Sport - jak życie - często bywa niesprawiedliwy. Harujesz na treningach, dobrze się prowadzisz , nie szlajasz się po nocnych klubach, wszystko poświęcasz dla swojej dyscypliny, masz długa listę wyrzeczeń w porównaniu z twoimi rówieśnikami - a później przed zawodami czy na zawodach przytrafia ci się kontuzja albo wyjątkowy pech albo sędzia, który wypacza wynik rywalizacji - no i triumf, medal, awans, sukces, klubowy transfer, akces do reprezentacji szlag trafia. Ileż razy zawodnicy czy zawodniczki czują złość czy żal, złorzeczą czy ronią łzy gdy nie dostają powołania do kadry na Igrzyska Olimpijskie, mistrzostwa świata czy Europy czy choćby nawet do kadry meczowej czy do pierwszego składu na najbliższe spotkanie . Ot, sportowe życie. Może i przykra , ale norma, codzienność, los będący udziałem wielu.
Czasem bywa tak, że paradoksalnie czy nie,ale historia zwraca ,co zabrała lecz też zabiera, co dała. O tej regule pomyślałem, gdy trener reprezentacji Polski w skokach narciarskich mężczyzn Maciej Maciusiak wytypował trzeciego zawodnika, który będzie nas reprezentował na lutowych Zimowych Igrzyskach Olimpijskich we Włoszech. Wiadomo było od dość dawna, że do Italii pojedzie młodziutki ,ale świetny kandydat na mistrza Kacper Tomasiak oraz mistrz,nawet trzykrotny olimpijski, jeszcze nie stary, ale kończący karierę Kamil Stoch . Jednak wszyscy czekali na nominację „tego trzeciego”. Maciej Kot czy Dawid Kubacki? Oto było pytanie niewiele mniej popularne od Hamletowskiego „Być albo nie być”. To ostatnie Szekspir rozstrzygnął po swojemu ,a to pierwsze polski trener- po swojemu. Więcej szans dawano Kubackiemu, choć za Kotem też były bardzo silne argumenty. A trener wybrał... Pawła Wąska. Sensacja? Chyba tak. Jednak ja, jako człowiek mający dobrą sportową pamięć od razu sobie przypomniałem sytuację sprzed dwunastu lat. Gdy na Igrzyska Olimpijskie do Soczi w Rosji, które potem przeszły do historii polskiego sportu z racji wyjątkowej liczby czterech złotych medali ,co się nie zdarzyło nigdy wcześniej i nigdy później- też polski trener drużyny skoczków narciarskich Łukasz Kruczek powołał nie Klemensa Murańkę, który punktował w większej liczbie konkursów Pucharu Świata , ale... Dawida Kubackiego ! Wtedy też wielu kibiców kręciło nosem, że na ZIO na rosyjskiej ziemi nie poleciał Klimek Murańka, który zasłynął z bardzo dalekiego skoku na Wielkiej Krokwi już w wieku... 10 lat (135,5 metra, a więc tylko 4,5 metra bliżej niż ówczesny oficjalny rekord tej skoczni), lecz właśnie późniejszy sensacyjny mistrz świata i niespodziewany medalista olimpijski sprzed czterech lat Kubacki. Czyżby Los czy Fortuna zabrała teraz mistrzowi Dawidowi to, co dała mu wbrew większości ekspertów, dziennikarzy i kibiców w 2014 roku ?
*Artykuł ukazał się w tygodniku "Gazeta Olsztyńska"