale i wymagającym od siebie, opowiadał mi potem jego towarzysz z celi, Piotr Topiński: „Wierzbicki nosił w więzieniu ciężkie i twarde, wysoko sznurowane buty turystyczne. Żeby założyć i zawiązać sznurowadła w takich butach, trzeba sporego wysiłku. Używał do tego stołka. Większość ludzi w takiej sytuacji stawia nogę w bucie na stołku, schyla się do niego i sznuruje but. Piotr stawiał na stołku jedną nogę, noga w bucie do zasznurowania stała na podłodze. Schylał się do niej niziutko, niziutko i dopiero wtedy przewlekał sznurowadło przez dziurki i z trudem je zawiązywał.” 

W stanie wojennym każde z nas popędziło w trochę inną stronę, nie pamiętam Piotra z tych czasów. Pamiętam natomiast jego książkę, wydaną w podziemiu w 1985 roku pt. Myśli staroświeckiego Polaka. Dostałam ją od jednego z przyjaciół ze środowiska „Głosu”. Piotr był wielkim entuzjastą Dmowskiego i sparafrazował tytuł jego sławnej pracy, by podkreślić zbieżność poruszanych przez siebie wątków z myślą dawnego polityka. Określił tu wyczerpująco rysujący się w peerelowskiej opozycji od lat wyrazisty podział między opozycją prawicową a lewicową. Pokazał, że ten podział jest następstwem sytuacji widocznej od początkowych lat komunizmu, a wynika z oczywistego dla części czytelników przeciwieństwa losów - a stąd poglądów - działaczy tzw. prawicowych i tzw. lewicowych. 

Lewica postkomunistyczna, którą miał na myśli, była w tych latach bardzo znacząca w opozycji, a stała się lewicą, jak pisał, od czasu sławnej książki Michnika Kościół, lewica, dialog. To Adam Michnik byłych komunistów z zapleczem na wschodzie naznaczył szlachetną nazwą lewicy. Już w  1966 roku, gdy Leszek Kołakowski wycofał się z „komunistycznych błędów młodości”, przestało się w opozycji wypominać komunistyczny rodowód „lewicowcom”. Tym niegdyś z legitymacją Komunistycznej Partii Zachodniej Ukrainy czy Białorusi, często NKWD, PPR, a po wojnie UB i PZPR. „Manikiurzyści” i inni zbrodniarze z UB, a także zwyczajni prześladowcy np. studentów i profesorów uniwersyteckich, po Październiku 56` poszli do redakcji czasopism i do wydawnictw, by w 12 lat później wyjeżdżać z Polski jako prześladowani Żydzi. W pełni stało się to oczywiste w marcu 1968 roku – wśród wypędzonych przez moczarowców Żydów wielu wywodziło się z tych właśnie środowisk.  

Stan wojenny to czas, gdy Michnik i jego współpracownicy zaczynają głosić, że „nie istnieje już coś takiego jak prawica i lewica”. Wierzbicki uważał przeciwnie. Opisał obie te formacje w kilku rozdziałach Myśli…, podkreślając fundamentalne różnice w ich sytuacji. „Nie popełni się grubego błędu – pisał – jeśli się powie, że prawicowcy są to dzisiaj ludzie o na ogół niższym statusie społecznym niż lewicowcy.” Dawny podział stracił już ważność: „Jeżeli któraś z tych formacji cośkolwiek tutaj (w PRL) posiada, to lewica; prawica dawno poszła z torbami.” Ale „dominacja lewicy w PRL nie była rezultatem wolnej gry sił. (…) Przez 10 pierwszych lat PRL lewica walczyła z prawicą nie tylko słowem, lecz również ogniem i mieczem, wspierając argumenty marksistowskiej dialektyki policyjnym terrorem, deportacjami, aresztowaniami, wyrzucaniem na bruk.” 

Przez następne 20 lat – po 1956 roku – lewica zdaniem Wierzbickiego miała monopol w życiu publicznym, była prężna i lepiej wykształcona; co do tego ostatniego mam wątpliwości, ale na pewno łatwiej jej przychodziło zdobywać tytuły naukowe. „W roku 1945, gdy ludzie lewicy obejmowali swe intelektualne posady w ministerstwach, wydawnictwach, redakcjach, ludzi prawicy wyrzucano z domów rodzinnych, przesiedlano, wrzucano do lochów, wywożono na Sybir. (…) Gdy na polskich uniwersytetach zetempowscy entuzjaści przeżywali swe intelektualne uniesienia nad Kapitałem i Krótkim Kursem WKPB, młodzież prawicowa, o nieodpowiednim pochodzeniu i nieodpowiednich poglądach, odchodziła spod uniwersytetu z kwitkiem. (..) Przedwojennych profesorów porozpędzano z uniwersytetów, zdejmowano z eksponowanych stanowisk, kierowano do synekuralno-emerytalnej dłubaniny”. Literaci lewicowi „mieli milionowe nakłady, ich książki błądziły pod strzechy, a nazwiska ich autorów wpisywano w ekspresowym tempie do historii literatury, literat niepostępowy powinien się cieszyć, że wyrzucano go z jego niepostępowym utworem tylko za drzwi”.

Prawicą byli zatem spadkobiercy II RP, przed wojną niektórzy z nich byli faktycznie lewicowcami, ale takimi, którzy Związek Radziecki i komunizm uważali za śmiertelne zagrożenie dla Polski. Ludzie, którzy walczyli o niepodległość na frontach II wojny światowej i potem w konspiracji powojennej, często aż do utraty życia, żołnierze Andersa, powstańcy warszawscy, wojenni uciekinierzy za granicę, na Zachód. I ich dzieci.

Najważniejsze, podkreślał Wierzbicki, że w rezultacie ludzi z aktywnych kręgów patriotycznych było mało, bardzo mało. Najczęściej zginęli, pisał, choćby jako żołnierze wyklęci, a jeżeli już przeżyli, to często zmarnowano im zdrowie. Nawet wykształceni, ci zdolni ludzie pracowali fizycznie albo jako niscy urzędnicy w jakichś ubocznych spółdzielniach. W czasie moich podróży po Polsce lat siedemdziesiątych spotykałam ich w fabrykach i urzędach – u szczytu kariery jako zastępców kierownika czy dyrektora - często półkretyna bez wykształcenia, za którego milcząco pracowali. Ośmieszano ich i wyśmiewano w kabaretach, nie przydzielano im mieszkań. Powstańcy warszawscy, akowcy, w latach pięćdziesiątych wyzywani od „zaplutych karłów reakcji”, po raz pierwszy w PRL poszli legalnie w marszu pamięci swych poległych kolegów 1 sierpnia 1956. Widać w twarzach na zdjęciach z tego marszu nie tylko smutek, ale niedowierzanie, u niektórych nawet obawę, czy już wolno, czy naprawdę skończyły się represje. 

Młodzi ludzie w tym czasie, studenci „marcowi”, a tym bardziej aktywni licealiści, nie znali najczęściej komunistycznego rodowodu rodziców swoich kolegów szkolnych i uniwersyteckich, zwycięskich w PRL ludzi, związanych życiorysem ze Związkiem Radzieckim. Często żołnierzy Armii Czerwonej lub tzw. I Armii Berlinga, partyjnych (PPR a potem PZPR) a w PRL uprzywilejowanych. Zresztą to, co ci koledzy ogólnikowo czasem wspominali o „wapnie”, czyli swych rodzicach, mało kogo z młodzieży z rodzin patriotycznych interesowało. Widzieli w nich po prostu kolegów, szczerze walczących z komuną o wolność, o prawa człowieka. 

Książka ta zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Niby wszystko było jasne, np. moją Matkę wyrzucono z uczelni w 1951 roku, bo była „córką oficera sanacyjnego”, w 1965 taki powód podała bezpieka w piśmie z żądaniem, by wyrzucić ją z pracy w Polskim Radiu. Mnie – żeby sięgnąć do przykładów najbliższych – prześladowano w szkole, a Matkę zapuszkowano do więzienia w 1961 roku za kontakty z Giedroyciem, choć bronili jej wtedy również luminarze lewicy, oprzytomniałej po Październiku 56`. Mego dziadka, przedwojennego lewicowca ale niekomunistycznego, pozbawiono w latach gomułkowskich emerytury. Nawet wtedy było to rzadkością, łaska, że nie poszedł do więzienia. Latami nie można było swobodnie wyjechać na Zachód, a więc i nauczyć się dobrze języków obcych. Ludzie określani jako „prawica”, co oznaczało niechęć do komunizmu, „zostali unicestwieni, zanim zdołali wydobyć z siebie słowo”, pisał Wierzbicki w Myślach…. 

A jednak z biegiem lat ten podział nieco się zatarł, swobodniejszy stał się dostęp trzeciego już po wojnie pokolenia  „prawicy” do nauki i kariery. Wydawało się, że będzie coraz lepiej. Po 1989 roku ruszyły gospodarczo i korzystały z wolności rozmaite odłamy społeczeństwa. Ale nagle szybko wszystko zaczęło wracać na swoje miejsce ugruntowane w PRL. To dyrektorzy peerelowskich fabryk uwłaszczali się na nich, dostawali dotacje, zabezpieczenie losu. Zwykli Polacy kupowali „szczęki” i prowadzili w nich nierówny handel uliczny, bo reformy „lewicy” pozbawiały ich pracy. 

Najgorsze dla nas z Wierzbickim było to, co się szybko stało z powołaną po „okrągłym stole” wydawaną przez dawną opozycję „Gazetą Wyborczą” i jej redaktorami. Gazetą, nadzieją milionów ludzi, głosujących na kandydatów solidarnościowych. Bolesne i nie do wiary było to, co Michnik mówił w sejmie o „zoologicznym antykomunizmie” Polaków. Bulwersował tytuł ogromnego artykułu w Gazecie: „Każdy mógł być oprawcą lub ofiarą” w PRL. Bolało to, jak rozbijała elementarne poczucie moralne czytelników, zrównując dobro ze złem. W czasie podróży Jaruzelskiego po Francji naczelny Michnik wykrzykiwał do protestujących tamtejszych Polaków: „Odpieprzcie się od pana generała!”. Ta jego postawa ponad 10 lat później osiągnęła szczyt, gdy nazwał „człowiekiem honoru” Kiszczaka, peerelowskiego ministra spraw wewnętrznych. 

To kiedyś przecież byli nasi przyjaciele. Ludzie, którzy – jak się zdawało – walczyli o to samo, co całe nasze pokolenie. Którzy – jak się zdawało – nie będą atakować przyjaciół-opozycjonistów za ich negatywny stosunek do komuny. Nie będą jej samej gloryfikować ani w żadnym razie obdarzać uznaniem tych, co nas, a przedtem naszych rodziców prześladowali, wyrzucali z pracy, przesłuchiwali, rewidowali, wsadzali do więzienia. Za co? Jak pisał Norwid:

Ogromne wojska, bitne generały,
Policje tajne, widne i dwupłciowe...
Przeciwko komuż tak się pojednały?
— Przeciwko kilku myślom, co nie nowe!

I oni, ci nawróceni, też często w PRL prześladowani, nagle zaczęli ich „rozumieć”!? Współczuć mordercom, jak morderca Włosika, którego matka opłakiwała uwięzienie syna za jego straszny czyn? „Tak samo”, wg „Wyborczej”, jak pani Włosik opłakiwała śmierć swojego dziewiętnastolatka? 

 Ten wątek – nierówności w opozycji, której lewicująca lub wręcz postkomunistyczna część 
w nowych czasach przejęła władzę, nierówności w dostępie do środków finansowych, nauki, prestiżu i pieniędzy – będzie leitmotivem dalszej twórczości i działań Piotra Wierzbickiego. Kolejny raz sygnalizował w „Tygodniku Solidarność” podziały w środowisku niegdyś opozycyjnym, a teraz, po 1989 roku, zwycięskim politycznie. Sławny stał się jego artykuł pt. Familia, świta, dwór. Tekst napisany z pozycji obserwatora, z dystansem - znakomita analiza szybko powstających koterii, związanych po wyborach czerwca 1989 roku ze środowiskiem Michnika („familia”), Mazowieckiego („świta”) i Wałęsy („dwór”).

„Wyborcza” rzuciła się na Jarosława Kaczyńskiego i „prawicę”, potem na projekt centroprawicowej partii politycznej PC, od chwili przejęcia przez niego „Tygodnika” z polecenia Wałęsy, wówczas szefa Związku „Solidarność”. Anatemą objęci zostali dziennikarze i reporterzy „Tygodnika”. Poważni socjologowie oceniali, że to „pismo antysemickie”, co zawsze służyło jako wygodna pałka. Na dowód antysemityzmu przytaczano użyte w jakimś artykule twierdzenie, że „Polska jest krajem katolickim”. 

Wierzbicki przeciwstawiał się temu w cotygodniowych felietonach. „Tygodnik” lansował kandydaturę Lecha Wałęsy na prezydenta jesienią 1990 roku, Wierzbicki też go gorąco popierał. Kamieniem obrazy dla lewicy była jego książeczka Bitwa o Wałęsę, wydana przez „Tygodnik Solidarność” jeszcze przed wyborami prezydenckimi. Prześladowali też kandydata w kampanii na każdym kroku. 

Wałęsa zawiódł swoich wyborców. Pamiętam rozmowę Wierzbickiego już w „Nowym Świecie”, gdy Wałęsa od roku był prezydentem. Ot tak, zadzwonił z sekretariatu do Wałęsy i zapytał, dlaczego zrobił on to, a dlaczego tamto. Czemu zawiódł w sprawie powołania Zbigniewa Romaszewskiego na szefa Najwyższej Izby Kontroli? A jak się zachował w czasie puczu Janajewa w Moskwie? Wałęsa musiał się nieźle wić pod ogniem tych pytań. Okazał się jako prezydent niezrozumiały, a jeszcze później Polska dowiedziała się o nim wiele przykrych rzeczy. I przegrał z Kwaśniewskim następne wybory w 1995 roku. 

Pracowaliśmy razem z Wierzbickim w „Tygodniku Solidarność” około półtora roku. Latem 1991 roku przez parę dni byliśmy w gronie dziennikarskim na Mazurach, ja z dorastającą córką, on z żoną i uroczym trzynastoletnim synkiem Andrzejkiem. Rozważaliśmy możliwość powołania gazety codziennej, która będzie pisać o sprawach ważnych dla zwykłych Polaków, odróżniających dobro od zła, bez histerii na widok księdza katolickiego. Gazety innej niż „Wyborcza”. 

We wrześniu 1991 roku tworzenie dziennika „Nowy Świat” ruszyło pełną parą. Część pieniędzy na pismo dała partia Porozumienie Centrum, resztę francuski przedsiębiorca pochodzenia polskiego, Roman Zaleski. Rada Nadzorcza założyła spółkę. Zostałam na parę miesięcy zastępczynią Wierzbickiego. Wierzbicki przyjaźnił się z Kaczyńskim, mieliśmy więc oparcie w „Tygodniku”, kilkoro dziennikarzy przeszło stąd do naszej gazety. 

Miewał wspaniałe pomysły. Dobry był dział informacji i polityki, obsadzony przez zapalonych młodych dziennikarzy; ważny - dział społeczny i gospodarczy. Najlepszym pomysłem był dodatek niedzielny „Podróże i marzenia”. Świetnie redagowany, zgromadził plejadę znakomitych autorów piszących na tematy kulturalne i historyczne, zamilczane przez większość prasy „od zawsze”, zaniedbane również po transformacji. O Wileńszczyźnie, o Lwowie, o AK, o Żołnierzach Wyklętych, o nieznanych szerzej pisarzach i wydawcach przedwojennych i emigracyjnych. O ludziach i sprawach w ogóle w Polsce nieznanych, o wycieczkach po świecie, bo teraz już każdy miał paszport w domu. Wierzbicki chciał w piśmie propagować wymarzony liberalizm gospodarczy z chrupiącymi bułeczkami. Zamówił felietony u kilku działaczy prawicowo-liberalnych, jak emigracyjny działacz Wojciech Wasiutyński z Nowego Jorku czy Jacek Bartyzel.

Nie byłby sobą, gdyby nie robił wielu rzeczy z trudem, ciągle sznurował buty jak w internowaniu, budząc protesty współpracowników. Jego nieudanym pomysłem była strona dla dzieci. Ale codzienna! To nie mogło wyjść, mimo ofiarności zespołu. Fatalnym wyborem, na jej czele znalazła się osoba o postkomunistycznych postawach, która „walczyła o laickość dzieci”, nie chciała np. obchodzić świąt katolickich. Pani ta podpisywała się pod przysyłanymi przez młodzież na konkurs wierszami i Wierzbicki wyrzucił ją natychmiast, gdy się to wydało. 

„Nowy Świat. Dziennik dla wszystkich sfer” od pierwszych informacji o zamiarze jego powołania był obiektem ostrego ataku ze strony mocno już wtedy prokomunistycznej „Gazety Wyborczej”. „Wyborcza” po 50-tym numerze poświęciła nam uwagę w nietrafnym artykule pióra nieżyjącego już dziś Krzysztofa Leskiego. Prześladowały nas także inne gazety i tygodniki. Przemyciła się do redakcji spora grupa mało znanych działaczy i dziennikarzy z prasy komunistycznej, którzy dbali o to, żeby pismo nie było takie znowu prawicowe. Wierzbicki uważał, że wszystkich przekona do swoich koncepcji, bo są dobre i słuszne.

 Atak na „Nowy Świat” szedł ze strony przedsiębiorców, których nadużycia ujawnialiśmy w piśmie. Mieliśmy na pieńku z samorządem Warszawy. Były prześladowania ze strony banków, należące teraz głównie do ludzi ze środowiska postkomunistycznego, bo to oni dostali fundusze na „nowy początek”. Groziły odebraniem kredytów inwestorom, gotowym wesprzeć nasz dziennik. Coraz lepiej było widać silne wpływy polityczne i gospodarcze dawnej władzy, w tym b. policji politycznej, której pracownicy stali się niby niezależnymi a powiązanymi z byłą władzą przedsiębiorcami. Okradali nas dystrybutorzy, a kioskarze związani z b. PZPR nie rozpakowywali nawet paczek z pismem, choć czytelnicy się go dopominali. 

Dziennik nie stronił od ostrych wejść w politykę, oboje z Wierzbickim popieraliśmy od początku i jednoznacznie rząd Jana Olszewskiego, który był wtedy obiektem ataków. Odkrywaliśmy w „Nowym Świecie” personalne wpływy byłej SB, niby po weryfikacji, ale wciąż wrogiej dawnej opozycji. Młodzi dziennikarze bez powiązań z byłym reżimem mieli wiele trudności z uzyskaniem informacji w Sejmie i w urzędach państwowych. Ministrami bywali tam wprawdzie nasi znajomi, dawni opozycjoniści, ale już dyrektorami generalnymi - urzędnicy z PRL. Z kolei niektórzy dziennikarze w średnim wieku okłamywali nas co do swej niechlubnej przeszłości. 

Na podobne kłopoty cierpiał rząd Olszewskiego.

Praca w piśmie przebiegała w ostrych konfliktach, także organizacyjnych. Zarząd był nieustannie skłócony. Wierzbicki, entuzjasta, z ogromną wiedzą literacką, świetny publicysta, okazał się bezradny wobec rozbuchanej pomysłowości części otoczenia. Jedna z wpływowych dyrektorek próbowała zarządzić noszenie przez zespół identycznych krawatów, na szczęście Wierzbicki odmówił. Z kolei ona odmówiła przyjęcia ofiarowanych nam przez wysoki urząd wymienianych tam mebli w niezłym stanie. Postanowiła nam za to wyremontować stare graty – połamane biurka, krzesła a nawet wysiedziane kanapy, pozostawione w naszym lokalu przez poprzedników. W tym celu zatrudniła na etatach kilkunastu stolarzy i tapicerów. Do upadku „Nowego Świata” przyczyniło się moim zdaniem wypłacanie odszkodowań zwalnianym potem z konieczności licznym a niepotrzebnym pracownikom. Bywały niezrozumiałe decyzje personalne – nagłe odwoływanie kierowników działów czy osób zajmujących się danymi tematami. Zmęczona tymi niesnaskami zrezygnowałam w lutym 1992 z funkcji zastępcy naczelnego, i na tym zakończyła się nasza osobista współpraca. 

W maju 1992 zapowiadała się lustracja w Sejmie, pisaliśmy o tym, jak prawie nikt. Wierzbicki gorąco popierał zarówno lustrację, jak i dekomunizację. Na pierwszej stronie gazety poszedł artykuł Krzysztofa Wyszkowskiego o współpracy z SB ministra spraw zagranicznych, Skubiszewskiego. Nasza prawicowa i patriotyczna Rada Nadzorcza nie wytrzymała walki na tyle frontów. Odwołano Wierzbickiego i kilku aktywnych dziennikarzy. Nastał nowy naczelny z zupełnie innej bajki, u początku której ktoś znalazł jego wiersze na cześć Stalina. 4 czerwca 1992 kilku naszych dziennikarzy przyniosło z sejmu tzw. listę Macierewicza, czyli tajnych współpracowników SB, rezydujących jako posłowie w parlamencie. To nowy naczelny stał za tym, że „Nowy Świat” jej nie wydrukował. „Drukarze się nie zgodzili”. Widziałam tych drukarzy, jak weszli w odpowiednim momencie przez wszystkie drzwi do hali drukarni i udaremnili druk. Tej nocy upadł rząd Olszewskiego. 

W czerwcu 1993 roku Wierzbicki już beze mnie wydał tygodnik „Gazeta Polska”, początkowo jako miesięcznik. W pierwszym numerze, w rocznicę „nocnej zmiany” opublikował listę Macierewicza. W 1995 roku napisał ważny tekst „Od Michnika do Rydzyka” wykazując, jak atakowanie przez naczelnego „Wyborczej” rzekomymi upiorami nacjonalizmu prowadzi do nadmiarowej reakcji ludzi skrzywdzonych i wykluczonych.

Czytywałam z zainteresowaniem „Gazetę Polską”. Wspaniałe były jak zwykle felietony Wierzbickiego. Świetne materiały Jacka Kwiecińskiego, wybitnego znawcy Stanów Zjednoczonych, syna Wincentego Kwiecińskiego, prezesa III Zarządu Głównego Zrzeszenia Wolność i Niezawisłość (WiN). Znakomita praca wielu osób. Nie wszystkich. Niezrozumiałe dla mnie było wpuszczenie na łamy „Gazety” materiałów na kompromitującym poziomie, których Wierzbicki publicznie bronił np. jako „nowatorskiego nurtu w felietonistyce”. 

Konflikty w „Gazecie Polskiej” obserwowałam z daleka. Martwiły mnie bardzo, ale nie miałam ani możliwości, ani ochoty na wdawanie się w te sprawy. Z czasem, po konflikcie naczelnego z Tomaszem Sakiewiczem, w 2005 roku piśmie nastąpił ostry konflikt i rozłam, Wierzbicki odszedł, a Sakiewicz objął jego funkcję.

W 2007 roku prezydent Lech Kaczyński odznaczył Wierzbickiego Krzyżem Wielkim Orderu Odrodzenia Polski „za wybitne zasługi dla niepodległości Rzeczypospolitej Polskiej, za działalność na rzecz przemian demokratycznych, za osiągnięcia w podejmowanej z pożytkiem dla kraju pracy zawodowej i działalności społecznej”. 

Z czasem Piotr zaczął drukować felietony muzyczne w „Gazecie Wyborczej”. Wydawało się to niesłychane. Skręt w lewo? Rozczarowanie kłótniami na „prawicy”? Może rozczarowała, może okazała się inna, niż myślał, może lewica była bardziej do wytrzymania. Czytałam jego tekst z wyjaśnieniem, że „jednak jest prawdziwym warszawskim inteligentem” i dlatego tam pisze. Współczułam, że właściwie nie ma dla siebie odpowiedniego miejsca. W następnych latach napisał kilka książek i prac o muzyce i o tematyce filozoficznej. Ale nie miały już takiego oddźwięku, jak jego wcześniejsze doniosłe książki i przełomowe artykuły. 

I nagle w 2012 roku, kolejnym roku beznadziei i załamania po katastrofie smoleńskiej, Wierzbicki wydał wspaniałą niewielką książeczkę Cholerna niepodległość, napisaną właściwym mu prostym a wymownym stylem. O tym, jak konieczna jest dla narodów niepodległość, a dla narodu polskiego w szczególności. Podnosiły się wtedy – jak dziś – głosy, że w dobie przynależności do Unii Europejskiej nie jest to nam już potrzebne. Widzieliśmy, i dziś widzimy  zachwyty i zachęty do coraz ściślejszej integracji, wręcz do stopienia się z Unią. 

Powtórzył we właściwy sobie, błyskotliwy sposób, wszystkie argumenty środowiska niepodległościowego, dowodzące, że niepodległość Polski jest zagrożona. Nie miał wątpliwości: „satelicka jest mentalność dzisiejszych przywódców” Polski, którzy na europejskich i rosyjskich salonach „nie są w stanie zapamiętać, że reprezentują państwo suwerenne”. Ich właśnie, polskich przywódców a nie zakusy Moskwy, plany Unii czy meandry polityki USA, obwiniał Wierzbicki o zagrożenie dla polskiej niepodległości. „Nie odebrano nam niepodległości, tylko ją obluzowano”. „Polska wciąż się trzyma, tylko właśnie wystawiono ją na sprzedaż, (...) łamiąc przy okazji warunki umowy, którą rządzący zawarli ze społeczeństwem, gdyśmy wchodzili do Unii.”
 Jakaś dyskusja ma być na temat przyszłości Polski, w wykonaniu ministra, proponującego Niemcom objęcie „kurateli” nad naszym państwem? „Trzeba - pisze Wierzbicki – odmówić nam udziału w tej dyskusji. (...) Pewne wartości nie nadają się do roztrząsań, ważenia za i przeciw (…), ostrugiwania, krajania na plasterki. (...) Nie może być dyskusji z tymi, którzy gotowi są wyprawić Polsce pogrzeb, jest bowiem tylko jedno słowo na takie plany i działania: zamach.” „Zagrożenie nie płynie stamtąd, lecz stąd”. „Gdy się polskiego państwa wyrzekniemy, tak będziemy klepani po plecach, jak jeszcze nie był klepany żaden rząd.” 

Trzynaście lat temu widział zatem dokładnie, co się dzieje. Dziś jego namiętne wezwania o zachowanie niepodległości nabierają znowu znaczenia. Po co nam niepodległość? „Warto być Polską. Warto być państwem niepodległym”. Być niepodległym, to także nie być zmuszonym „czapkować obcym panom, tyrać na ich folwarku, ginąć dla nich na wojnie”. 

Chciałoby się cytować słowa Wierzbickiego w nieskończoność. 

*

Jesienią 2025 roku Sławomir Sokołowski z „Hybryd” poinformował mnie, że z grupą młodych ludzi organizuje uroczyste 90-lecie Piotra Wierzbickiego i jestem zaproszona przez jubilata na te obchody. Kolejne terminy upadały z powodów organizacyjnych, chwilowych zmian stanu zdrowia Piotra. Ostatecznie wyznaczono termin uroczystości na 5 grudnia. 

28 listopada Piotr Wierzbicki zmarł po wypadku ulicznym. Pochowaliśmy go na Powązkach. 

Doczekał dziewięćdziesiątych urodzin. Nie doczekał wielkiej fety na swoją cześć. 

Naprzeciwko jego grobu leży wielki poeta polski, Teofil Lenartowicz. 

  1. Piotr Wierzbicki, Entuzjasta w szkole. Warszawa 1977.
  2. Piotr Wierzbicki, Cyrk. Warszawa 1979.
  3. Piotr Wierzbicki, Traktat o gnidach, „Zapis”. Wydanie w wersji książkowej „Polonia" Chicago 1986.
  4. Piotr Wierzbicki, Myśli staroświeckiego Polaka. Wyd. „Głos”, Warszawa 1985 i Puls Publications, Londyn 1985. 
  5. Artykuł ten ukazał się 10 listopada 1989, w miesiąc po objęciu „Tygodnika” przez Jarosława Kaczyńskiego.
  6. Piotr Wierzbicki, Bitwa o Wałęsę. Wyd. „Tygodnika Solidarność”, Warszawa 1990.
  7. Piotr Wierzbicki, Cholerna niepodległość. Wyd. Sic!, Warszawa 2012.

    -------------------------------------------------

    Tekst ukazał się w dwumiesięczniku "Arcana" nr 189/2026 pod tytułem Piotr Wierzbicki (1935-2025). „Prawdziwy warszawski inteligent”. Polak, liberał, człowiek

  • Zaloguj lub zarejestruj się aby dodawać komentarze
  • Odsłony: 38
u2

u2

24.06.2026 20:09

Wierzbicki, ale inny, to kolega z mojej szkolnej ławki. Zawstydziłem go pytaniem o spólkowanie ludzi w celu uzyskania potomstwa (byłem i jestem awanturnikiem i nie chcę umrzeć z nudów) i został księdzem. Znajomy lekarz z klasy twierdził że zaczął nieźle swoją karierę od Watykanu. Byłem w Watykanie w 2004 roku i Karol Wojtyła, Święty, machał nam na placu Piotrowym w odkrytym Papa Mobile, a my mu machaliśmy nawzajem. To były piękne Dni :)

SilentiumUniversi

Silentium Universi

24.06.2026 20:26

Tak. Gnida to biały, niekomunistyczny pachołek czerwonych

Teresa Bochwic
Nazwa bloga:
Blog Teresy Bochwic
Zawód:
Sokole Oko
Miasto:
Warszawa

Statystyka blogera

Liczba wpisów: 599
Liczba wyświetleń: 2,346,246
Liczba komentarzy: 2,864

Ostatnie wpisy blogera

  • (Auto)biografia – Zdzisław Najder
  • Książki ciekawe, ważne, bulwersujące – zawsze świetne
  • Autostopem przez PRL. 1966

Moje ostatnie komentarze

  • Na tym portalu średnia wieku jest dość wysoka. Piszą tu ludzie o ugruntowanych poglądach. Nic dziwnego, że zwykle uwypuklają własny punkt widzenia. Czy może kogoś przekonać nowa informacja, np. że…
  • Kiedy indziej pisał "sprawozdania" (dwa lata po 1956 roku, do którego to roku wyrywano patriotom paznokcie i jeszcze to dobrze pamiętano...), kiedy indziej był dyrektorem RWE - 1983-1987. Wyszła…
  • Pisze wspomnienia, cieszę się, że będzie choć  jeden czytelnik 😀

Najpopularniejsze wpisy blogera

  • Chcieli Europy, wybrali polski los
  • Poradnik męża zaufania wybory samorządowe 2014
  • Gdzie było nieproporcjonalnie dużo nieważnych,wysokie ryzyko

Ostatnio komentowane

  • Silentium Universi, Tak. Gnida to biały, niekomunistyczny pachołek czerwonych
  • u2, Wierzbicki, ale inny, to kolega z mojej szkolnej ławki. Zawstydziłem go pytaniem o spólkowanie ludzi w celu uzyskania potomstwa (byłem i jestem awanturnikiem i nie chcę umrzeć z nudów) i został…
  • Teresa Bochwic, Kiedy indziej pisał "sprawozdania" (dwa lata po 1956 roku, do którego to roku wyrywano patriotom paznokcie i jeszcze to dobrze pamiętano...), kiedy indziej był dyrektorem RWE - 1983-1987. Wyszła…

Wszystkie prawa zastrzeżone © 2008 - 2026, naszeblogi.pl

Strefa Wolnego Słowa: niezalezna.pl | gazetapolska.pl | panstwo.net | vod.gazetapolska.pl | naszeblogi.pl | gpcodziennie.pl | tvrepublika.pl | albicla.com

Nasza strona używa cookies czyli po polsku ciasteczek. Do czego są one potrzebne może Pan/i dowiedzieć się tu. Korzystając ze strony wyraża Pan/i zgodę na używanie ciasteczek (cookies), zgodnie z aktualnymi ustawieniami Pana/i przeglądarki. Jeśli chce Pan/i, może Pan/i zmienić ustawienia w swojej przeglądarce tak aby nie pobierała ona ciasteczek. | Polityka Prywatności

Footer

  • Kontakt
  • Nasze zasady
  • Ciasteczka "cookies"
  • Polityka prywatności