Nasz wspaniały świat
— Witajcie! Tu nie ma litości i współczucia, a miłosierdzie jest zakazane i dlatego nieznane – tak zabrzmiał głos, który wyrwał mnie ze snu bez snów. Nie należał do człowieka. Był chłodny, metaliczny, pozbawiony jakiejkolwiek intencji poza informowaniem.
Słowa spłynęły po czarnych ścianach korytarza jak lepka ciecz. Przestrzeń przypominała wnętrze gigantycznego kopca termitów — labirynt tuneli, w których człowiek był jedynie funkcją ruchu. Ściany oddychały stęchlizną, a niski sufit wymuszał wieczne pochylenie karku. Wyprostowana sylwetka była tu anomalią, reliktem dawnych, błędnych czasów, kiedy człowiek uważał się jeszcze za coś więcej niż zasób.
Lata żywota mijały w ciasnocie i absolutnej ciemności. Wszyscy byli niewolnikami i niemal wszyscy ślepi — nie z powodu braku wzroku, lecz dlatego, że nikt od pokoleń nie widział słońca. Światło uznano za symbol nierówności. Zniknęło najpierw z przestrzeni publicznej, potem z domów, a w końcu z języka. Od narodzin aż po śmierć istniała tylko noc, przerywana sygnałem rozpoczęcia pracy — jedynym rytmem, jaki pozostawiono ludzkości.
Bogowie komunizmu nie byli ideą, lecz konsekwencją. Zrodzili się z globalizmu, który rozpuścił granice, tożsamość i odpowiedzialność, oraz z komunizmu, który obiecał równość, a w zamian odebrał godność i wszelka własność. System stał się wszechobecnym molochem. Bez twarzy, bez imienia, bez sumienia. Algorytmy zarządzały życiem z matematyczną precyzją. Im więcej człowiek oddawał, tym mniej był wart. Żądania kończyły się dopiero wtedy, gdy ciało przestawało się poruszać, a resztki biologicznego materiału trafiały do kanałów recyklingu.
Tyrania była bezimienna, bo odpowiedzialność rozmyto do zera. Nikt nie wydawał rozkazów — system działał. Dyscyplina była brutalniejsza niż jakakolwiek znana historia. Prawa istniały „od zawsze”, a ich źródło uznano za nieistotne. Sprzeciw nie był karany — był niemożliwy. Nowy fatalizm społeczny wytworzył człowieka, który nie tylko nie pragnął wolności, ale nie potrafił jej sobie nawet wyobrazić. Choroba oznaczała sabotaż. Zmęczenie — defekt. Każde zachwianie równowagi kończyło się eliminacją.
Komunizm doprowadzono do absolutnego kresu. Panowało ludożerstwo w najczystszej postaci — nie dosłowne, lecz totalne. System pożerał człowieka warstwa po warstwie: ciało, emocje, myśli, pamięć. Nawet strach był normowany i wykorzystywany, bo zwiększał wydajność.
Składaliśmy śluby, jakich nie znała żadna epoka: całkowitego ubóstwa, bezwzględnego posłuszeństwa i absolutnej czystości. Dobrowolna kastracja była ostatecznym dowodem lojalności — odcięciem się od przyszłości, od rodziny, od miłości. Dzieci produkowano w ośrodkach hodowlanych, a słowo „człowiek” zastąpiono terminem „jednostka robocza”.
Nie istniała już moralność. Zniszczyły ją wcześniejsze epoki pogardy — gdy człowieka redukowano do konsumenta, potem do numeru, aż w końcu do surowca. Pozostała tylko praca. Jedyny sens, jedyny etos, jedyne przeznaczenie.
Gdy to zrozumiałem, pojąłem też, że to piekło nie było błędem. Było logicznym finałem cywilizacji zbudowanej na gruzach humanizmu – nikomu nieznanego już pojęcia.
Głos odezwał się ponownie, spokojny jak wyrok: — Witajcie na Planecie Ziemia w 2080 roku!
"nikt od pokoleń nie widział słońca. Światło uznano za symbol nierówności."
Słońce to dawca darmowej energii, źródło wszelkiego życia na planecie Ziemia. Rodzaj ludzki często jest zniewalany przez wielkich tyranów, którzy marzą o władzy nad innymi. Ale tyrani zwykle źle kończą. Tyle, że dopóki mają władzę absolutną, to są absolutnie zaślepieni i nie widzą Słońca :)