W XVI wieku Mikołaj Rej pisał „Polacy nie gęsi, iż swój język mają” . Jednak już niemal trzy wieki wcześniej podjęta została wiekopomna decyzja, która pozwoliła na to, aby poeta z Nagłowic zwany również "ojcem polskiej literatury"mógł mówić to,co mówił potwierdzając stan faktyczny. Oto bowiem arcybiskup gnieźnieński Jakub Świnka na zwołanym przez siebie synodzie w Łęczycy przeforsował głoszenie homilii w języku polskim. Tak oto polski Kościół zastąpił niejako polskie państwo wciąż znajdujące się w stanie rozbicia dzielnicowego. Zastąpił je mianowicie w dziele polonizacji albo, inaczej rzecz ujmując, "unarodowienia" ludu będącego jednocześnie Ludem Bożym,a zamieszkującego terytorium, którym władali polscy książęta.
Czemu o tym piszę teraz ? Ano dlatego, że w dniach ,gdy artykuł ten ukazuje się w "Do Rzeczy Historia" mija akurat 741 rocznica owych „polonizacyjnych” regulacji. Owa decyzja jednego z najwybitniejszych Książąt naszego Kościoła zbiegła się z coraz silniejszą tendencją jednoczycielsko- patriotyczną w ówczesnych polskich elitach. Już półtora wieku Polska pozostawała w stanie paraliżu rozbicia dzielnicowego. Kończył się stan w zasadzie wymarzony dla naszych sąsiadów ze wschodu i zachodu. Polska podzielona, rozbita, skłócona - oto ponadczasowy ideał dla żywiołu germanskiego , Rusi , ale też sąsiadów z południa znajdujących się u szczytu swojej potęgi - Czech. Przecież w tym czasie jedno z bijących serc Polski, przyszła stolica, Kraków był pod czeską okupacją ! Osiem lat po synodzie w Łęczycy w Kaliszu - mieście uważanym za najstarszy polski gród (choć tradycyjnie odmienne zdanie w tej kwestii mieli i mają mieszkańcy nieodległego, położonego także przecież w Wielkopolsce, piastowskiego Gniezna) odbyło się spotkanie trzech najważniejszych wówczas naszych książąt. Przyszły król- jednoczyciel, mały wzrostem, ale wielki duchem Władysław Łokietek (jego pseudonim właśnie ze wzrostu się wywodził) wraz z Kazimierzem II oraz Przemysławem ( Przemysłem) II na kaliskim zjeździe postanowili zawrzeć koalicję w celu odbicia Krakowa z rąk Czechów. Owe porozumienie legło u podstaw odrodzenia państwa polskiego już niepodzielonego na dzielnice, ale jednorodnego, z jednym monarcha - królem.
Tak zaczynała się droga Polski do wielkości. Droga do stania się największym terytorialnie państwem Europy (nie licząc oczywiście kolonii, którymi od XVI wieku zarządzali, wyzyskując je gospodarczo, Anglicy i Hiszpanie). Tak oto rodziła się potęga Polski- wyjątkowego kraju na tle ówczesnego Starego Kontynentu, bo promującego wolności i swobody. Wszak kraju jednocześnie otoczonego monarchiami absolutnymi. To do I Rzeczypospolitej uciekali od rosyjskiego cara bojarzy, ale tez przyjeżdżali tu, aby godnie zarobić architekci, malarze profesorowie z Zachodu - w XVI wieku głównie z Italii, a to dzięki małżeństwu przedostatniego Jagiellona króla Zygmunta Starego z Włoszką Boną Sforza.
Jednak wcześniej, 144 lata po wiekopomnym synodzie w Łęczycy i strategicznych decyzjach arcybiskupa Jakuba Świnki ,na terytorium Polski w Łucku na Wołyniu, który formalnie należał do Najjaśniejszej Rzeczypospolitej do 1945 roku, odbył się zjazd monarchów europejskich. Przeszedł do historii Starego Kontynentu, choć był na pewno znacznie mniej znany niż słynny zjazd organizowany przez księcia Bolesława Chrobrego (czyli „dzielnego”), późniejszego pierwszego króla Polski, który został zorganizowany we wspomnianym już tu Gnieźnie.
Polski marsz ku wielkości zaczął się właśnie w Łęczycy piętnaście lat przed upływem XIII wieku. Czy zdawali sobie z tego sprawę uczestnicy tamtego synodu ?
Nowy zaczął się marsz ;-)